Popularne posty

niedziela, 26 lutego 2017

Spiżowe zasady

Jeśli komuś się to spodoba to proszę korzystać i sobie pływać w tekstach do woli...

Bardzo proszę o wyrozumiałość..

Piszę tu o uczuciach i staram uchwycić się punkt widzenia osób w określonej sytuacji.

Moim celem nadrzędnym jest publikacja opowiadań które sukcesywnie będą tu wypływać.
Obecne teksty traktuję bardziej jako zaczyn czegoś większego i myślę że suma całości połączy się w jeden łańcuch.

no i pokazujcie wszystkim  :)

staram się podawać inspiracje, teksty źródłowe oraz artykuły  i filmy z których korzystam pisząc



Z nowości:

teraz pracuję

niektóre teksty wycofałem żeby dokonać korekty i wrzucę wkrótce

jeśli znikają to tylko po to żeby wrócić z tuningiem i kilkoma dodatkowymi czipami które  spotęgują moc mojego słowa

No i chyba na końcu tej drogi - może projektu - było by znalezienie się na płaszczyźnie pomiędzy poezją i grafomanią a tekstem zdominowanym przez dialogi.

Pomysł na to wszystko gdzieś leży w zeszytach lecz nieroztropne było by zdradzić szczegóły myśli przewodniej.
Pomysł może być beznadziejny a może ująć za serce i zaintrygować umysł.
Moje życiowe doświadczenie pokazało że sama iskra pomysłu którą zdradzi się pochopnie zostanie natychmiast pochwycona przez liska chytruska który pod jej ogniem wytopi sobie sztabki złota za które zje porządny obiad.

A upraszczając. Są "łowcy pomysłów" którzy nie bawią się w dylematy. Życie mi to udowodniło nie raz. Może nawet sklecę z tego jakiś tekst ku przestrodze.
:)




Inspiracje

 Temat Wojska który mnie niesamowicie ciekawi i zamierzam go kontynuować, wplatając  pomiędzy wierszami moich malowniczych opowieści własne przemyślenia, barwione specyficznym poczuciem humoru,  który płynie jak czarna woda w jaskiniach życia i wypełnia doliny doświadczenia oraz nieprzebranych inspiracji czerpanych z książek, dzieł filmowych i tego co najważniejsze - poezji którą bywam natchniony...

Tak. Doświadczenie i inspiracje można i trzeba czerpać z poezji :)

Temat natchnienia również planuję rozkopać w przyszłości...

no i motto na dziś:

"Jeśli jedziesz za TIRem pamiętaj żeby zachować odstęp dwudziestu metrów za nim bo ten który jedzie za Tobą czasem wpada na pomysł wyprzedzania i Ciebie i ciężarówki a auto które pojawi się z naprzeciwka waszej drogi zawsze pojawia się znikąd wymuszając pierszeństwo z drogi  podporządkowanej i nigdy nie używa kierunkowskazów, bo po co "


właśnie opisałem też schemat który dziś jakoś wyszedł sam z siebie :)

piątek, 24 lutego 2017

Maszyna do zabijania

Tak bardzo kocha ją  słońce.
Odbija je na swych gołych czuprynach amunicja bojowa wszelkiej maści, koloru i przeznaczenia.
W cieniu odmętów jej niezbadanej przestrzeni  znikać może wszelakie światło które jest jej nieprzychylne. A te które zagraża, zamarznie w pół drogi.

