Popularne posty

środa, 1 listopada 2017

Książki

Książki to podstawa. Ale jest mały detal. Jeśli tylko czytamy i jest to naszą pasją to jesteśmy takim „niewidzialnym obserwatorem” czyjegoś życia. Warto nie zapominać że trzeba coś w życiu fajnego i swojego zrobić, a nie jedynie konsumować…bo czytanie to konsumpcja – intelektualna i na poziomie ale konsumpcja. Warto tak robić żeby czasem coś opowiedzieć autentycznego ze swojego życia – coś jak z książki, ale prawdziwego. Coś co sami przeżyliśmy a nie widzieliśmy na YT, FB, na półce księgarni. Życie tylko w świecie książek też jest niebezpieczne. I o ile gry, telewizja, internet jest dynamicznym zjawiskiem to świat książek jest rozciągnięty w czasie, ale też potrafi uzależnić. To jest naprawdę piękne kiedy czytam jedną książkę, a tam znajduję okruchy innej którą wciągam całym sobą jeszcze mocniej. Ale to jest wszystko iluzja i wyobraźnia a nie życie.

zmiana nazwy

Dziennik wojenny to dobra nazwa, ale nie do wszystkiego. Pisanie jest jak nurt który zmienia  koryto rzeki. Nie wiem czy na lepsze, czy na gorsze. Na pewno na inne. Inne wewnątrz mnie które wychodzi na zewnątrz zawijasami zdań i drobnicą płoci przecinków. Odnajduję je wyglądając przez okno, a kompletnie nie patrząc w telepudło papki medialnej. Więc będę tak klepać swoje kody binarne do molekuł przeznaczenia moich słów. A one niczym przecinki - zmieniają i usprawniają wszystko.

niedziela, 29 października 2017

P jak Parking

Sobotnie zakupy są naprawdę fajne. Można sobie coś kupić, no i najlepiej książkę. Poszedłem po jedzenie, kupiłem trzy dzieła. Jedzenie też. Ale że był to chleb, smalec, ogórki i kola to się lepiej nie przyznawać. No bo jak to można jeść bez wódki?
 No i tak idąc na te zakupy zaparkowałem dalej żeby mi auta nie obili, spontanicznie otwierając drzwi rodzinnych aut, które za moment zapełnią się zgrzewkami wody. A ta leci przecież za darmo z kranu.
Co prawda będąc posiadaczem czarnej armatury to ja już zauważyłem co tam mi leci z kranu, gdy ów woda odparuje, ale to szczegół. Wystarczyło by porządne filtrowanie albo odrobina dobrej woli. No ale nie liczę już ani na jedno, ani na drugie. Drogą środka piję z czajnika. Oczywiście w czajniku też jest osad znikąd i wiem że nie zniknie. Kiedyś używałem czajnika który był zasilany jedynie wodą z butelek. No i jego dno było jak nowe. Ciekawe czy u nas też by tak było? Bo akurat te butelki otwierałem za granicą.
Idąc do pieczary konsumpcjonizmu zauważyłem ładnie zaparkowany pojazd na miejscu dla niepełnosprawnych. Nawet ów pojazd miał identyfikator uprawniający do parkowania na niebieskiej zatoczce. No i dobrze. Co prawda patrząc przelotnie do środka zdziwiło mnie to, że fotele wyglądają na normalne. Ale co tam. Może właściciel ma chore stawy, kości itd. Biedny człowiek. Niech staje bliżej.
Wszedłem, kupiłem, no i wracam.
Ale widzę że ktoś pali papierosa zamykając ów auto na błękitnym podłożu. Zamyka, kończy palić coś tam robi i się mijamy. Co tam robi jego sprawa, biedny człowiek potrzebował wytchnienia.
Niemniej jednak mało się nie zakrztusiłem śliną kiedy na jego polarze zauważyłęm nazwę jednej z firm ochroniarskich która być może nawet pilnuje ów centrum.
No dobrze, może pomagał komuś niepełnosprawnemu i wyjmował coś od strony kierowcy paląc jednocześnie papierosa. No chyba tak trzeba to widzieć z boku. Na pewno to jedyne logiczne wyjaśnienie.
 Ale jeśli ten miły Pan miał by rzeczywiście odpowiadać za bezpieczeństwo centrum handlowego, a to było jego auto i należne mu miejsce dla osób niepełnosprawnych, to nie należy się dziwić że po centrum handlowym w PL  może biegać wariat z nożami i atakować ludzi. A na koniec obezwładniają go sami klienci. Bo nie oczekujmy od kogoś kto ma więcej niż 50 lat szybkiej interwencji, która się najczęściej musi sprowadzać do sprintu wymijającego tłum uciekający w panice klientów i po prostu sprzedania "kopa wpierdol" facetowi. Tak żeby mu wypadły te oba, dwa nożydła, a on sam przestał stanowić zagrożenie dla innych i siebie. Ale żeby obezwładnić kogoś takiego i podjąć z nim walkę - trzeba wpierw do niego dobiec. I oby niepełnosprawność nie zaliczała się do niepełnosprawności uniemożliwiającej nagły i intensywny wysiłek fizyczny. A i tak na pewno  w przypadku rozliczania po ewentualnym incydencie z ofiarami jego tłumaczenie rozpoczęło by się od machania niebieskim identyfikatorem wyciągniętym zza szyby auta. Auta stojącego na miejscu dla niepełnosprawnych.

środa, 25 października 2017

Kiosk

Do pracy mam na 7.30.
I dobrze  by było, być na czas, bo trzeba obgadać kilka tematów przed 8 rano. A jak coś się odłoży na potem to znając życie, te potem przemieni się w nigdy i obrośnie pajęczyną zroszoną kurzem.
Potem niby przypadkiem wpadnie za szafkę, i znajdzie to za rok kontrola. Oczywiście niespodziewana, ale za to taka, która pierwsze co zrobi to zacznie odsuwać meble. No i wtedy kłopoty murowane. Ale teraz szybko. Do kiosku.
Ooo, mam szczęście. Jest otwarty i kolejki nie ma. Super. Zdążę wszystko załatwić przed pracą.
- Dzień dobry, Pani.
- A, dzień dobry. Witam. Czym mogę służyć?
- Chciałbym zmienić poglądy.
- Oczywiście. Już służę uprzejmie. Który formularz podać?
- A ten biały. Bardzo proszę. Gdzie mam podpisać?
- A tu ma dole. Proszę podać jeszcze tylko numer PESEL.
- A znaczków skarbowych nie potrzeba kupić???
- A nie, do białych nie.
 Pani kioskarka znacząco mrugnęła tylko okiem i pobieżnie sprawdziła zgodność wpisanych danych, z tymi z dowodu.
Nawet nie powiedziała dziękuję.
Trzask zamykanego przed nosem okienka wywołał na moim ciele gęsią skórkę.
Wiem. Mam przejebane. Nic to. Jutro też jest dzień.
A ciekawe że białych leżała na stole cała kupka. Czyżby "kapitulacja" była hańbą? Nie wiem. Tak tego nie odbieram. Przecież lubię patrzeć na swoje odbicie w lustrze.
Szkoda tylko że od jutra jedyne lustro jakie zobaczę to będzie te w toalecie celi.
Hmm. Trudno.
Ale podobno mają tam WIFI.

piątek, 20 października 2017

Zegarmistrz

Auuu.
Krótki ale intensywny ból w okolicach nadgarstka opanowuje moje ciało.
Dziabnięcie nożem w dłoń wyszło jak wściekły lew zza baobabu.
Raz a dobrze. Poprawiać nie trzeba.
Zimno - ciepło.
Zimna stal - gorąca krew.
Stal spada z brzękiem na płytki a krew zaczyna oblepiać moje dłonie. Próbuję ucisnąć drugą dłonią ranę ale strumień tylko się wzmaga i czerwień oblepia wszystko.
Niby taka mała dziurka a leci i leci.
Szybko, pod zimną wodę, ale to nic nie daje. Biorę szmatę i owijam dłoń, ale czuję jak strumyk płynie z wolna. Co robić? Krwi jest coraz więcej. To nie żarty. Trzeba dzwonić na pogotowie.
Szybko, biorę telefon.
Intuicyjnie go odblokowuję ale za moment trafia mnie jasny szlak bo lepkie ręce od krwi nie pozwalają wybrać numeru na szybce wyświetlacza. Jakieś szaleństwo. Staram się wytrzeć ręce o ścierkę ale to co wytrę, zaraz jest znów na dłoniach. Moje nerwy potęgują wszystko, a serce zaczyna walić jak szalone. Krew z kolei zaczyna płynąć mocniej wraz z każdym jego uderzeniem.
Jakiś dramat. Obłęd. Otwieram okno i chcę krzyknąć "na pomoc" ale na początku się nieco wstydzę, a za chwilę kiedy nabieram powietrza i krzyczę swój hejnał, z pobliskiego balkonu rozbrzmiewają jak na komendę rytmy muzyki z głośnika. Wszystko zagłuszone.
Zaczyna mi kręcić się w głowie, muszę usiąść.
Nie zwalniam ucisku ale czuję jak krew płynie, i coraz bardziej mi słabo.
Drętwieją mi nogi, osuwam się, opieram o kaloryfer. Drżę delikatnie. Nie dam rady trzymać dalej mojego opatrunku. Ogarnia mnie niemoc. Muszę odpocząć. Tylko chwilę. Jak mi słabo.
I te rytmy.... Cooo, co to za muzyka?
Jest coraz głośniejsza. Mi jest coraz bardziej słabo, obraz mi się rozpływa, na przemian mi zimno i gorąco, a ta cholera muzyka tylko wyje i wyje. Odpocząć, muszę odpocząć. Tylko chwilę. Czuję plecami kaloryfer.
I słyszę tylko tę muzukę....

"..i kiedy przyjdzie także po mnie...., zegarmistrz światła purpurowy...."



REP4

Chory być nie lubi nikt. Ani fizycznie, ani nie fizycznie. Z tym że gdy cierpi dusza w połączeniu z ciałem to nawet piwo nie pomoże. Znaczy jedno na pewno nie pomoże. Ale ja dziś nie o tym, chociaż znając swoje pisulstwo to zacznę od tabletek, a skończę na mostach pontonowych. Taki jestem. Amator. Ale nie gawędziarz, raczej realista. Dla tego też lista moich czytelników raczej spada niż rośnie. I co prawda kusi mnie żeby zacząć pisać coś nie o tyle śmiesznego, co lekkiego, by mieć milion lajków i wygenerować setki wielbicielek które pijąc wieczorną herbatę w objęciach kota i cieple kocyka odstawią kolejne ostatnie lody, ale jeszcze daje sobie szansę. Wszystko mi mówi żeby smalił tym stylem. Już to że podejście do komputera trwa cały dzień jest sygnałem pozytywnym  w moim świecie skrajności.
 Dobra. Więc idę do tego ulubionego lekarza i tam niespodzianka. Numerki w rejestracji. Oczywiście nie wierzę że są dezynfekowane i pobieram nieświadomie wirusy poprzedników, które z pewnością oblepiły miłą dla dłoni powierzchnię. Siedzę więc z tym numerkiem i czekam, gapiąc się w wyświetlacz LED, gdzie reklama jest ważniejsza chyba niż mój numer który jest schowany gdzieś pomiędzy proszkiem na upławy, a pastylką na ból zęba. Wszystko oczywiście w każdym możliwym kolorze, poza czerwonym. Można przecież skojarzyć go z czymś nienaturalnym. Czyli krwią która w nas płynie. Cisza, szmer rozmowy zza drzwi przybytku ozdrowieństwa, i jeszcze większa cisza.
  Wraz z tą wszechobecną próżnią rozmowy, ogarnia mnie dziwne uczucie zaburzenia rytuału. Tej tradycji przekazywanej z ojca na syna, matki na córkę i pokolenia PRL na pokolenie REP4. Co to za tradycja zapytacie? Bardzo prosta. Zawiera się w jednym prostym schemacie który łamie lody ciszy w poczekalni, pozwala nawiązać niezobowiązującą rozmowę, zagadnąć niby pod tym pozorem do pięknej dziewczyny lub młodej kobiecie do interesującego wydawało by się mężczyzny. "Słowo klucz". Zdanie tradycja...