Każdy facet w mundurze ceni jej tak subtelny i delikatny w swym pięknie matowej szlachetnej stali kształt i precyzyjny skuteczny ogień.
Śmiertelny blask, w rażeniu na dystansie setek metrów, pokocha każdy celowniczy posiadający odpowiednie predyspozycje umysłowe by zostać z nią sam na sam...
Zostaniesz z jej dotykiem tylko jeśli masz dar ciała i umiejętności duszy połączone z błyskotliwością siebie oraz certyfikaty do obsługi i grania na akordeonie delikatności jej spustu.
Gdy dostąpisz zaszczytu dotknięcia, to w połączeniu z czytaniem  muszki śmierci i celownika decydującego o  życiu innych, jej stalowe usta wypluwające kolibry niosące świst przeznaczenia poradzą sobie z ruchomym celem oddalonym o kilometr.
Ten który padnie rażony tymi specyficznie gwiżdżącymi ptakami  nawet nie zdąży usłyszeć jej pracy, krzyczącej eksplodującymi drobinami prochu i załamującym się wkoło powietrzem na przestrzeni toru lotu pocisków...
Ta oburącz trzymana piękna klasyczna maszyna, w swym dostojeństwie potrzebuje delikatnej, subtelnej siły i oparcia.
Wiesz już, że stalowego uścisku nikt nie zniesie na dłuższą metę, a ten wybraniec który jest naznaczony wskazaniem losu by z nią iść, ma godzien być tej dzikiej łani która w odpowiednich dłoniach, tak naprawdę jest lekka swą unikalnością  niczym puch w naszym śpiworze życia.
Lubi być niesiona bezpiecznie w zasobniku noszonym na oparciu krzyża pleców naszej drogi, która bywa bolesna i naznaczona śladami kropli cierpienia lecz na pewno warta swego ciężaru i niepoliczalnej niczym ceny, bo zawsze możesz na nią liczyć w chwili próby.

 Ona wymaga tylko kilku rzeczy.

Lecz tych jedynych, ważnych dla wszystkich. Absolutnych i ostatecznych.

Ale tylko tych które posiada prawdziwy mężczyzna którego zresztą sama wybrała bo jest jej pisany we wszelkich rozkazach dziennych...

 Siły. By utrzymać w ryzach jej wolność kiedy smagana rozpędzonymi namiętnościami błyszczącej amunicji rzuca się w konwulsjach odrzutu generowanych wewnątrz sił...

Daru obserwacji, mądrości, inteligencji. By jej zmagania z samą sobą nie poszły na marne i wypluwane kule myśli trafiały tylko w odpowiednie miejsca, a nie ścinały drzewa i krzaki które potem leżą bezwiednie i dogorywają miesiącami w agonii tracąc soki życia i kolor nadziei.
Ją to bezwzględnie tylko mierzi i drażni swą bezwolnością, brakiem samodzielności i upodleniem się.
Sygnałami że nie mogą się jej oprzeć i padają jak muchy odbijające się od niewidzialnej szyby aury jej myśli tylko potęgują zwątpienie.

....no i raz jeszcze a może przede wszystkim inteligencji by pielęgnować jej wnętrze, dbać o każdy najbardziej delikatny i niepozorny punkt ciała który może okazać się kluczowym miejscem w czasie zmagań bojowych gdy leci ostro pierze z poduszek trafianych celnym ogniem grzechocących o ścianę serii amunicji przeciw pancerno - zapalającej, gdy ma każdy przedmiot w zasięgu swego bluzgającego ogniem śpiewu...

  No a pas nośny który przewiduje każda instrukcja użytkowania wręczana osobiście przez fabrykę broni produkującej te cuda ?
Manufakturę gdzie uformowała ją miłość frezarek i dłonie składające jej drobniutkie cząstki w całość, która na początku waszej drogi da się odczuć całym jej pięknem i chęcią istnienia podkreśloną błyskiem powierzchni i wyidealizowanym ideałem tak autentycznym w swym pięknie ?


 Najlepsze są nowoczesne wielofunkcyjne pasy taktyczne wielorakiego zastosowania, także takie które promowane są w Hollywodzkich produkcjach z maskami i kajdankami na plakatach reklamowych...
 Klasyczny pas nośny paradoksalnie nie jest przeważnie potrzebny, chyba że do dekoracji lub by zrobić  z niego wygodny leżak, bo ona woli być trzymana pewnie za chwyt pistoletowy  z palcem kontrolnym na spuście, a ramieniem z czułością w pół.
I tak dokładnie wie że bez niej sobie nie poradzisz w czasie dynamicznego kontaktu ogniowego z przeciwnikiem, który może nagle odrzucić suche trawy maskujące jego pozycje i stanąć do walki z równym sobie według swego mniemania...a tak naprawdę to ona wie cały czas że jego poziom kończy się na wysokości Twoich kostek.

Pamiętaj.
 Nie zapomnij troskliwie zabezpieczyć jej spustu bezpiecznikiem uczuć dających oparcie i poczucie bezpieczeństwa.