- Przepraszam, kto ostatni w kolejce do gabinetu ?

wtorek, 10 października 2017

Plusy ujemne

 Telewizji nie oglądam bo nie mam telewizora. Znaczy kiedyś kupiłem, ale został tam gdzie go postawiłem. No a jeśli teraz znowu nabędę drogą kupna, oczywiście w formie licytacji na aledrogo, to i tak będę jedynie klepać kreskówki. Jakoś nic autentycznego tam poza bajkami nie znajduję.
 Tak czy siak pasjami klepałem niegdyś któryś tam sezon mega szlagieru gdzie krew lała się wiadrami, a głowy były częściej wyrywane niż jedzony obiad. No i nawet chyba zostały przyznane ów produkcji jakieś tam nagrody. A jeśli nie nagrody to na pewno zdobywał podium w rankingach popularności. No coś pięknego. Krew, pot, strzały, łuki i garki na głowie. I tak do zajebania, znaczy zajechania czy zrozumienia. Bili się o jakiś złom czy tron. Tak to jakoś było.
 Drugim biegunem moich zainteresowań jako mężczyzny oczywiście będą filmy "X" których oczywiście nie ogląda nikt poza mną. Ja się przyznaję bo mogę się przyznać. Żony nie mam ;)
Nie chodzi tu że klepię je 24/24. Czasem popatrzę przy lampce i tyle.
Tak czy inaczej ciekawi mnie mały detal. Jak to jest że filmy o zabijaniu można obejrzeć w sumie bez przeszkód, a filmy  na których pokazują z zasady dwie zadowolone i uśmiechnięte osoby które się dobrze bawią, są uznawane za "niemoralne", no a już na pewno nie można ich obejrzeć spokojnie w kinie. Dziura w głowie jest normą, a nagi człowiek to powód do wstydu. Czemu tak jest? Nie wiem.
Oczywiście upraszczam temat ale chodzi mi bardziej o wskazanie biegunów. Co jest plus a co jest minus. Wydaje mi się że zabijanie to" - " a sex "+"
 No ale chyba łatwiej jest wybić komuś zęby, niż zbudować relację, której wypadkową  /czy może skutkiem/ będzie niepohamowana fala  intymnych uniesień zwanych potocznie sexem.  Może w tym tkwi problem? Bo sytuacje rodem z filmu XXX są możliwe w życiu, o ile nie jest to przyczyną spotkania, a jego skutkiem. Mało tego, czasem życie potrafi przyćmić taki film i sprawić że będzie się patrzyło nań z politowaniem, widząc kaskady gry aktorskiej, udawanych ochów, achów i posklejanych dubli.
No ale żeby popatrzeć na taki film z dystansem, potrzeba wcześniej poczuć coś o wiele bardziej autentycznego i intensywnego. A żeby coś takiego przeżyć trzeba umieć pobudzić do działania najbardziej erogenny narząd naszego ciała. Czyli mózg. Swój również, ale przede wszystkim czyjś. A to już wiedza tajemna. Bo myślenie staje się w naszych czasach jeśli nie alchemią, to poszukiwaniem kamienia filozoficznego. Kamienia który jest rozdrobniony, starty w pył i przemieniony w atrament, a ten wylany piórem na stronice pergaminu.

Szklana pogoda

  Szyby niebieskie od telewizorów to była jedyna poświata wieczorna w oknach jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nuda biła z życia zakrapianego kolejką. O świcie po świeże kajzerki, a wieczorem oczy w dziennik i film po nim. Bułeczki były jedyne w swoim rodzaju, no a dzieci szły spać po 19 kiedy wieczorynka dobiegła końca.
Wiele się teoretycznie zmieniło od tamtych czasów kiedy dwa programy były wyrocznią i jeziorem kultury. Oczywiście drugi program był tam gdzie dochodził sygnał telewizyjny. Antena wyłapująca sygnał ówczesnego WIFI  była tak samo ważna jak odbiornik. W czasie ścierania kurzy trzeba było ją odłożyć na to samo miejsce. Moc sygnału okna na świat.
Było minęło? Niekoniecznie.
  Nie praktykuję gapić się ludziom w telefon, ale czasem się zdarza. Nawet przypadkiem, kątem oka w kolejce czy poczekalni do czegoś tam niezmiernie ważnego. Tekstu nie czytuję i odwracam wzrok, ale barwa sama wpada dwoma kolorami tej tęczy przekazu. Co ciekawe w większości przypadków jest to kolor niebieski z białymi połaciami. Ciekawe jest to że dotyczy to większości ludzi. Wszyscy klepią fejsa.
Tak więc historia zatoczyła koło pomimo technologicznej miniaturyzacji, powszechności i nie limitowanego dostępu.
Szklana pogoda została zamieniona na fejspogodę.
Resztę sobie można dopowiedzieć oglądając teledysk Lombardu. Najlepiej w oryginalnej pierwszej wersji. Będę nowoczesny i wkleję link, czy może linka. Nie wiem. W moich okolicach wychodziło się "na dwór" ,a tu gdzie piszę wychodzi się "na pole".

https://www.youtube.com/watch?v=SCrR7od_fck

czwartek, 5 października 2017

Sztachetą w płot

Zbierając sztachety słów walające się po przestrzeni dnia, której wibracje wyłapują moje zmysły, czasem wolał bym być chociaż troszkę głupszy.
Stare dziecinne przysłowie powtarzane jak mantra na korytarzu brzmiało: "pierwsze słowo do dziennika - drugie do śmietnika". No i po kilku dekadach infiltracji życia dochodzę do wniosku że jest to po prostu jakaś tam dowolna ludowa interpretacja jednej z wielu teorii Freuda. Bo wszelakie
przejęzyczenia, puszczone bez hamulców pełne zdania, i inne luźne zawijasy słów duszy, które wylatują chcący lub niechcący z ust mówią o nas same za siebie.
Wylatują szybko. A potem dłuższą postojówką komitetu osiedlowego, czy innej kilkuosobowej zbieraniny są usilnie prostowane. Prostowane lub zaginane celowo tak, by wybielić się z czarnego lub zaczernić całą biel wylaną może nawet i mrugnięciem oka.
 I pomyśleć że cały ten krótki monolog wywołało u mnie jedno rzucone w drzwiach zdanie:"z przyzwyczajenia wzięłam więcej".
Jak je odczytać? Czy tak że ktoś lubi bardziej słone, mocniej kwaśne, czy extra ostre?
Czy może po prostu że jak jest czegoś więcej, czy za pół darmo, to trzeba brać ile wlezie. Nawet jeśli przy wiosennych porządkach trzeba będzie wyrzucić do kosza, bo nam się zemdliło jeszcze szybciej niż upłynął termin ważności.
Oczywiście to tylko teoria, ale odkąd z kupy śniegu pod moim domem, w środku zimy ktoś zabrał sobie łopatę do jego odgarniania /pomimo że była stara/, to ja już chyba zawsze będę szukał drugiego dna.

piątek, 8 września 2017

Eszelon myśli

Eszelonem podróż trwa bardzo długo. Niekoniecznie przyjemnie. Ale z uwagi na to że jego bieg oznaczony jest stosem dokumentów, daje to gwarancję tego, że zawsze dojedzie do celu podróży. Nawet gdy torów zabraknie.
Niegdyś czołgi na eszelonach miały zamalowane wapnem swoje oznaczenia taktyczne. To było bardzo proste i skuteczne rozwiązanie, które ograniczało możliwości identyfikacji dla wszelkiej maści osób, które wtrącają nos w nie swoje sprawy. W dobie satelitów i dronów może wydawać się to śmieszne, ale niestety najprostsze rozwiązania okazują się zazwyczaj najbardziej skuteczne.
  Tak samo bywa z myślami. Zamaskowane są naszymi doświadczeniami, siatkami maskującymi mięśni, falami fryzur i kamuflażem ubrań. Jedynie oczy nie poddają się zabiegom ukrycia ich przesłania, a ich blask zdradza wszystko. Oczywiście można założyć po prostu okulary przeciwsłoneczne, ale jest to tylko skuteczny zabieg na zgiełk ulicy. W zaciszu pomieszczeń i domostw, trzeba je zdjąć. Jeśli nie z potrzeby widzenia czegokolwiek, to po prostu w ramach dobrego wychowania. Jakiś czas temu zwróciłem uwagę rozmawiającej ze mną dojrzałej kobiecie, że rozmowa w okularach przeciwsłonecznych, patrząc w sobie w twarz jest bardzo niegrzeczna.
Bardzo ją zaskoczył ten nowy dla niej zwyczaj, a uważa się za bardzo kulturalną osobę. Niemniej jednak zdjęła je błyskawicznie. No i w sumie jak je zdjęła, to tylko mnie przeraziła. No, bywam lękliwy. Szczególnie jak rozmawiam z ludźmi niestabilnymi emocjonalnie. Dla tego chyba też, zdając sobie sama sprawę ze swoich słabości nosiła je wszędzie. No a ja, nieświadomy tego co zobaczę za tym jej maskowaniem, w dobrej wierze wygenerowałem sam sytuację wyjścia węża z wyblinki.
Cóż bywa i tak. Ale lepiej wcześniej, niż wcale.
A nie był to Gniewosz. Zobaczyłem Czarną Mambę. Nieco zahipnotyzowaną moimi brązowymi oczami, ale jednak nieziemsko, niebezpiecznego gada.
Była to moja pierwsza potyczka, po której wiedziałem, że z tej rozmowy w kolejce będą same kłopoty.

środa, 6 września 2017

Jak będę miał...

...wiadomo pieniądze. Kiedyś tak siedząc w pracy zapytałem kogoś na co wydał by wygrane na loterii miliony. Byłem złośliwy i powiedziałem że dwadzieścia pięć. Tak żeby było super.
Odpowiedź była hurraoptymistyczna. Na auto, na mieszkanie, na dom, na kilka mieszkań. A do banku był włożył i żył z procentów, i to, i tamto, i no, i ojejku. Euforia.
Ale w swej złośliwości byłem szczegółowy w pytaniach o administrowanie finansami. No i jakoś zabrakło wyobraźni mojej ofierze. Dlaczego?
Otóż my zwykłe ludki nie jesteśmy wyszkoleni życiem do administrowania takimi pieniędzmi.
Bardzo wiele osób które wygrywa w loterii fortuny, stosunkowo szybko je traci i wraca do punktu wyjścia, a nawet gorzej. Wydaje je na wszelkie sposoby, przebalowuje, lub traci je w każdy inny możliwy sposób.
I chyba widząc te zagrożenia organizatorzy "totka" wymyślili extra pensję na ileś tam lat. Żeby te miliony skapywały kroplami. Pewnie komuś się szkoda zrobiło tych milionerów którzy taplając się w złocie zapomnieli o wszystkim, i o wszystkich w koło...Zupełnie jak Midas.

Przewartościowanie

Idąc po małym centrum średniego miasta widzę różnicę lat i pokoleń. Szmateksy ustępują bankom, księgarnie sklepom z butami, a kebaby tylko się mnożą. Więc co to znaczy? I wiem i nie wiem.
Bo kiedy ludzie od których czuć w kolejce kiosku naftaliną, jedyną beletrystykę jaką uznają, są komiksy ustawek znanych telebrytów, to mi ręce opadają. Zawsze wydawało mi się że to oni mają być dla mnie autorytetami. Mam na nich spoglądać, i po mimo moich wielu, wielu wiosen, uczyć się z ich stylu życia. A ja odnajduję jedynie zmieloną papkę telewizyjnych wypocin. Do całości gorzkie żale czego ja nie mam, a co mieć powinienem. No i komórka w garści.
A całość dopełnia sobotni wyścig do sklepu po mięcho i ciacha. Szczególnie spotęgowany wolnym dniem lub długim weekendem. I to w sumie nic nie zmienia że i tak nawet w niedzielę wszystkie sklepy wciąż są otwarte. A na upartego zakupy zrobisz nawet w wielkie święto na stacji benzynowej.
No i jako bonus rozwoju kultury - obowiązkowa wizyta w galerii handlowej w niedzielę, a jak nie to chociaż w markecie. Może będzie na coś promocja. Promocja na coś, co kupisz w necie jeszcze taniej. Ale to trzeba poczekać jeden dzień na kuriera.
- Na kuriera?---a nie. Nie mam czasu. Bo będę akurat na zakupach.
No w sumie można by odebrać na poczcie. Ale tam jest zawsze kolejka. Kolejka zlecających przelew, który można zrobić przez internet.

wtorek, 5 września 2017

oBRAZEK

Wieszając obrazek na ścianie nie zawsze trzeba używać gwoździka. Można po prostu pomóc sobie taśmą klejącą lub jakimś dobrym klejem. Najczęściej jednak wybieramy klej w ładnym opakowaniu. To właśnie jest gwarantem tego że piękny klej i piękny obrazek zespolą w całość jedne wielkie wyidealizowane gówno. Które zresztą spadnie nam na głowę, gdy otwierając ze zdziwieniem oczy, ujrzymy ścianę i wyrżniemy w nią głową.
Oczy jak pierwszy raz otwarte, obrazek na głowie. A do kompletu, nasza farba z nosa na podłodze i ścianie. Która podsycana rosnącym latami ciśnieniem, oblała wszystko co spotkała na swej drodze.
Wszystko ale nie nasze oczy. Bo one teraz tylko widzą mocniej. Mocniej, głębiej, wyraźniej i czemu kurwa już zawsze wszystko.
-  Czy ktoś już wymyślił tabletki na zapomnienie?
-  No tak się składa że ja wymyśliłem. To praca. I to ta która zmusza do rozwoju. 
Nie do myślenia. Ale do rozwoju. Bo rozwój jest konsekwencją myślenia strategicznego, popartego taktycznym bagnem porażek pomiędzy wzgórzami sukcesu.
Myślenie boli. Wiem. Ale rozwój za to dodaje skrzydeł.

niedziela, 3 września 2017

Dzień ostateczny

I zszedł na ziemię ON. Wrócił. Wyczekiwany od tysiącleci. Od pokoleń ludzkich z utęsknieniem i płaczem.
I było tyle znaków głoszących ten dzień. I wszyscy wiedzieli, bo atmosfera była tak mocna. Aura tak wielka. Znaki na ziemi i niebie na to wskazywały. To było piękne. Miliony zgromadzone w ciszy czekały na ten moment. To już za czas. Bezczas i ciemność ludzka się skończy. To jest tak piękne, cudowne. Zgromadzeni mają ze sobą telefony, i internet działa. Ktoś robi wydarzenie na FB, ktoś robi live stream na YT. Transmisje szaleją w szybkości przekazu. Ludzie którzy rozrzuceni po świecie, nie są w stanie na własne oczy dojrzeć cudu też zaczynają komentować. Pierwszy z komentarzy pozbawia złudzeń:
 - Fake!



Różowe klapki

Różowe klapki nie uwłaczają mężczyźnie, zwłaszcza jeśli jego zdarte stalą dłonie mają kolor delikatnego różu. Czasem ten delikatny róż rosi się czerwienią, jeśli trening przekroczy barierę bólu. Róż poprzedza czerwień krwi, ponieważ wiśniowa krew sączy się tylko z delikatności różu.
 I kiedy jestem zmęczony, a moje oczy potrzebują kolorów zakładam po prostu różowe klapki. Bo ile można się gapić na odcienie matowej czerni i głębie zieleni bez jednego muśnięcia słońca, odbijanego zazwyczaj na powierzchni przedmiotu.
I w sumie to tylko w takich "klapencjach" da się chodzić kiedy po człapaniu w ciężkich butach odpadają paznokcie, a skóra ma przetarcia i bąble. Zawartość  bąbla czasem warto odciągnąć strzykawką, bywa zabawnie. Gorzej kiedy skarpetki są wilgotne od potu zmieszanego z krwią. Troszkę ciężko wtedy iść nawet po zakupy. No i strasznie kłuje. Zwłaszcza kiedy na rany założy się nowe skarpetki. Nie lubię plastrów i sztucznej skóry. Organizm może skutecznie oduczyć się odporności. Poza tym tak trzeba mieć rozchodzone buty i dobrane skarpetki żeby wszystko działało.
 Kiedyś spotkałem człowieka, który za wszelką cenę chciał mieć suche stopy czy może skarpetki, nie wiem. W każdym razie sporo czasu nosił reklamówki na stopach. No i wyszedł z tego niezły dramat. Nawet stać nie mógł. Leżał i kwiczał. A jego odparzone podeszwy mogły by zostać okładką czegokolwiek. No bywa i tak. Dla tego też lubię odpoczywać w klapkach, i jeśli nie różowych to mogą być tęczowe.

Najgorsze z przekleństw

Ludzie klną, przeklinają, obrażają. Są też tacy którzy rugają. Można kogoś zrugać, zbluzgać, obsobaczyć. W przekleństwach można wszystko, bo następnym krokiem jest zazwyczaj "just po prostu" agresja fizyczna. No tak przeklinanie, kończy się u mężczyzn. U kobiet nieco inaczej. Ale to inny temat, na inną dyskusję.
Więc cofając się do samej nazwy która określa zwyczajowy stek bluzgów warto znaleźć bardzo ciekawe i takie najmocniejsze. Ważne jest też środowisko przekleństwa. Czy rzucający te słowa jest kimś bliskim, czy po prostu "statystą" z ulicy.
Dla mnie osobiście najgorszym ze słów które może paść wśród dwóch mężczyzn. Najczęściej twarzą w twarz, i to przy pracy jest krótkie określenie. Coś pomiędzy osobą która coś robi słabo, a może nic nie potrafi lub robi coś do czego nie ma przekonania. Coś co obnaża cię jako mężczyzną i niejako obdziera z godności. Wbija w ziemię, i daje jednocześnie kopa w tyłek. Ustawia do pionu i łamie twoje kości. Taki jazz z nutami i improwizacja orkiestry symfonicznej. Najsmutniej kiedy to wypływa z ust kogoś wydawało by się dla ciebie ważnego, który jednak ma do ciebie jakąś tam zadrę czy swego rodzaju "si". Wylatuje to na spokojnie. I nie potrzeba tu krzyku. Po prostu pada. Jak nóż w wodzie.
- Ty szwancu.

Pokolenie palet

Pokolenie powojenne, pokolenie X, igrek, zet. I nie wiem jeszcze jakie. Aaa no tak. Ktoś w duchu generowania pomysłów na bazie idealizowania  wymyślił JP2. Każde śmieje się lub kręci nosem na następne, a z kolei wartości którym hołduje, nie za bardzo się w życiu sprawdzają. Zwłaszcza jeśli są na siłę wciskane lub podtrzymywane z uporem maniaka. Zamiana pokoleń to naturalny cykl wyznaczony w czasie, a że starsze pokolenia dzięki medycynie sobie spokojnie żyją, to cykl ten trwa dłużej. Pokolenia żyją obok siebie i dochodzi co jakiś czas do tarć, które w danych czas były rozstrzygane tylko jednostronnie  na platformach literatury. Doszło co prawda kiedyś do procesu zwłok papieża /Synod trupi/  ale to już patologia. No a że obecnie inne pokolenia bronią się jak mogą, to dochodzi do tarć. Dawno temu 80 latek, był po prostu schorowanym starcem. Teraz jest to zwyczajny, doświadczony człowiek z którym warto normalnie dyskutować i słuchać głosów jego drogi życia. No chyba że tylko ja spotykam takich ludzi na swojej drodze.
Najtrudniej jest kiedy to tacy emeryci, narzucają swoją wolę młodym pokoleniom. Wtedy to dopiero jest ciężko.  Ciężko się wybić dla twórcy, bo pula czytających jest ograniczona, i stale się zmniejsza. No i ciężko ogólnie żyć, kiedy paleta służąca do transportu staje się meblem. Mało tego, ona się wszystkim podoba i można ją wykorzystać do wszystkiego. Ale jeśli palety trafiają już do sypialni, a zakup nowego samochodu w "szeptanej prawdzie" jest nieopłacalny bo po wyjechaniu z salonu traci się ileś tam tysięcy to znaczy tylko jedno. Namieszano nam w głowach, rzecz zwykła stała się luksusem, płyta OSB materiałem na mebel. Staliśmy się "pokoleniem palet".

środa, 30 sierpnia 2017

Zgubione przecinki

 Szukając zagubionych przecinków życia odnajduję jedynie spacje pustych dziesięciozłotówek, które same się nie powiększą o magiczne jedne zero które zawsze pozwoli zatankować do pełna. Zarówno w piątkowy wieczór który zespoli go z niedzielą, lub po prostu bak mojego autka do pełna.
Gdzie wstawić przecinki można dowiedzieć się na korepetycjach, czytając uczone książki lub po prostu, ucząc się na swoich błędach. Tak samo w pisaniu, jak i w życiu. Przecinki oddechu oparte na doświadczeniu, i przecinki interpunkcji oparte na wiedzy. A skąd wyciągnąć dodatkowe zero na dziesięciozłotówce, która z kolei stanie się moim osobistym królem Jagiełło? Z pomysłu, z główkowania, z eksperymentowania wytworami snów własnej wyobraźni. To trzeba robić, bo Jaś Wędrowniczek sam nie pojawi się na półce konesera. A tymczasem wybiorę drogę środka i jutro wsadzę do portfela niebieskiego "Kazika". Z całym szacunkiem dla tego wielkiego władcy, który by przydał się w PL. Bo obecnie mamy murowaną, ale jak tak dalej pójdzie to zostawimy ją drewnianą. Ale nie w dębinie. Tylko w stosach sośniny  które zapłoną pod okiem "Wielkiego Inkwizytora". Kimkolwiek on by nie był, i jak dobrze by nie chciał. Bo historia kołem się toczy, i jeśli tego koła nie wzmocnimy łożyskiem kulkowym naszych wysiłków, to zawali się pod własnym ciężarem. Wbijając drzazgi w nasze truchła, które rozdziobią ptaszyska, patrzące z zawiścią zza płota.

Piasek na jabłkach

 Nikt oficjalnie nie słucha muzyki ludowej przełomu wieków, czyli "disco-polo", a powszechna nienawiść "elit nut" do tego rodzaju muzyki najbardziej dała mi się odczuć bardzo wymownie. Oglądając transmisję na żywo z jednego popularnych krajowych festiwali widziałem interpretację piosenki "Miała matka syna...". Interpretacja była ciekawa, bo z gitarami, i naprawdę w przystępnej dla wszystkich formie. Podobało mi się, no i ludziom na widowni, bo były bisy. I to chyba więcej niż raz. Amfiteatr szalał. A najdziwniejsze dla mnie było to że jakoś nie mogłem znaleźć potem tej piosenki ani w necie, ani nigdzie. Cóż. Może słabo szukałem.
Sukcesem tego rodzaju muzyki, jest to że nie śpiewa się tam się goryczą, smutami egzystencjonalnymi, nie przeklina się, i ogólnie przekaz jest pozytywny. I chyba w tym jest problem. Bo ludzie tam bawią się na wesoło. A nie gaszą pety w popielniczce, zalewając dym literatką wódki. Bo powszechnie jest też wiadomo, że na wesoło bawić się i pić jest fajniej. Ale to chyba wie tylko ten kto pił na wesoło. I w tym jest problem. Bo to domena młodych ludzi. Takich młodych ludzi, bez piasku na zębach, który jedzą zresztą sami dorośli razem z jabłkami życia. Bo jabłka się myje, a nie chciwie zapycha usta. Szczególnie gdy są brudne.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Przygoda pod monopolowym

Obiad zjedzony-dzień zaliczony. No i najlepiej w barze mlecznym. Tanio, zwyczajnie, normalnie.
Oczywiście że lubię opędzić kebaba, ale dowcip o tym że kabab piecze dwa razy jakoś za często stał się faktem i do tego relacja "szeptana" jak to Pani z baru mlecznego przyjmuje zamówienie na obiad i zapisując adres dostawy uśmiecha się, ponieważ jest nią budka z kebabami. Nawet tam chcą zjeść normalnie. Aczkolwiek i tak nic nie przebije szybkiej siekaniny z kurczaka na dworcu o drugiej w nocy.
No i zjadłem te pyry, to bym coś zimnego spił. A idąc do sklepu z dobrą lodówką, już czuję oczy na swoim grzbiecie, połączone z żywym zainteresowaniem moją osobą. Hmm, będziemy się bić? Trudno. Czasem bywa i tak. Uciekałem jak ważyłem 75 kg. Teraz mam  brodę i coś tam w łapie. Pierwszy padnie, drugi może. Problematyczny może być trzeci. Może będzie zabawnie. Szczególnie dla nich kiedy zobaczą moje dłonie świecące mocą blasku miecza świetlnego zakonu Jedi. Jak wspomniałem, wolę żeby mnie czterech sądziło, niż czterech niosło.
Kupiłem, zapłaciłem, schowałem. No i się zaczyna.
-Proszę Pana!
Nawet się nie odwracam.
-Proszę Pana!
Lezie za mną dalej.
- Proszę Pana!
Czego człowieku ty chcesz? Myślę.
Dogania mnie nieustępliwie na  światłach i staje twarzą w twarz patrząc prosto w oczy.
-Kupi mi Pan pół litra "żubrówki"? No coś tam Panu odpalę, jakąś prowizję, za to. No kupi Pan?
Uzmysławiam sobie że ta ekipa, pomimo mojego wzrostu i zachowania co najmniej dwuznacznego, byłą niepełnoletnia i szukali "słupa".
Moja zimna kola i to coca, mało mu nie została wylana na głowę.
A swoją drogą zastanowiło mnie, czy ktoś tego nie nagrywał w ramach jakiejś prowokacji czy po prostu te małolaty chcieli kupić te pół litra ?
No i w sumie to wódkę na imprezę to się kupuje wieczorem.
Zresztą, już nieważne.