Wkładaj całe serce w tą czynność bo niezabezpieczona i pozbawiona tego subtelnego ale jakże ważnego gestu może przypadkowo wystrzelić w najmniej spodziewanym momencie.
 Wtedy to rozpędzona do prędkości setek metrów jej amunicja puszczona w cwał przez niepozornie przypadkowy suchy patyczek wystrzeli.
I ten jeden, jedyny pocisk z twoim imieniem, trafi cię prosto w serce, zgasi dumny obelisk samczego ciała i rykoszetem zmasakruje mózg niszcząc wszystko na swojej drodze lotu w kres horyzontu istnienia...
I módl się żeby to nie był cały magazynek. Bo spali się świat...

No i na koniec.
Zawsze o nią dbaj bo ją stracisz w walce gdzie nie skapnie nawet gęsta kropla krwi.
Pamiętaj. Przecież pobierałeś ją z dedykowanego tylko tobie magazynu broni, trzymając na rękach i podpisując wydanie własnoręcznym podpisem z pomocą miękkiego i zmywalnego ołówka którego blask jednak zawsze odbije się na każdej następnej przekartkowanej stronie życia...

Starszy Pan magazynier zaufał też tobie kiedy ją dumnie wręczał i chyba pamiętasz jak groził palcem pół żartem pół serio żebyś jej nie zapodział bo będzie srogie lanie i degradacja a może coś gorszego...


Postaraj się tego nie spie......



Jeśli nie wiesz o czym piszę to poproś swoją najbliższą osobę o interpretację. Nie żartuję. Ona padnie ze śmiechu, może. Jeśli zechce.


P.S.  Moja ulubiona broń to karabin maszynowy PK, zawsze podziwiam tą prostotę, piękno i niezawodność oraz inteligencję która ją stworzyła.
Na YouTube są piękne filmy. Polecam:)

Cytat klasyka:  " Ona sama dobrze strzela i celnie trafia, byle jej nie przeszkadzać"
       


stres. ale jeszcze nie bojowy

a tu jest cisza. to dopiero się tworzy, woda się gotuje a zupka  jest już w kubku porcelanowym. Muszę tylko zalać wrzątkiem.......
................zalać wrzątkiem słów i poczekać kiedy ostygnie by móc wypić a wcześniej nie rozlać

a tak na serio to zapraszam po jakimś czasie do ponownego czytania mojej pracy.
Staram się cały czas doskonalić warsztat i stale poprawiam gotowe i opublikowane teksty.
Inaczej tekst "czuję " rano a inaczej wieczorem i staram się pracując z nim wciąż go udoskonalać, tak by odbiór był tylko lepszy. Każdy z tekstów może smakować inaczej każdego dnia.

Jestem kompletnym amatorem i szukam dopiero drogi wyrażenia siebie


:) TAK
 to zajęcie jest stresujące.

Cała prawda o kobietach

Krótko i na temat.

 " Uważam z całym wielkim uznaniem i szacunkiem dla Płci Pięknej że na całą, absolutną, niepodważalną, nie podlegającą dyskusji, skrywaną w bliznach serca jak i pięknie jego bicia, wyżynach intelektu, głębokiej miłości, zakamarkach piwniczek duszy i włożoną między wiersze życia prawdę o kobietach nie jest gotowych 99,9 % mężczyzn "

 Temat ten zamierzam kontynuować  pomiędzy wierszami moich malowniczych opowieści barwionych specyficznym poczuciem humoru  który płynie jak czarna woda w jaskiniach życia i wypełnia doliny doświadczenia oraz nieprzebranych inspiracji czerpanych z książek, dzieł filmowych i tego co najważniejsze - poezji którą bywam natchniony...

Alarm bojowy

Dalej, szybko, nie ma czasu ! Czas na walkę.

  Tajna radiostacja osobista najnowszej generacji wykrzyczała jedno słowo które rozpoczyna piekło na ziemi w ogniu fajerwerków emocji  i jedyne co czujesz to pierwszy kęs napoczętego śniadania które zostawiasz bez mrugnięcia okiem, po czym podrywając się rozlewasz  kubek pierwszej upragnionej porannej kawy i już tylko odruchowo sprawdzasz łokciem oczywistą jak Twoja decyzja  stabilność zamocowanej perfekcyjnie kabury taktycznej z przeładowanym i gotowym zawsze do precyzyjnego strzału pistoletem którego przyjemny ciężar codziennie czujesz w zasięgu swoich zmysłów czucia które wyłapują poranny chłód pomieszany z własnym potem i zapachem lotniczego paliwa okraszonym wszechobecnym buczeniem agregatów prądotwórczych sączących  grube na pięść kable tworzące układ nerwowy bazy do pary czerwonymi krwinkami życia jakimi jesteśmy my, mknący w żyłach pod parasolem rozkazów swojego mózgu - Dowódcy, który w oparach wszelakiej maści decyzji i wiedzy sklejonej doświadczeniem sączy nam impulsy błyskawicznie przekuwane w czyny krzyczące tu przenośniami sformułowań i metafor tkających tkaninę abakanu tej opowieści na płaszczyźnie przestrzeni miejsc i dat już zatartych we wspomnieniach ludzkiej jakże zawodnej czasem pamięci.