Kiedy ja wreszcie wyjdę z domu i nie przeżyję przygody która mnie kompletnie nie zainspiruje.
Hmm nie da się. Ostatnio inspiruje mnie wszystko. I już mnie to nie martwi. Nareszcie.

Jaja. Zanikający narząd

  O tym że trzeba mieć jaja wie każdy. I nie chodzi mi kompletnie o prowokacyjny tytuł dzięki któremu ktoś kliknie w ten link. Chodzi mi bardziej o stan umysłu i zachowanie.
 Że prawdziwi mężczyźni to wymierający gatunek, zawodzą wszystkie Panie zawiedzione znajomością z chłopcami. Oczywiście że wymierający. Prawdziwi mężczyźni wyginęli w czasie drugiej wojny światowej. No a wcześniej ich ojcowie w czasie pierwszej, wielkiej wojny.
Ci co przeżyli nie dali radę swoim przykładem dać tchnienia nowemu pokoleniu. A te wojny to nie był film. Tak zabijali się setkami. I to bez zapasowej postaci lub apteczki z doładowaniem życia.
 Dla mnie wzorem faceta z "jajem" jest Leon Niemczyk w filmie "Baza ludzi umarłych" /28 minuta/ kiedy to łopatkę, którą trzyma na wysokości głowy, ktoś inny strzela z pistoletu. No i jakoś nie wydaje mi się że były to zdjęcia trikowe. Z czego tam strzelali, to ich sprawa. Ale sam fakt wygenerowania takiej sceny pokazuje stopień zaangażowania.
 Zdarzyło mi się mniej więcej raz grać w jakimś tam filmie. Bardzo krótkim. A jednak. Moja rozpoznawalność była o tyle znikoma, że rozpoznał mnie tylko mój instruktor nauki jazdy. I tyle.
Ale wnioski pozostały. Cała noc zdjęć, dobre jedzenie, porządna dieta i minuta materiału który poszedł w szklany ekran. No i główny bohater tego zamieszania. Był nim  aktor w uprzęży zabezpieczającej jego rolę polegającą na staniu w drzwiach jadącego pociągu.  Ciekawe doświadczenie obserwacji wzajemnych relacji w czasie kręcenia materiału. Moja rola była krótka. Picie z butelki. Tylko że nie wiedziałem że to jest rekwizyt. I zrobiła się mała aferka. "Kto wypił rekwizyt !!!" Bo po całej nocy prób picia, na sam koniec, kiedy trzeba było już nagrywać, z rekwizytu nie zostało nic. Nikt nie wytłumaczył statyście że to co przed kamerą, to rekwizyt.
 Takie to było moje jedno z doświadczeń z filmem. Inne też były. Może kiedyś wspomnę.
Ale wracając do tematu jaj. Teraz ich nie ma bo nie wypada się narażać. Lepiej wszystko zamiatać pod dywan, a prawdę szeptać u psychologa, który jej nie powtórzy, ponieważ jest zobowiązany do przestrzegania tajemnicy zawodowej. I w ten to oto sposób codziennie celebruje się pantomimę, póki komuś nerwy nie puszczą i nie przyjdzie z młotkiem w plecaku do pracy. No gorzej jak ma pozwolenie na młotek samopowtarzalny. A w jednej z Szwajcarskich korporacji było i tak. Wystarczy sprawdzić te fakty w historii internetu czy zwykłych gazet.
Równouprawnienie postępuje. No to w sumie  dobrze. Ale gorzej kiedy role na stałe się zmieniają, bo zostaje zachwiana naturalna równowaga i z tego potem pretensje, smutki i żale. Najczęściej te w luksusowym zaciszu kieliszka ,w nowej, pustej kuchni. Bo wydaje mi się że zamiana ról sprzyja temu, iż kobiety przestają być postrzegane przez otoczenie jako kobiety. Oczywiście nikt tego zainteresowanej osobie prosto w oczy nie powie. A to chyba największy dramat naszych czasów. No i  przecież każda Pani chce być odbierana przez otoczenie jako kobieta. I po części nie powie się tego ze strachu, a po wtóre z litości. Bo chyba nikt nie jest aż tak okrutny. A najgorzej ma osoba zainteresowana. Nie zna często powodu cienkiej linii dystansu. I brnie w to dalej.
Kończąc temat wspomnę już wreszcie o tym zaniku jaj. Chodzi mi o wazektomię. Skuteczną, /podobno naj/, męską antykoncepcję. Czyli po prostu obcięcie jaj. Może nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ale dla mnie jest to po prostu zwykła kastracja. No potencjalnie odwracalna. Ale słowo potencjalnie leży chyba tylko w umiejętnościach personelu medycznego.
 A wracając do "Bazy ludzi umarłych". Gdy przyjrzymy się ów łopatce do której strzelano /tuż przed otwarciem ognia/, można zauważyć małe wgłębienia, i chyba jakieś tam prawie dziurki. Obawiam się, że tej sceny nie nakręcono za pierwszym podejściem. Za pierwszym razem zapewne użyto pistoletu i pociski odbijały się od stali. Trzeba zapewne było użyć czegoś porządniejszego. Wiem o czym mówię. Kiedyś przy mnie strzelano z nowoczesnej broni do stalowego  hełmu rodem z PRL. Pierwsze kule nie przebiły powierzchni. Zupełnie jak rzucone na beton jaja.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Przeinspirowany

  Budząc się rano nie spieszę z otwarciem oczu, o ile budzik mi na to pozwoli. Najczęściej wybieram opcję "sen plus". Dlaczego tak? Bo staram się zebrać myśli, przeanalizować i zatrzymać w mojej dziennej podręcznej pamięci przekazy snów, które jeszcze nie uciekają, a są do tego gotowe jeśli za szybko ucieknę w dzień.
Sny się przydają. Nawet bardzo. Oczywiście i te miłe, i te niezbyt. Dusza układa nam misterne szarady przekazów, które mają wzbudzić naszą wyobraźnię, rozsiać fotele refleksji w naszej głowie i często rozświetlić ścieżkę podejścia. Oczywiście sennik w internecie ułatwia interpretacje.
  Sny mogą być inspiracją, mogą dać impuls do działania. Przykładem dla rzeszy osób negujących ich moc, może być Igor Sikorski. Konstruktor helikoptera /czy jak kto woli śmigłowca/, on sam wypowiadał się że koncepcja idei jego konstrukcji przyszła we śnie. Wykorzystał po prostu research własnego mózgu, a że jego ojciec był wybitnym psychiatrą, to zapewne otoczenie które go wychowało skłaniało do zrozumienia siebie.
Sny inspirują, książki inspirują, ludzie inspirują, internet inspiruje. No a jeśli do tego dodać przyrodę to mieszanka wybuchowa jest gotowa.
Przeinspirowanie to  niebezpieczny stan, kiedy do generowania dróg rozwoju napędza nas cała masa bodźców. Mnie inspiruje nawet reklama łożysk kulkowych, o papierosie nie wspominając.
Sami widzimy dziesiątki możliwości, a ręce mamy tylko dwie i doba ma 24 godziny. Co więc wybrać? Którędy pojechać własnym motorem możliwości rozwoju?
Najgorsze kiedy nasza własna moc usadza we własnym fotelu pilota odrzutowca naszych marzeń.
Chcemy robić wszystko na raz, a nie da się. Więc trzeba znaleźć łącznik który wykorzysta to wszystko. Niektórych takie poszukiwanie łącznika kładzie na kozetkę. Aczkolwiek, moim zdaniem: "nie ma nienormalnych". Są tylko błędnie zdiagnozowani. A leczone są przeważnie objawy, nie przyczyna. Skutkiem czego są dziesiątki "zombie" chodzących z tabsami lub głową pełną zaprzeczeń. Uleczeni autorytetem bieli posypanej solą sugestii.
A to że nawet największe gówno można przekuć w sukces, udowodniły mi dwie rzeczy.
Pierwsza: kiedy na Allegro sprzedałem rozbite lusterko do auta, a za otrzymane pieniądze kupiłem sobie nowe, sprawne i jeszcze mi zostało.
No i druga: dawno, dawno temu wojsko sikało na komendę /zapewne do wiader/. A dlaczego? Bowiem z moczu pozyskiwano fosfor, na którego wyprodukowanie w warunkach laboratoryjnych nie pozwalała jeszcze technologia. Więc ktoś kto miał pozycję i możliwości wykorzystał naturalne procesy do produkcji masowej.
Pieniądze płynęły więc słomkowym strumykiem pułków. Stojącymi w kolejce do wiadra, karnymi szeregami siepaczy, podwalin przemysłu chemicznego
Bowiem pieniądze nie leżą na ulicy- ulica jest nimi wyłożona. Trzeba tylko zrobić mały "update", w naszej głowie, żeby je zobaczyć.


piątek, 25 sierpnia 2017

Lody

Miejsce akcji: lodziania

Lody. Super pomysł, ale towarzystwo wcześniej głaskało kotka. Trzeba więc umyć dłonie.
Lodziarnia jest blisko, więc szybkimi ruchami zawodowych zjadaczy lodów mkniemy do tej latarni morskiej słodkości.
Wchodzimy i szybko do personelu, a kątem oka widzę szefową.
-Dzień dobry, gdzie można umyć ręce?
Tłumaczenia obsługi szybko ucina głównodowodząca.
-Toaleta jest dla klientów!

Moja mina prosiła o litość w postaci trąby powietrznej.
Bo dla mnie jest to logiczne że przed zjedzeniem lodów warto umyć ręce, a czy w drzwiach mam tłumaczyć na cały głos że mam brudne dłonie bo głaskałem kota na ulicy ?
Jakoś nie chciałem nikomu popsuć atmosfery konsumpcji. Reklamy z porannej telewizji, przy śniadaniu mi wystarczą. Kiedy dowiaduję się gdzie i kto, ma coś co dziwnie robi, no i gdzie to swędzi, albo robi coś innego pomiędzy aftą, a czubkiem palca u nogi.
A całość przegryziona moją kanapką.

Dziewczyna z huśtawki

Błyszczy stojąc na piasku oazy, cała okryta czarną tuniką, która spływa na jej ciele jak zastygła cienka lawa na zboczu młodego stoku jej skóry. A już za moment płynnym szeptem ruchu dosiada wierzchowca zbudowanego z dwóch stalowych powrozów i siedziska.
Swoim ciałem napędza prosty stalowy mechanizm  który potrzebuje tylko niewielkiego muśnięcia jej siły aby ożył płynnym wahadłem. Huśtawka nie kręci się wokół własnej osi, co skończyło by się skróceniem pomocnej stali i klincz maszyny. Ona napędza ten silnik, po czym zawraca pod wpływem włożonej doń siły, tak by pracował pod jej wpływem to granic realnych i bezpiecznych możliwości.
Dziewczyna się huśta, mechanizm pracuje, a otoczenie jest tylko pod wrażeniem jak wiatr, wygenerowany pracą stali i mięśni kierowanych intelektem, omiata jej ciało.
Kiedy ona mknie naprzód, to jakby fala niewidzialnej wody rozrzedzała czerń jej okrycia. Jej kobiecość rozkwita pod działaniem wzbudzonych żywiołów. Lekki uśmiech dopełnia całości tego zjawiska.
A kiedy wraca ruchem wstecznym, sytuacja się powtarza, ale z niepowtarzalnym urokiem kiedy napięte poły materiału pod wpływem fal powietrza ukazują arrasy tatuaży na jej plecach.
Żadnego w całości, raczej skrawki piękna. Ona pokazuje to co jest do pokazywania.
Każde z dzieł to zapewne inna historia, utkana z jej obrazów życia. Obrazy wzlotów, nadziei, pasji i oczekiwań. I na pewno wszystkie łączą się w całość. Która umiejscowiona w najbardziej z kobiecych miejsc jest przeznaczona dla czyichś oczu. By czerpał z tych obrazów moc, dumę, inspirację. I siłę by stal huśtawki działała bez zarzutu. Bo te łańcuchy utrzymujące siedzisko nie istnieją tylko dla potrzeby lśnienia.
Prosta maszyna codziennej zabawy doskonale odzwierciedla wzajemny schemat współistnienia i zależności.
   Niestety zjawiskowy wiatr czerni i obrazów na skórze ustał, wraz z końcem chwili wytchnienia na huśtawce.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Targowisko

Miejsce akcji: targ z warzywami w jednej z dzielnic dużego miasta
Dokładniej: baaardzo dużego miasta.
Najdokładniej: dokładnie tego o którym myślicie.

Starszy Pan przy straganie przyszedł z reklamacją.

- Panie !!! Cholewa jasna, coś mi Pan sprzedał. Co mi Pan naważył, co Pan se myślisz.
Że co ja jestem. Co Pan tu wyrabiasz? Za kogo Pan mnie masz? Ja tu ziemniaki byłem kupić a nie nie wiadomo co. Proszę mi natychmiast oddać pieniądze. To do gazety się nadaję !!!
Ja wszystko rozumiem, wszystko. Ale żeby sprzedawać ziemniaki pastewne* jako normalne !!!
Co Pan se myślisz ??? Proszę mi oddać pieniądze.
- No dobra, już dobra. Ile tego było? Tylko ciszej, już Pan nie krzyczy. A co Pan myślisz, że ludzie się znają?
Miastowi zjedzą wszystko. Byle wyglądało i cena była.

*ziemniaki przeznaczone do karmienia zwierząt gospodarczych


niedziela, 20 sierpnia 2017

" Klapek w kawie "


znaczenie podstawowe :

nieudany podarek
koszmar poranka
spełniony najgorszy ze snów
najbardziej trafna krytyka nie dotycząca jedynie błędów interpunkcyjnych
samospełniająca się przepowiednia
zdjęty film z afisza /pokazał za dużo czego nie powinien ponieważ niedostatecznie zamaskowano jego przesłanie umiejscowieniem akcji w przeszłości, przyszłości lub innym miejscu/
"strzał w potylicę w zaaranżowanej dla żartu egzekucji" - /oddzielny temat rozważań*/
dziesiąty pisany odręcznie życiorys, w którym ktoś wreszcie /ku uciesze / pomylił numer szkoły podstawowej
picie wody z brzegu kałuży, na środku której unosi się plama rozlanej ropy


Ale w sumie kawę można wypić.
Klapek był zbyt duży i nie wszedł do środka. Wystarczy przecież przetrzeć brzegi kubka, których dotykał klapek.
Co prawda niesmak pozostanie.
Ale potrzeba wypicia kawy jest ważniejsza.

A ciekawi mnie kiedy "klapek w kawie" wejdzie na stałe do mowy, jako swego rodzaju "osobliwość"
Odpowiedzialność biorę na siebie.








Friend

Lekki, niezawodny, zawsze pod ręką. Kiedy potrzeba w kieszeni, innym razem zamocowany unikalnym klipsem, a jak wyjdzie tak jakoś z potrzeby chwili to na sznurek i przez szyję, żeby wisiał spokojnie na szyi.
Pomoże przy obiedzie, upora się z jabłkiem i nie pogardzi ziemniakiem.
Może uratować życie kiedy trzeba będzie o nie walczyć na odludziu, lub gdy czyjeś kroki zapędzą nas pod ścianę niczym psy kota w zabetonowany wklęsły narożnik.
Bo czasem lepiej żeby nas czterech sądziło niż czterech niosło jak mawiają starsi i mądrzejsi.
Może być wymuskany by uporać się zarostem, a może być po prostu utrzymany w przyjemnie dobrym tonie użyteczności.
Trzymać go trzeba tam, gdzie nie dojdą wścibskie i chytre rączki wszystkowiedzących, najmądrzejszych na świecie krasnali lub nie wyrwie go nam palec kieszonkowca.
Zawsze trzeba go mieć. Jeśli nie w plecaku, to w zasięgu dłoni.
I czy jest to scyzoryk, nóż kuchenny, składany folder czy nóż bojowy o czarnej oksydzie to pamiętajmy że ten wynalazek stworzył cywilizację.
Bo chyba gdy robot do obierania ziemniaków będzie standartem w kuchni, to następnym standartem będziemy my w charakterze zasilania. Niczym w "Matrixie".
Jeśli jeszcze w nim nie jesteśmy.


Łożysko kulkowe

Tniesz nocą autem przez ronda miast. Wszelakiej maści, nazwy i koloru.
Pseudonimów, Nas, Was, Ich, Przyjaciół, Tych co za nas, Tych co za was, Tych co tam, I tak dalej...
Nazwy mniej autentyczne, lub nie muskające obecnej sytuacji politycznej jeszcze się uchowały, ale to kwestia czasu i uchwał kiedy literki zmienią się w bardziej przyjazne oczom podpisującym lokalne wieści podparte wiatrem przemian. Czy to dobrze czy inaczej? Historia i uchwały ocenią już za kolejne pięćdziesiąt lat.
Reklamy też się zmieniają. Najbardziej tych firm, które nie nadążają, lub paradoksalnie nadążają z tak dobrym skutkiem że w tempie swojej ekspansji zmieniają z roku na rok asortyment który wymaga co i raz nowych banerów. Ale to dobrze. Drukarnie reklam  mają zajęcie.
Mi w oczach utkwiła dziś po raz setny nieśmiertelna reklama łożysk kulkowych. Wisi od zawsze. No i raczej wisieć będzie. Łożysko kulkowe to genialnie prosty wynalazek. Dzieło geniuszu.
Oczywiście od razu dorobiłem sobie historię do tego łożyska kulkowego. Nie był bym sobą gdybym czegoś nie wymyślił. No i opisał co właśnie robię.
Przecież nasz kraj to takie łożysko kulkowe.
Kilkanaście niezależnych od siebie kulek zawartych w dwóch obręczach. Tak upraszczając.
Kulki kompletnie się z sobą nie stykają ale całość działa bez zarzutu. Działa. No i to jak!
Problemy pojawiają się jedynie jeśli kulki zaczynają być blisko siebie. Wtedy ten mechanizm jest zagrożony. Oczywiście, paradoksalnie, separacja fizyczna kulek tylko działa na korzyść tego misterium mechaniki.
I tak to jest z tym naszym łożyskiem.
Łożysko kulkowe skrajności, podzielone prawie niewidocznymi z zewnątrz, lecz dostrzegalnymi doskonale w środku separatorami.
Gorzej tylko że jedna kulka nie widzi drugiej, pomimo tego że jedna od każdej kolejnej jest zależna i potrzebują siebie nawzajem.
A najgorzej kiedy ktoś rozwali te łożysko młotkiem, a potem każdą z kulek wyśle komuś prosto w tyłek z procy.
A może właśnie to każda z takich kulek jest właśnie komuś tylko do tego potrzebna ?



Zbroja

Załóż czapkę na oczy -  nikt nie dojrzy braku snu, na ich brzegach.
Głębiej schowaj się w kapturze - nikt nie uchwyci twojej twarzy.
Podciągnij zamek aż pod nos - nikt nie odgadnie miny jaką masz na sobie w chwili spontaniczności.
Dolej do całości okulary z lusterek - teraz już możesz walczyć.
Na całość zasznuruj słuchawki wielkości hełmu.
No i schowaj wzrok w wyświetlaczu wielkości dłoni.

Teraz możesz wyjść z domu...

SHOUT BOX

sypnij suszem żaru plonów,
wylej wodogrzmoty kaligrafii literek,
zawiń zgnite światło z pod półek stanic,
spakuj sny ocenzurowane bulgotem admina,
sypnij, wylej, zawiń, spakuj i zapomnij,

hieroglify wyćwierkane koronką verdany

Warta

Trzydziestu ułanów pod spiżowym zamkiem.
Trzydzieści żyć w zasięgu własnego palca.
Trzydzieścioro dzieci zespolonych z dynamitem, w zwalcowanej szkatułce puszki stali.
Jedno moje życie, w cieniu skupiacza myśli wytrąconych sercu.



* 30 naboi mieści się standardowo w magazynku podłączanym do broni

Felieton ?

Czat.
Dowolny portal i wewnętrzny obszar zwany po prostu "pokojem".

Osoba pisząca "Caps Lockiem" może równie dobrze klikać dowolnym rodzajem koloru lub dostępnej czcionki.

-hej
-HEJ
-:)
- LAT ?
- Janek, a Ty ?
- WOLNY ? BO JA SZUKAM NA STAŁE.
- lubisz czytać książki?
- ALE NIE ŻONATY ?
- a lubisz jeździć rowerem?
- MASZ FOTKĘ ?
- a co lubisz robić w czasie wolnym?
- ALE WYSYŁASZ PIERWSZY, JA ODEŚLĘ SWOJĄ
- a masz jakieś pasje? zainteresowania?
- NO CZEKAM, CZEMU JESZCZE NIE MA, ALE ŻEBY BYŁA OD PRZODU
- ja mam brązowe oczy, a Ty ?
- ZBOK, MYŚLICIE TYLKO O JEDNYM !!!!
- halo, halo ?
/koniec połączenia/

Godzinę później. Sypialnia osoby piszącej "CAPSEM"

-Mam już tego dosyć, ty ofermo. To przez ciebie ważę teraz dziewięćdziesiąt kilogramów. Sam sobie się podsuń !!!
I proszę mi przełączyć na ten serial z tymi księżniczkami i rycerzami w tych turbanach.
No i musiałeś zeżreć prawie wszystkie "lejsy" ?

sobota, 19 sierpnia 2017

Wystawa sztuki i galerie sklepów

Miejsce akcji: praca
Dokładniej: jakakolwiek
Jeszcze dokładniej: tam gdzie pracuje więcej niż jedna osoba.

- Idę dziś na zakupy do galerii handlowej, a potem obejrzeć wystawę obrazów - stwierdzam w pracy, myśląc na głos.
- A gdzie ta wystawa ? - dopytuje się sąsiedni pokój.
- Noo, w galerii. Tylko nie pamiętam nazwy. Muszę sprawdzić. - odpowiadam.
- Aaa, to świetnie. Będziesz miał blisko z zakupami, i nie będziesz musiał stać w korkach. A powiedz mi, na którym piętrze? Będę może po południ to też bym zaszedł zobaczyć. Można tam wjechać windą z parkingu?

Porcelana mi zardzewiała od mojej miny. Którą zresztą sam wyłuskałem ze zdziwieniem we własnym odbiciu, w szybie zgaszonego monitora.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Okulary i nie te na słońce.

Okulary to fantastyczny wynalazek. Zwłaszcza te przeciwsłoneczne. Korekcyjne są już standartem, choć w czasie okupacji byli tacy którzy chcąc wtopić się w tłum po prostu je ściągali. Wtedy okularnik to było coś.
Oczywiście najlepsze są te różowe. Zakładane co rano na ekran monitoro-przekaźnika naszych potrzeb i oczekiwań które skwapliwie wysyłamy w świat akceptując wszelkie ciasteczka znane ze swojska cookies.
Można oczywiście ich nie akceptować, ale i tak wszyscy to mają gdzieś.

Okulary więc towarzyszą nam wszędzie.
Na basenie, na rowerze, w powietrzu, na nartach i gdzie tam chcecie.

Internet też na nam towarzyszy wszędzie. Nawet znalazłem apkę z normami zużycia papieru toaletowego której statystyki na serwerze pokazują jak bardzo jesteśmy eko /żart ;) /

Chcąc nie chcąc internet i okulary wkrótce się połączą w jedność na poziomie komercyjnym.
Pierwszym krokiem do takiego świata były celowniki kolimatorowe, potem wyświetlacze HUD / Head-Up Display/
Przykładem takiego wkraczania rzeczywistości rozszerzonej, do naszej rzeczywistości zawężonej naszą wypłatą, jest nakładka do telefonu umożliwiająca bliższe skumanie się z wirtualną rzeczywistością.
Oczywiście to kwestia czasu kiedy technologia zminimalizuje telefon i wsadzi go gabarytami w klasyczne okulary, a potem prosto do soczewki kontaktowej.
Pokemon Go to dopiero introdukcja do tego co nas czeka.
Pozostaje tylko pytanie które wisi gdzieś pomiędzy filmem "Incepcja", książką "Mars" Rafała Kosika i Matrixem.
W jaki sposób odróżnimy wirtualną rzeczywistość od zwykłego życia, kiedy gry i wszelakiej maści aplikacje staną się idealnie realistyczne ?
Odpowiedź jest jedna. Nie odróżnimy.
I tu na koniec powstaje wniosek w formie kolejnego pytania.
Skąd wiecie czy my już nie jesteśmy wirtualną rzeczywistością?

Rekonwersja

Zdejmij szelki.
Złóż szablę.
Przysuń krzesło.
Włącz lampkę.

Otrzep kurz.
Obliż rany.
Znajdź najlepszy atrament.
 
Kopnij szyszak pod wieszak.
Zarepetuj stalówkę.

Skrzydła postaw przy zbroi.
 
Tylko, teraz co dalej ?
 
Kartki myślą uzbroisz.