 Broń długa z dowolnie wybraną kilka miesięcy temu lufą leży lekko w dłoniach i biegniesz tak szybko jak tylko się da zostawiając za sobą smugi kondensacyjne kurzu na drodze.
 Radio trzaska komendami pilotów i  którzy już przygotowują maszynę do startu bezbłędnie wprowadzając zapamiętane procedury przedstartowe które dadzą śmigłowcowi życie w odgłosie grzmiących, budzących się do życia silników spalających dziesiątki litrów paliwa w minutach swojej pracy.
 A Ty dobiegasz cały płonąc od emocji do maszyny której wirniki już pracują na wysokich obrotach by jednocześnie z Twoim wpadnięciem do wnętrza jej dziupli i zajęciu wyznaczonego swoim zajęciem miejsca wystrzelić obrotami na pełne maksimum mocy a hałas wydający się nie do wytrzymania zostaje natychmiast, tak szybko jak się da, wycięty przez płynne założenie słuchawek na głowę która musi i chce słyszeć wszelkie niezbędne, potrzebne, skrócone do minimum komendy, powiadomienia i inne informacje.
Przeważnie jednak jest to po prostu cisza.

Po co rozmawiać przez radio jeśli każdy wie co ma robić i rozumie się bez słów ?
 Pogadać to sobie można przez telefon z dziewczyną czy przyjacielem lub innym znajomym i to niekoniecznie o wszędobylskiej pracy która przysłania nasze życie bo po prostu nią żyjemy. Ten kto kocha swoją pracę i ją po prostu lubi jest jak wygrywający w totolotka. Nie musi pracować bo on nie pracuje - on po prostu jest sobą. Bogatym całym sobą. I to jest po prostu fajne.

Jeśli nasza łączność zaczyna świergotać rozmową może znaczyć to tylko to, że atmosfera się zagęszcza i ludzie zaczynają się wymieniać informacjami o sytuacji która powinna być pod naszą kontrolą ale i jednocześnie możemy być w defensywie, zwierać szyki a może salwować się ucieczką na z góry upatrzone pozycje by wezwać wsparcie z lądu, wody, powietrza, opatrzyć rannych towarzyszy broni czy też zbudować "Szaniec Szwedzki" z naszych luf karabinowych, wkopując się w podłoże lub skrywając się w mroku i czekając w zasadzce, która podążający naszym śladem pościg siepaczy zamieni w outlet mieszaniny tkanin, zmiętej stali i intensywnej terapii. Wtedy już wie się tylko jedno. Albo oni albo my.
Westerplatte może być wszędzie, a Przesmyk Suwalski uczynimy Stalingradem, topiąc tropicieli we własnych hełmach pełnych od ich krwi.
Yeah, lubisz to s....

Radio milczy a my lecimy. Wiecznie młodzi, delektujący się przyjemnością lotu, patrzący na zmieniające się krajobrazy środowiska w którym aktualnie się poruszamy.
Bezkres oceanu, morze, ogrody górskich lasów porośniętych zielonym dywanem lub mrowisko aglomeracji miejskiej widoczne z bezpiecznego pułapu lotu wybranego przez kapitana naszej maszyny. Kapitan, pilot, obserwator i nawigator najczęściej w postaci nierozłącznego duetu pilotów...najważniejsze żeby dolecieć płynnie, bezpiecznie i tak szybko jak tylko się da.
 Z bronią gotową do walki.

 Muśnięcia spojrzeń między kolegami tylko po to by potwierdzić swoją obecność nie tyle fizycznie co może bardziej psychicznie. Taka jednoczesna wzajemna kontrola z potwierdzeniem swojej obecności na pokładzie, ale bez narzucanego jeden drugiemu pokazywania palcem co ma robić w danym momencie czy udowadniania kto jest mądrzejszy. Jeden dba o drugiego także też dla własnego bezpieczeństwa i komfortu pracy zespołowej. Tylko taki zespół jest w stanie osiągnąć sukcesy...