Strzelając Backspace

Pluję w monitor
Klawisze są hot
Krzyczę w ten ekran
Spacja zaraz pęknie
Palcem pykam w obraz
Matryca już płynie
Co wy robicie!
Sąsiad wali z góry
Nic nie rozumiecie!
Dziecko znów się budzi
Strzelam komentarze
Eksplodują maile
Minuję twittera
Rozbrajam dyskusje
Pot ścieram koszulką
Wycieram ust brzegi
Pięści już mam sine
Ooo już wschodzi słońce...
Pora iść do pracy
Zmiana kompa z IP
Więc login i hasło
Ból czuję za moment
Serce tłucze, łomot
Już za chwilę ciemność
To nie światło zgasło
To mózg strzelił backspace

niedziela, 13 sierpnia 2017

500 pulsów samotności

Lewica, prawica, środkowica, żółciowica, powszechna zamartwica, a do tego znieczulica.
Obraz świata z telewizji posmarowanej białymi literami na niebieskim tle, rozpędzonej megabitami wiedzy na sekundę.
To nasze akwarium EuroPL.

To że "Morski niedźwiedź" przyjdzie jest logiczne tak samo jak starość. 1497, 1757 no i jakoś wychodzi że już pora. Ale co się odwlecze to nas dogoni. Ktoś nawet ostrzegał. Ale nikt nie słuchał. Mnie też nie musicie.

ZUS nas ściga karteluszkami z setkami złotych prognozy plus, co nas bawi, ale za trzydzieści lat będzie straszyć.
Tylko że te karteluszki, które pewnie leżą, w okolicach niszczarki są swego rodzaju poezją biurokracji. Poezja bowiem jest dla osób wrażliwych i inteligentnych, co najczęściej idzie ze sobą w parze i kieruje te osoby na łono kozetki, albo i gorzej, jeśli fakty które przeciekają między wersami ich życia zaczynają gnieść za mocno w głowę.
Oczywiście można udawać że tematu nie ma. Tak jest wygodniej. Domena jednej z płci.
No i te karteluszki są dla inteligentnej osoby ostrzeżeniem "ZRÓB COŚ BO BĘDZIE SŁABO"
Jedni ładują w skarpetki, inni zwiewają pracować na akord, za kanał, a inni metodą klasyczną powiększają rodzinę. No i dzięki 500+ mogą sobie na to pozwolić.
Dzieci to też forma strategicznej formy oszczędności i inwestycji emerytalnej.
W dzieci się inwestuje, a nie na nie wydaje.
Dobrze wychowane dziecko, nie zostawi rodzica na starość, będzie go szanowało i pomoże.
Wychowane, a nie wymodelowane lub zwarunkowane. Bo to jest różnica. Niewielka, a jednak.
Można też liczyć na dom opieki czy inny "socjal".
Gorzej jeśli na ten sam pomysł wpadnie milion singlii i bezdzietnych po rozwodzie.
Jakoś ciężko mi uwierzyć w masowy wysyp takowych przybytków.
Że będą , to fakt - ale czy na poziomie profesjonalnym?
Miejsce tam wykupisz. Owszem. Pokój z papierem toaletowym i serwisem Bed&Bath. Gorzej jak obsługa zastrajkuje lub twoje oszczędności przepadną.
A Ty nie pojmiesz, jak to możliwe, w ten sam sposób jak postrzega obecnie internet 90 latek w okularach.
Mi do myślenia dało kiedyś chodzenie o kuli przez kilka miesięcy. Kiedy krawężnik był przeszkodą okupioną bólem, a na ruchome schody patrzyłem i płakałem.
Chodniki w PL są koszmarem i tragedią. Zimą szczególnie. Ale co tam jesteśmy młodzi. Mamy własne zęby. No i tylu znajomych. Tłumy uśmiechniętych.
Gorzej gdy za 40 lat ich zabraknie z każdej możliwej przyczyny.
Obawiam się że metoda "na wnuczka", jeszcze wróci i to z potrojoną siłą.
"Na wnuczka", moim zdaniem jest nauczką, co czeka samotnych, nikomu nie potrzebnych, seniorów z oszczędnościami.
Jakoś nie wierzę że są aż tak naiwni, tak do końca, oni wszyscy.
Myślę że ryzykują swoje tysiące w skarpetkach, żeby choć przez moment usłyszeć czyjś głos w słuchawce, być potrzebnym, byle komu, byle był to ktoś kto zadzwoni i wymieni ich imię.
Chcą nadziei, ucieczki od kłującej w uszy ciszy i szumu głupoty mediów.
Mają dosyć długiego, samotnego, życia.
Nawet z pełną skarpetką.

Choroba demokratyczna*

Leży na dnie wirusem,
Kropelkuje słowami.

Wzrasta w głowie, czy duszy ?
Potęguje tsunami.

Ślizga się szyną prozy,
Muśnie kartek poezji.

Zarżnie ducha w ogrodzie,
Wykolei twe serce.

Gdy ją szybko wykryjesz,
to ucieknie ścierniskiem.

Biegnie też zaoranym,
czmychnie pobojowiskiem.

Kto to, co to, to było?
Dziwią się zaleczeni.

Zawiść. To genetyczne.
Odpowiedzą zranieni.



Choroba demokratyczna* - definicja "zapożyczona" z wypowiedzi


środa, 9 sierpnia 2017

AFERA

Afera na skalę,
białych liter na tle.

Poparta filmikiem ,
jego kontekst się rwie.

Komenty się sypią, 
lajki muskają.

Szortmesy rwą temat,
po prostu coś extra.

Gejzery w fotelu
lub leżance krzesła.

Coś co  lat dwadzieścia temu, 
było zwykłą rzeczą.

Teraz jest jak nowum,
w tym tak nudnym świecie.

Na koniec, przeczyta ją Pani,
Z tak cudnym błysk okiem.

W popularnym kanale,
Mieszając Cię z kotem.

Jej source nie dojrzysz,
A kogo to chwali?

Ma być news, i koniec.
A kogo to że pali.

Kabina Ludolfina

Niewymierna  w profitach.
Zawsze z przodu,
Oszklona.
Miejsc ma dwa. Tylko. Jedynie.
To nie ta od ogona.
Wyśniona.
Kabina, do lotów, tuż przy sterach.
A jakże.
Choć wycieczkę tam zrobić.
Ale wolę na stałe.
Bez talentu ją zdobyć.
Wejść na moment, kolejką.
Może nieco łokciami.
Tak na chwilę, nie piekło.
Wepcham ze sobą działo.
Będę tu władcą świata.
I to nic, że tu z lufą, to nie bardzo tu miejsce.
Ciąży luśnia dziobowi.
Pilot zrobi mi miejsce.

Choć nie chce.

Polska jest kobietą ?

jestem młoda, tak piękna
wszyscy noszą mnie wzrokiem

zaraz będę kobietą
jestem światem na dłoni

tak, kobieta dojrzała
już znam piasek na zębach

coraz bliżej siwizna
odszedł, zabrał kwiat życia

moje pędy uschnięte
coraz szarzej, choć mądrzej

wymagania wciąż pędzą
chociaż szanse nie rosną

MSZA ŚWIĘTA

można chodzić
lub nie

wierzyć
lub nie

modlić się
lub nie

patrzeć
lub nie

dostąpić
lub nie

opanować się
lub nie

być kulturalnym
lub nie

ale szanować
raczej powinno

niedziela, 6 sierpnia 2017

Intelektu 5


Intelektu tę pięść,
Zamieniamy na pięć.
Obracamy na pięć,
Intelektu tę piędź.

Zamienionych na pięść,
Skowyt myśli mych pięć.
Sypie wierszem przez pięć,
Intelektu ta pięść.

Pogubiłem się w piędź,
To stron świata jest pięć ?
Dwie z dziesięciu to pięć,
Reszta płacze ze spięć.

Zamień chaos w dróg pięć,
Zanim zmienisz myśl w pięść.
Rzemieniami na pięć,
Intelektem złam pięść.

środa, 2 sierpnia 2017

Torpiki

Pojadę w te torpiki,
Najlepiej samolotem.
Będę ja wypoczywał,
Pływał, dmuchanym smokiem.

Zaznam ja żaru piasku
Zjem, w nocy wszystkie kluziwy.
Eks, to mnie tu nie znajdzie,
Bo myśli że jadę na grzyby.

A potem jak będę już wracał,
Pijąc wszystko co dają.
Zrobię sobie słitfocię,
I wyślę znajomym w kraju.

Tylko niestety mamie, powiem prawdę ja całą.
Żem ja tu nie wczasy, se robię,
Ale pracuję,
Choć w raju.

sobota, 29 lipca 2017

1944 Powstanie

Warszawa,
4 sierpnia 1944,
okolice gmachu Teatru Wielkiego
Odprawa strzelców wyborowych przydzielonych do osłony natarcia niemieckiej kompanii piechoty.

- Witam Panowie ! Powiem krótko, mamy kłopoty z tym Pałacem Blanka. Polacy zrobili tam dobrze umocniony  punkt oporu, a ich zamaskowany karabin maszynowy nie pozwala nam, na przedarcie się. Pionierzy mieli wczoraj spore straty. Po zapoznaniu się z meldunkami z rejonu, zapotrzebowaliśmy was. Żeby zrobić z tym porządek.
Obsługi karabinu maszynowego nie jesteśmy w stanie zlokalizować i skutecznie zneutralizować. Mają za dobry wgląd w teren, zmieniają stanowisko, mają dobrą taktykę walki. No i celnie strzelają.
Zrobimy więc to inaczej niż by tego oczekiwał przeciwnik.
Pierwszy pluton będzie starał się, pozorowanym natarciem, zmusić karabin do zużycia amunicji, a to z kolei spowoduje ruch amunicyjnych bez których nic nie zrobią na dłuższą metę.
Broń bez amunicji jest niczym.
A nie chce mi się wierzyć że mają tam pełne skrzynki pod nosem.
Polujemy dziś na nich, resztę zostawić.
Nawet tych z kablami nie ruszać.
Jak się zorientują że jesteście to coś wykombinują i leżymy z niczym.
Macie zamrozić ich naczynia krwionośne żebyśmy mogli posunąć się naprzód.
- Pytania? No,widzę że brak.
- Więc do roboty.
- Czołem.

Strzelcy-snajperzy, wiedzą co mają robić.
Powoli wychodzą z mroku piwnicznej odprawy i zlewają się z popołudniem w budynkach które za dywan mają centymetry szkła.
Za miejsce dogodne do ostrzału wybrali sobie gmach Teatru Wielkiego.
Mają jeszcze trochę czasu na zajęcie pozycji, zanim rozpocznie się zaaranżowana walka która wygeneruje ruch.

  Ciszę popołudnia przerywają pojedyńcze wybuchy granatów ręcznych, a za moment regularne wystrzały które przechodzą za kilka minut, w płynną wymianę ognia.
Tak jak mówione było na odprawie, za chwilę do wojennej pracy dołącza karabin Powstańców, który stara się omieść podrywające się sylwetki agresora.
Sztuczka wywołania walki udaje się perfekcyjnie i za kilkanaście minut serie karabinu maszynowego są coraz rzadsze.
Już słychać po ich coraz krótszym trwaniu że kończą im się naboje.
Celowniczy widzi kątem oka że zapas topnieje i pewnie krzyczy do druhów żeby migiem dosłali świeży zapas.
Zaraz Powstańcze szeregi wyrzucą z labiryntów pokoi ich szańca zbawienny zastrzyk świeżej amunicji, który już ktoś w pocie czoła przytargał z drugiego końca odcinka gdzie nacisk wroga jest symboliczny.
Strzelcy wyborowi tylko na to czekają, żeby wyłuskać ten jeden cenny cel.
Powoli i cierpliwie, patrzą w swoje sektory, będące strefą śmierci dla każdego kto tylko mignie w ich świetle.
To tylko kwestia czasu, minut i chwil.
Karabin maszynowy strzela coraz rzadziej, a coraz częstsze wybuchy granatów ręcznych świadczą o tym że pozorowane natarcie za chwilę może przerodzić się w decydujący szturm.
Oczy snajperów  jak sępy krążą nad oknami i rozbitymi ścianami.
Już tylko chwile.
Sekundy.
Zaraz któryś mignie.
No i jest.
Hełm z opaską pojawia się w jednym z prześwitów żeby zniknąć za moment.
Jest czujny. Dobrze wyszkolony. Wie że może być obserwowany.
Raz przeszedł błyskawicą i strzelec wyborowy nawet nie zdążył wychwycić jego skoku.
Ale spokojnie.
Oni patrzą i widzą jeszcze kilka wyrw które nie dadzą mu szans.
Karabin maszynowy zamilkł.
Granaty rozrywają się stadami, na przemian z seriami lekkich maszynowych zraszaczy krwi.
Pluton rozpoczyna prawdziwe natarcie.
Teraz już jest ich.
Kolejny skok i będzie leżał tam gdzie się pojawi.
Ale amunicyjny, chyba też o tym wie.
Cisza karabinu już jest zauważalna w sposób klarowny dla obu stron.
Wyrwa zieje pustką.
Jeszcze sekundy.
Jest !
Zrywa się do biegu, ale jednocześnie ciska zasobnik amunicyjny płynnym ruchem, w miejsce gdzie miał dobiec.
Strzał jest głośny i celny.
Ciało zastyga w powietrzu, po czym znika w cieniu reduty, uderzając w podłogę - skałą*
Celne trafienie profesjonalisty nie musi być potwierdzone niczym, poza łuską która spada pod nogi strzelca.
Ktoś klepie w ramię snajpera.
- Dobra robota.
Ale co to?
Karabin maszynowy Powstańców ożywa ogniem i ze zdwojoną zaciekłością dławi pluton wroga całymi rojami świerszczy wylatujących bez imienia* z jego lufy.
- Cholera jasna. - mruczy dowódca strzelców.
- Dorzucił tę amunicję. - kończy rozmowę snajper
..................
..................
..................

W tym samym czasie.
Pałacyk Blanka, który był celem obserwacji i strzału snajpera.


- Krzysiek, Krzysiekkkkk, Krzyś !!!!





* "Bez imienia"  K.K. Baczyński

wtorek, 25 lipca 2017

Wania

Kursk
1943

Wszyscy leżą martwi.
Cała okopana kompania.
Towarzysze.
Nie tylko towarzysze z książeczką.
Po pierwsze, towarzysze broni.
Zasnęli gdzie klęczeli, leżeli czy jedli.
Zakryła ich jedna celna salwa artylerii.
Zamarli w połowie zdania, ćwierci myśli, ułamku smutku, rozpoczętej kłótni, czy wybuchu śmiechu po żołnierskim dowcipie.
Kurz opadł na ziemię, w którą wpadły ich tchnienia.
Broń wciąż czeka, a oni zastygli z dłońmi na jej chłodzie.

Tylko mnie ominęła zaraza stali.
Dlaczego?
Pobiegłem zrobić im zdjęcie.
Miało być z oddali.
Tak by było widać ich wszystkich.
A ja najmłodszy służbą, więc dawaj z aparatem kawałek za okopy, żeby ładnie wyszło.
Miało być z daleka, tak codziennie.
Zwyczajnie.
Po prostu frontowo.

Stal błysnęła kurzem, akurat chwilę po naciśnięciu migawki.
Zdjęcie zrobione, a podmuch ich uchodzącego życia powalił mnie z nóg.

Zdążyłem tylko otworzyć usta z wrażenia, strachu i każdego innego uczucia które mnie zaskoczyło.

Dobiegłem do nich, ale tylko po to żeby zamknąć oczy.
To koniec.
Bez szans na ratunek. I dla nich i dla mnie.

Już słyszę czemu służyła ta salwa.

To było przygotowanie artyleryjskie do kontrataku.
Szum czołgów przeradza się w wycie silników.

Widzę moją rusznicę.
Amunicji jest więcej niż zdołam unieść.
Więcej też niż zdołam wystrzelić.

Kurz zamaskował tylko moją pozycję.
Nawet hełm który zostawiłem na czas zrobienia zdjęcia jest nim okryty.
Trzeba go założyć, by skryć blond czuprynę w jego cieniu.
Celuję spokojnie.
Wieże maszyn rosną przed moją lufą.
Powoli, delikatnie i z wyczuciem dociskam kolbę do ramienia.
Raz trafię na pewno, drugi być może.
Ale czy trzeci ?
Pora już strzelać.
Strzałem wydam wyrok na pierwszą maszynę, ale i za moment na siebie.
Ale to już nie ważne.
Za chwilę dołączę do zdjęcia i ja.

Niestety zrobi je ktoś inny.

Leżeć, leżeć powiedziałem

Okinawa 1945

"A ten co podniesie głowę padnie mrokiem na ziemię gdy świerszcze chwycą jego twarz, której opończa potoczy się po plaży z otworami po ich muzyce."

a po normalnemu:
ktoś dostał z maszynówki w łeb, a sierżant kazał leżeć plackiem

Przepis

Jak to zrobić ?
Tak po prostu bądź sobą.
Dużo lać wody ?
Nie owijaj w bawełnę.
Soli szczyptę, czy łyżkę ?
No i patrz prosto w oczy.
Liść laurowy, czy pieprz ?
Unieś brodę do góry.
Mieszać w prawo, czy w lewo?
Zawsze miej swe zasady.
A z mrożonki się nada ?
Nie bój się, w stół walnąć pięścią.
Duży, czy mały ogień ?
No i po prostu powiedz.
I na jednym talerzu ?
Zawsze prawdę, nie kłamstwo.

Jest to najprostszy przepis na samotne posiłki.
Zawsze ten kto mówi prosto w twarz co myśli, a jeśli do tego ma rację...
Siedzi sam przy stole.
Co prawda może sobie spojrzeć w twarz w lustrze.
Ale samotność, często jest ceną.

To nie jest czas dla poetów

Wszystko już było.
Jak wszystko już było to nic już nie będzie.
Bo wszystko już było.
Ludzie nie chcą czytać książek.
Bo wszystko już było.
Nikt nie komentuje.
Bo wszystko już było.
Nic już nowego nie będzie.
Bo wszystko już było.
Moda wciąż ta sama, tylko kolory się zmieniają.
Bo wszystko już było.
Widziałem już wszystko, bo mam szybkie łącze.
A tam wszystko już było.
Wlazę głębiej pod kołdrę.
Bo wszystko już było.
Najlepszy trunek smakuje jak kompot.
Bo wszystko już było.
Może coś wymyślę ?
Ale wszystko już było.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Na kolanie

Klepię w te klawisze.
Na kolanie, z wirusem pod klawiaturą, z tanim edytorem lecz zapałem.
Na płycie osb podpartej stosami książek i podklejonej taśmą by nie zedrzeć przedramion.
Z piwem w dłoni lub herbatą zaparzaną czwarty raz z tej samej torebki.
Z wieczną dolewką kawy, lub ćwierć tygodniowym sokiem na stole.
Z zarysowanymi okularami lub mrużąc oczy bliżej godziny zero.
Z zegarkiem na pulpicie, drugim na podstawce i trzecim na nadgarstku.
Czując zapach wczorajszej makreli lub czując ciężar wciągniętych steków.
Ale klepię, wciąż klepię lub myślę.

  Co będzie kiedy wreszcie postawię sobie normalne biurko, nauczę się zasad interpunkcji i poczuję zimne powietrze wpadające czasem do ciepłej kuchni?

niedziela, 23 lipca 2017

Emocje dnia

Idziesz po chodniku i gapisz się tela.
Same ważne wiadomości.
Pięć minut temu też było patrzone.
Ale teraz jest ważniejsze.
Wtedy to było mało ważne.
Teraz to dopiero.
A za kwadrans, to się zacznie.
Ooo dopiero będzie, i to jazda na maxa że hej.

Tak.
Znajomy pomylił emotikony w komentarzach pod zdjęciem koleżanki z wakacji.
Przynajmniej tak się tłumaczy.
A może dał specjalnie, a  teraz się tłumaczy że niby pomylił.

Ale emocje !

sobota, 22 lipca 2017

Komisarz 1945 /Marynia 2

Granica Chin i ZSRR
Rok 1945
Wczesna wiosna

Co ja tu robię?
Góry, doliny, lasy, rzeki...
Przechlapane, przerąbane.
Po co mi ta znajomość z tą Marynią była potrzebna ?
Kolega, jeszcze z frontu fińskiego, szepnął mi potem że był na mnie jakiś szeptany nacisk.
Ktoś, coś, powiedział, zadzwonił. Dziwne to było.
Ale za bardzo i za mocno z góry, więc i on sam nie węszył.
Same kłopoty. Lepiej nie wnikać bo przy następnym moim źle odebranym ruchu mogę wylądować...a lepiej nie myśleć gdzie i z kim.
Dróg tu nie ma więc biorę konia i jadę. Czasu mam całe tony.
Kilka konserw do plecaka i dalej w góry.
W sumie całkiem tu ładnie.
Tylko czasem strach w nocy. Dziwne tu okolice.
Podobno nawet ktoś widział ślady tygrysa na śniegu.
Gorzej jeśli te tygrysy będą miały skośne oczy i jakieś miecze czy widły, może być wtedy nie za wesoło.
Granica tu jest, ale na mapie. Mapy wiszą w sztabie. A życie jest życiem.
Góry po horyzont, ale razy dziesięć.
Mur Chiński ? Kto go tam widział.
Tam tylko głód, śmierć, partyzanci każdej ze stron i co jakiś czas zwiadowcy Cesarskiej Armii.
Tu jedynym gwarantem bezpieczeństwa jest karabin i pistolet. A szabla też się nada.
No, a w sumie, tak patrząc  racjonalnie na moją sytuację..hmm, to dobrze na tym wyszedłem.
Moja jednostka, która była rozlokowana w Polsce, już nie istnieje.
Podobno wszyscy byli w okrążeniu, wybici albo w niewoli.
Komisarzy podobno od razu stawiali pod ścianę i w łeb.
No cóż. Taki los.
A mnie przyszło agitować drzewa.
To dobrzy i wierni słuchacze. Tylko czemu milczą zielenią.
Dam radę. Na pewno jeszcze o mnie sobie przypomną w sztabie.
Zresztą, mniejsza o to.
Trzeba wracać w dolinę. Ciemno zaraz będzie.

Ale co to ? Ognisko? Tutaj.
Ha, pewnie jacyś przemytnicy.
Zaraz ich przyskrzynię.

Konia zostawię. Broń przeładowana.
Plecaka nawet nie zdejmuję.
Trzeba działać szybko.
Powolutku się skradam.
Już widzę dwie postaci w płaszczach.
Mają też konia, przywiązanego do drzewa.
Leżą wtulone w siebie przy ogniu.
Więc to po prostu uciekinierzy. Pewnie nawiali z jakiegoś łagru.
Już ja wam dam bratki.
Zaraz wam pokażę!

- Ręce do góry !
A ci ani drgną.
- No wstawać! Już!
Dalej cisza.

Podbiegam w te pędy i odrzucam koc z ich twarzy.
Dwie kobiety, wtulone w siebie, i tak słabe że już nie mogą wstać.
Położyły się tu chyba żeby umrzeć.
Zresztą. Ich kobyła wygląda lepiej.
Jedna całkiem młoda, i jakoś ma dziwnie znajomą twarz.
Zaraz zaczyna ruszać się druga i błyska swoimi brązowymi oczami.

- Boże pomiłuj, znaczy wielka partio! Marynia!
Nogi uginają się pode mną, a broń wypada z dłoni.
One? Tu? Skąd?
Marynia z córką. Zaraz zwariuję.
Nieee tylko nie to.
Ciemno mi przed oczami.
Zaraz błysk i leżę.

...............................

Pół godziny później.

.................................

- Macie tu konserwy, słoninę i chleb. Rewolwer też wam zostawię bo to taki zdobyczny. Z Polski przywiozłem.
Nieźle mnie załatwiłyście, ale gdyby nie wy, to bym teraz pewnie u faszystów ziemię jadł trzy metry w głąb.
A jak bym teraz was dowiózł do swojej jednostki, to znając życie za tydzień bym meldował się u Czukczów żeby im pomagać w łapaniu reniferów.
Idźcie w swoją stronę. Do granicy macie już blisko.
Powodzenia.

-Komisarzu?
-Tak, co tam jeszcze chcesz Marynia?
-Bóg zapłać.



piątek, 21 lipca 2017

Archeolog internetu /update 1.2/

Gdy cyfrowe platformy zgasną, bo nastanie nowa technologia z naszych snów, do pracy przystąpią naukowcy.
Archeolodzy internetu którzy z zapałem będą śledzić zapisane myśli i słowa.
Albowiem:
"wszystko co jest w sieci może zostać zapomniane, lecz zostało zarejestrowane, zarchiwizowane, zapisane, i gdzieś zawsze pozostanie jego ślad. Czy nam to się podoba czy nie. Na zawsze. "

Mam w głowie całą koncepcję takowej powieści :)
Z chęcią się podzielę.
Zapraszam do kontaktu :)

Marynia

1944
Polska wschodnia
Kantorek na zapleczu gospody w Awissie
Rozmowa dwóch dowódców, różnych zgrupowań partyznackich, ustalających szczegóły działania na najbliższe tygodnie.

- A co z tą Marynią?
- No a nic. Mieszka sobie tak pod lasem, sama z córką... No tam, gdzie mieszkały te rodziny oficerów. Przy tym osiedlu rodzin wojskowych. Te, co poznikały w czterdziestym. Że coś czerwony krzyż je zabrał. No wtedy co w nocy te ciężarówki były. Zimą jakoś. A wiesz jak to wtedy było. Zapytałeś o coś to sam zaraz byś miał ten czerwony krzyż pod domem.
- Aaa no tak. Już kojarzę.
- No więc z nią było to tak. Chyba tak na jesieni czterdziestego to się działo...