 Oczy czujnie oplatają spojrzeniami krajobraz a serce spokojnie bije by już za chwilę wyłuskać zmieniającą się atmosferę poprzez wyczuwalny przez każdego charakter pracy silnika który zmienia swoje obroty i systematykę pracy wykonując polecenia pilotów bo cel jest już tuż tuż.
 Za chwilę lądowanie.
 Strzelcy pokładowi wiercą się niecierpliwie wypatrując wszelkich oznak lub sygnałów wskazujących na to że  zagrożenie może nagle pojawić się w zasięgu rażenia ich artylerii pokładowej, a jeśli łuski wystrzelonych pocisków zaczynają sypać się, obijając o burty maszyny lub wpadają do środka pod nasze nogi to już wiemy że zaczyna robić się upał i będzie to gorące lądowanie w morzu ognia powleczonego aksamitem płynnej skały, na który zaczną spadać wrogie pociski wznosząc fontanny pyłu, no i  jeśli przeciwnik nie jest amatorem może to się skończyć tragicznie zarówno dla wysiadających pospiesznie  pasażerów jak i skupionej na swoich czynnościach załogi.
 Jedynie cenne doświadczenie nabyte latami wyczerpujących ciało i umysł treningów może zapobiec tragicznemu potknięciu w drzwiach. No i coś jeszcze. Ale to jest ta wieczna esencja która zawiera się pośrodku spojrzeń żołnierzy. To coś niewytłumaczalnego ale doskonale zrozumiałego dla każdego kto wkłada serce w swoje zajęcie czegokolwiek ono by zresztą nie dotyczyło.
 Niektórzy nazywają to natchnieniem, inni szczęściem, miłością  lub może wiarą, ale to zawiera się pośrodku tych kilku uczuć czy słów a fizycznie można jedynie to porównać do iskry...

 Tymczasem maszyna zwalnia, i w jedną chwilę da się wyczuć pracę pilotów poprzez lekkie ruchy drążka sterowego przesuwającego maszynę i korektę mocy przepustnic regulujących poprawność naszego podejścia w miejsce przeznaczenia. Piloci kontrolują sytuację przez cały czas.
Już za moment, jeszcze chwila, pozostały tylko sekundy....już czujesz to uczucie w swoim ciele ?
Za moment się zacznie.
Otwierają się drzwi, rampa opada, wyrzucane zostają liny, załoga daje sygnał do opuszczenia przez nas śmigłowca. Każda z metod wysypania się z naszej podniebnej barki desantowej jest dostosowana do naszych potrzeb, sytuacji taktycznej w rejonie który zajmujemy i warunków zadania które zostało nam powierzone. A czas zmienia swoje oblicze zmieniając się w stalaktyt, stalagmit lub po prostu spokojnie płynie, bo czas jest wewnątrz naszych umysłów i musimy podejść do tego racjonalnie choć czasem ciężko jeśli znasz ten stan kiedy sekunda dzieli się na cztery części...

Chwila trwa minutę ponieważ mózg zaczyna rządzić się swoimi prawami. Ta chwila to wieczność...
Naprzód ! Ku przygodzie !

 Ostatnie co czujesz to klepnięcie w plecy członka załogi który żegna swoje owieczki wyskakujące na zieloną łączkę z tą niewielka różnicą że te owieczki są tu w charakterze wilków.
Wilków w owczej skórze z intelektem wyszlifowanym w bibliotece i ciałem wyrzeźbionym na stalowym drążku gimnastycznym który weryfikuje umiejętności każdego i podnosi jego sprawność z dnia na dzień, wciąż dalej i dalej w otulinie spojrzeń przyjaciół z gór i rwących potoków naszego niełatwego losu, przeplatanego prozą życia...
 Polowanie się rozpoczyna.
Nieważne czy to środek dnia, czy bezkres nocy, bo zaprzęgnięta do naszych potrzeb technologia gwarantuje nam pełną kontrolę sytuacji. Nawet po kolana w śniegu.


Co będzie dalej ?  Jak to się skończy, gdzie i po co  wylądowaliśmy w tym doborowym towarzystwie  przyjaciół ?
O tym wkrótce. A może już to zostało napisane ?
  Zapraszam z uśmiechem do lektury przyszłych ale i też sporządzonych w pocie rąk postów które mam nadzieję zaciekawią i zmuszą do refleksji nad wieloma aspektami życia. Niekoniecznie takiego jakie tu przedstawiam i mam chęć przedstawić jeszcze, nie przekraczając "cienkiej czerwonej linii " o czym pamiętam jak myślę zawsze i wiem już że nie zapomnę nigdy, patrząc jak płynie czarna woda...

 Pozdrawiam.

:) cytat z klasyka

" Każdy wojownik lubi i kocha pokój bo najmilsze po emocjonującym dniu pełnym rzucania oszczepem jest poczytać ciekawą książkę w zaciszu własnego ogródka słysząc w oddali pianie kogutów, wiedząc że ulubiona strzelba wisi w zamkniętej na cztery spusty szafie ogniotrwałej, no a pistolet? - wiadomo, pod poduszką. I nie musi być zawsze przeładowany. Ważne jest to żeby był w zasięgu intelektu, zawsze kiedy będzie potrzeba pomóc komuś zrozumieć że spokój jest potrzebny wszystkim. Niestety niektórym tylko ten jeden. Święty."


inspiracja:
https://www.youtube.com/watch?v=xHEi95PD4I4



czwartek, 23 lutego 2017

Misyjna opowieść wigilijna



Jesienny poranek nigdy nie zapowiada świąt w armii na drugim końcu świata i nawet nikt nie myśli tymi kategoriami. Ładujesz się do samolotu i siadasz, dzieląc pokład z walecznymi marines, którzy prą „na teatr działań” z siłą wodospadu, dzierżąc swój święty proporzec zwycięstwa.

Jedynie zapobiegliwy logistyk w niepozornej skrzyneczce ma zapas nietłukących się bombek lub baniek, a na dokładkę wiecznie zieloną choinkę z gałązkami dającymi się dowolnie konfigurować. To już niedługo.

Ale teraz: pasy, start, odlot. Łzy w gardle... Jakie łzy??? Naprzód, ku przygodzie!

Łzy jednak są. Największe w terminalu odlotów lub w zaciszu domowym. Szczególnie u tych kobiet, które mają ten dar, że wiedzą, jak ta gra się skończy, a nie umieją ochronić albo zatrzymać wojownika przy sobie.

Zresztą, co ma być, to będzie. Każdy wierzy w żołnierskie szczęście i siłę argumentów swojej najlepszej przyjaciółki, osobistej, bezwzględnej, posiadanej na wyłączność – broni.

Góry, góry, góry po horyzont. Piękne. Ale często bez śniegu. Ciepły wiatr zmiecie wszystko, a resztę rozjedzie wiecznie głodny Rosomak do spółki z MRAP-em. Pan i władca Highway One i okolic. Ziejący cukierkami dla dzieci i ogniem „Bushmastera” dla wszelkiego zła, które ośmieli się pokazać w zasięgu wzroku, o każdej porze dnia i nocy.

Wigilia. Dla kontyngentu to prawie zwyczajny dzień. Stołówka, służby, może rutynowy wyjazd. Gdzieś w oddali przemknie śmigłowiec. Zaburczy bezpilotowiec.

Misja już powoli wygasa, to już się czuje. I w kościach, i w oparach decyzji spływających na zawsze niecierpliwe, waleczne wojsko.

A na stołówce okazjonalny wystrój. Specjalne jedzenie na specjalny dzień, choć dziwnym trafem zawsze smakuje tak samo. Ale białe obrusy mylą zmysły i patrząc w okienko telewizora z krajowym, popularnym kanałem informacyjnym, jesteś – cytując Lema – tak na okamgnienie w domu. Nawet gdy nie chcesz.

Paczki rozdane. Oficjalne i nieoficjalne. Logistyk za pokwitowaniem wyda każdemu to, co mu się należy. A portal aukcyjny przyśle posiadaczowi karty kredytowej to, co sobie wymarzy. Oczywiście, o ile nie przekroczy zdroworozsądkowych wymiarów i nikt zza barykady nie wpadnie na pomysł strzelania do kontenera pocztowego lub wysadzenia go w powietrze. Najszczęśliwsi są tacy, którzy dostaną drobiazgi z domu.