"Mieszkała tak sobie pod tym lasem z córką. I kiedyś tam się kręcił przy niej jakiś tam ruski komisarz, i zaraz ją tam agitować zaczął żeby przyszła na te spotkania co robili u nas po gospodach.
No, a że ona taka wygadana, i w sumie mądra dziewucha bo chyba nawet gdzieś tam w Warszawie mieszkała to wzięła i poszła.
Ale posłuchaj co najlepsze.
Zabrała z sobą jakiś tam zeszyt i sobie przemówienie zrobiła.
I zaraz podziękowała komisarzowi za osobiste zaproszenie i inspirację do przemówienia.
No i że ona proponuje i wnioskuje żeby za złoto zgromadzone w bankach, które obecnie są pod administracją Kraju Rad odtworzyć Wojsko Polskie do walki z międzynarodowym uciskiem.
Ale wiesz, tak to fajnie powiedziała że nie mówiła o nikim konkretnie.
Ona tak zawsze, bez tych, noo jak im tam....rzeczowników.
 No a na koniec dodała że w sumie i tak wszyscy walczą o dobrobyt i te wojsko to zły pomysł, to najlepiej żeby te złoto wydać na nowe szkoły i odbudowę mostów i miast co zostały poniszczone w czasie wojny.
Komisarz wtedy łeb tylko spuścił i jakoś dał jej spokój na jakiś czas.
No ale przyjechał potem znowu do niej z kierowcą i chyba nawet z kwiatami.
A potem ją za tyłek chwycił, a ona po mordzie mu dała.
No, tak kierowca opowiadał.
On czerwony się zrobił i za kaburę sięgną, ale coś tam mu błysnęło i pojechał.
A za dwa dni przyszedł do niej pijany z płaczem i przepraszać i grozić i skomleć. I że go do Chin ślą i japońce zakatrupią, i tak dalej...
I ją wyzywać zaczął od czarownic, od szeptuch, że ona taka i owaka i że jeszcze tam niby Mojżeszowa na pewno.
Podobno na drugi dzień po tym jak ją za tyłek chwycił, przyszło pismo że go gdzieś na granicę chińską przenoszą, w związku z jego wybitnymi osiągnięciami tutaj.
Że tam pojedzie na ważniejszy odcinek.
A to już w knajpie ich sołdaty gadali po pijaku"

- No i co dalej ? Chcieli jeszcze coś od niej?
- A coś ty. Rozeszło się po ich ludzich że jak będziesz z nią gadał to pojedziesz na Mur Chiński zwiedzać.
 - A jeszcze wiesz co ten kierowca mówił ?
- Ona coś takiego dziwnego do niego powiedziała jak on ją potem za tyłek łapał
- No co takiego?
- Na prawdę dziwne...
- No, dawaj !
- "Uwiedź mą duszę, wtedy będę twoja"


Błysk. Myśl.

Mam !
Pędząca myśl  sieknęła mnie w zwoje.
Drasnęła serce i zabarykadowała się w głowie.
Szybko!
Długopis nie działa,
Zapisać na kartce!
Cała zapełniona.
Myśl powoli spływa.
Może więc w komórce?
Nie naładowana.
Dalej, myk do kompa
Ładuje się wolno.
Szybko wejść, na bloga.
Hasło nie pasuje.
Myśl szybko tężeje.
Nie, no. Już świruje.
Jest.
Wszedłem i klikam.
Tylko wszystko muli..
Edytor spowolnił.
Klikam zaraz wolno.
Wszystko idzie z głowy, lecz klawisze milczą.
Myśl staje okoniem.
Chowa się, i niknie.

Może więc nie była do zapisania, i nawet przekazania.
A jeśli uleciała, to nawet do zapamiętania.
Myśl sama doszła do wniosku że nie wszystko co błyska powinno zabłysnąć w świetle monitora.

Myśl powróci, ale wtedy gdy spotka kolejną która będzie pasowała do łańcucha ogniw.
I razem przyjdą w dobrej i logicznej całości.

No i wtedy długopis zadziała, kartka bedzie czysta.
Komórka naładowana.
A komputer włączony.

czwartek, 20 lipca 2017

E-mail

Pierwszy e-mail wysłany internetem został zapewne zarejestrowany i opisany.
Pewnie ktoś napisał na tą okoliczność cały artykuł na poczytnym portalu.
Kiedy i w jakich okolicznościach to było.
Po co , dlaczego, za co i na co....

W bagnie nocnej nocy nadciągneło mgłą pytanie...

Ciekawe kto napisze ostatni e-mail w historii internetu ?
Czy jak by taka wiadomość się kiedyś nie nazywała z definicji.

No i co w nim będzie?

Za sto lat.

Za sto lat internet i wszelakie inne cyfrowe nośniki informacji będą archaizmem, starociem i czymś co trafi do muzeum.

Być może książki trafią na ekspozycję, czy w jakieś nienaruszalne depozyty, bo materiał z którego się je pozyskuje będzie zbyt cenny.

Może za sto lat wycięcie drzewa będzie karane więzieniem.

Ludzi wszak tylko przybywa, a klimat się zmienia.

Jeśli my nie nazwiemy dorobku intelektualnego który się teraz tworzy-nazwą go inni, niekoniecznie znający realia czasów obecnych.

"I nie chodzi tu o detale ale o istotę" - jak śpiewał poeta.

Zaufanie

Zaufanie raz stracone, wzrośnie znowu lecz jego korzeń zawsze będzie z blizną.
Blizną wyrwania, zmieszania z wapnem na budowie życia, po prostu naruszone.
Korzeń został wyrwany i przesadzony na nowy grunt.
Ale czy lepszy grunt ?
To czas odpowie na ten pytajnik życia.

Zaufanie to kamyk który nosimy pod płaszczem.
Jest ogrzewany i swoim, i czyimś ciepłem, jeśli uchylimy poły płaszcza.
Po prostu tak jest i nie zwracamy na niego uwagi.
Taka naturalna kolej rzeczy.
Kamyk i już.
Ogrzewany kamyk rośnie, lecz traci na swej wadze. Dziwne zjawisko.

Ale jeśli ktoś go skradnie, to paradoksalnie, tak jakby przywiązał powrozem zdrady do szyi i pchnął w czeluść studni.
Pozbawiony ciepła kamyk, z kolei nie zmniejsza swych rozmiarów - jedynie jego ciężar rośnie wraz ze spadkiem temperatury.
A studnia jest zimna.

Lecąc z nim w dół, czasem nawet go wyprzedzimy, pomimo że jest coraz cięższy.
I tylko po to żeby spadł nam za moment na głowę, kiedy my już leżymy plackiem na dnie tej głębi. Najgorsze że dno tej studni było niesamowicie iluzoryczne - woda była tylko po kostki.
Nawet nie złagodziła upadku.
Dobrze że pod jej lustrem nie walało się jakieś żelastwo z wojny.

Mam scyzoryk, więc odetnę powróz, a kamyk wsadzę odruchowo w kieszeń płaszcza i jakoś zapierając się o ściany wylezę do światła.
Choć było już widać gwiazdy. Taka studnia była głęboka.
Tylko że gdy już wygramolę się ze studni, to okazuje się że kamień jest dziwnym trafem, dwa razy cięższy.
Naciągnął wody, zimna i zmagazynował ciemność.
Nie dosyć że urósł latami, jak się okazało, niepotrzebnie.
To do togo waży jak z ołowiu.
Dobrze że nie poparzył mnie tym podwójnie zmagazynowanym ciepłem.
To ciepło w nim jest, ale w jego wnętrzu. W jądrze tej mini-skały.
Naprawdę potrzeba dużo chemii żeby wydostać to ciepło.

Przy wyjściu ze studni, ktoś nam podaje dłoń i z uśmiechem pomaga wyjść.

Może mu zaufać i pozwolić ogrzać ten kamień życia?
Nie będzie nigdy bardziej lekki, ale lżej będzie się go niosło.
Na pewno by ważył ćwierć obecnej wagi...
Nie wiem...
Chyba lepiej założę grubsze ubranie żeby ten pomocnik nie miał za dużo do czynienia nawet z cieniem mojego  kamyka.
Bo jeśli spadnę następnym razem, to ten kamień akurat skutecznie rozbije mi głowę.
A jeśli nawet uchylę się przed jego ciężarem, to tym razem powróz będzie zbyt gruby na mój scyzoryk.
A kamień tak potężny w swej masie że nie wyjdę z tej studni już nigdy.

Czy warto zaryzykować ? I kolejny raz dać kamień do ogrzania?
Nie wiem, naprawdę nie wiem.
Najłatwiej chyba trzymać kamień w plecaku, a na sobie grubą puchową kurtkę.
Tak na wszelki wypadek.

Może jeszcze założyć kłódkę na plecak?




Genialni ludzie, ale...

Są świetni,
Pomysłowi
Mają super patenty na wszystko,
Zawsze dążą do ich realizacji lecz wiecznie przekombinują i im nie wyjdzie
Mimo wszystko są mega sympatyczni i dowcipni
Nigdy nie tracą pogody ducha

No i jakoś to będzie

Kto to
O kim to mowa?

A tak ...jest taka kreskówka "Sąsiedzi"

No i chyba tak swoich sąsiadów widzą autorzy tej bajki :)

Dowcip dnia

Dlaczego remont torowisk przebiega tak wolno ?

Konserwator zabytków musi wydać zgodę.

Przysłowie 2

"Procedury na kartce uczą za dużo nie myśleć, ale stworzenie procedur wymaga bardzo intensywnej pracy mózgu"

Przysłowie ludowe 2017

"Najmądrzejsze przysłowia pochodzą od mądrych ludzi bez wykształcenia, a niejednokrotnie są cytowane przez ludzi z wachlarzem tytułów"

Twitter

czy ktoś już pisze mini książkę na Tweeterze?

czy poezja Tweetowana pływająca w odmętach sieci nie zostanie zapomniana ?





Rok 3559. Morze Europejskie

Olbrzymia maszyna skanująca rozpoczyna fazę teleportacji znalezionych artefaktów na dnie Morza Europejskiego.
Ostrożnie omiata laserem mierniczym skałę wraz zatopionym w jej wnętrzu artefaktem, by skopiować jej parametry i wysłać bezpośrednio na orbitę do próżniowych magazynów Instytutu Sztuki.
Teleoportacja trwa sekundy.

- No i co tam macie ?  -pyta naukowiec robota, poprzez szybkie łącza mentalne.
- Witaj mistrzu. Znaleźliśmy kawałek pradawnego czytnika danych w starodawnym urządzeniu służącym do komunikacji. W jego wnętrzu kryje się  z zapis..
- Wspaniale, cudownie. Jak brzmi jego treść ?  Czy deszyfratory już poddały analizie ten artefakt przodków ? -podniecenie naukowca sięga zenitu.
- Tak mistrzu. Mogę nawet zacytować lub przesłać hologramem jego wizulalizację.
- Bardzo proszę, czekam i pozdrawiam.

W pokoju pracy mistrza naukowego zarysował się obraz pracy pradawnego twórcy.
Jego treść oniemiała zgromadzone na sali inne autorytety zajmujące się badaniem dawnych epok.
Przekaz był niesamowity.
Oto jego treść przekazywana z ust do ust:

"LOL :) ELO - SIEMA ZIOM "

Epoki literackie literatury polskiej. Nowa jakość.

Cytuję powyżej wikipedię.


Moim skromnym zdaniem literatura współczesna zakończyła się wraz z pojawieniem się internetu który zmienił wiele i jeszcze więcej zmieni.

Patrząc też na lata trwania epok, chyba było by zasadne już coś zmienić.

Moim zdaniem trwa nowa epoka literacka.

"Nowa jakość" 

Warto czasem nazwać sprawy po imieniu.

Sam dorobek intelektualny przelewany w internet jest ogromny.
Kiedyś pisano listy miłosne, a obecnie ?
Piszę się smsy z wyznaniami. Niejednokrotnie pięknymi.

Czy liczy się treść, czy forma ?

W formie elektronicznej powstała cała masa dobrej twórczości, której wydanie w wersji tradycyjnej, chyba wykończyło by wszystkie lasy i puszcze.

Od zakończenia drugiej wojny światowej minęło 70 lat. Przecież to okres życia jednego człowieka.

Chyba warto oddzielić wreszcie dorobek pracy pokolenia które odeszło od tego które nie jest pod silnym wpływem przeżyć związanych z  wojną, stanem wojennym, komunizmem itd.

Same badania dorobku twórczości internetowej to niesamowity obszar.