Tak w skrócie wyglądało życie w wysuniętej bazie operacyjnej Ghazni (FOB GHAZNI). Wszędzie podobnie, każdego dnia tak samo. Można rzec: Dzień Świstaka. Od wydarzenia do wydarzenia. Dni i tygodnie płynące leniwe.

Podobnie, a jednak jakże inaczej, biegło życie w zgrupowaniu TF49. Po prostu czterdziestka dziewiątka. Nikt nie rozwijał magicznej nazwy GROM. Wiadomo pod skórą, że jak padnie nazwa GROM, to tak jakbyś wezwał predatora, a raczej cały ich oddział.

Do legendy FOB przeszła jedna z relacji żołnierza, który zobaczył na wyświetlaczu noktowizora operatorów uzbrojonych po zęby. Tuż przed wylotem na operację bojową, podchodząc do niego, prosili go o jakiś drobiazg. Porównał ich widok właśnie do filmowej postaci predatora. I tak już zostało.

Kiedy jednostka wyrusza do akcji, nie będzie taryfy ulgowej. Nie będzie rozmów i kompromisów. Zadanie, wykonanie, meldunek o wykonaniu zadania. To prawie jak puszka Pandory, z tym że pod kontrolą i na wyraźny rozkaz. Bez cienia samowoli.

Dzień jak co dzień. Ale od tygodnia każdy już wie, kto będzie na służbie w czasie Wigilii. Taki los. „Każdy wiedział, na co się pisze”, cytując jednego z naszych żołnierzy, którego wzrok nigdy nie pozostawia wątpliwości. Jedni spędzają więc Wigilię z opłatkiem, a drudzy z termowizorem na oczach. Jedno jest pewne – ktoś ich zmieni. Oporządzenie na wieszaku, broń w zasięgu ręki. Ciepłe środki transportu. To codzienność obecna nawet w tym szczególnym dniu.

Pomimo różnicy czasu komputery i komunikatory rozgrzane do czerwoności. A kolejka do telefonu służbowego wydaje się nie mieć końca.

Rytm dnia podporządkowany jest jednemu: zmrokowi. Wszyscy nieomal rytualnie czekają na jego nadejście. I każdy ukradkiem spogląda na pierwszą gwiazdkę.

Stół zastawiony jak w Polsce. Wszyscy na to pracowali. Jak? W jaki sposób, jakim cudem? Rzeczy niemożliwe robimy od ręki, a cuda umiemy sobie zorganizować.

Mundury, zapachy domu, wszystko jak w bajce. Już czas rozpocząć. Tradycja ponad wszystko. To nasza siła. Siła w tradycji. Atmosfera robi się niesamowita.

Jedna komenda zmienia wszystko: „Naruszenie systemu ochrony bazy!!!”. Kolejne słowa – klucze słyszane z megafonów i doskonale rozumiane przez wyszkolony zespół rozpoczynają piekło.

– Wiedziałem... – mówi w tym momencie Medyk. Nieomalże smerf Maruda. Zbyt dobrze się zapowiadał wieczór.

Procedura rzecz święta. Do boju. Wróg, przeciwnik, rebeliant. ONI SĄ W BAZIE!!!

Meldunki spływają błyskawicznie.

Od czasu reakcji zależy życie innych.

Sytuacja jest niejasna. Afgański wartownik widział kogoś przemykającego przez umocniony wał zwany potocznie hesco. Wysoki. Niósł coś z sobą. Czy miał broń? Dokąd zmierza?

Pierwsza myśl – zamachowiec samobójca. Samotny wilk, który idzie w jedną stronę.

Rozpoczyna się wyścig z czasem. Tu nie będzie negocjacji. Zawahasz się i odlecisz razem z nim. Grupa pościgowa wdraża procedury.

Cała baza to już twierdza. Wszędzie cisza. Naprawdę cicha noc. Święta noc.

Gdzieniegdzie burczy Rosomak. Wystaje lufa karabinu maszynowego. Ciekawie spoglądają czyjeś oczy zza rogu, one także ubezpieczają nasze działanie. Wszyscy gramy do jednej bramki.

Pierwsze meldunki mówią o jednym agresorze. Duże i głębokie ślady. Może więc mieć spore obciążenie ładunkami wybuchowymi.

Zatrwożony wartownik. Rodowity i dzielny miejscowy młody człowiek gubi się w zeznaniach. Boi się. To, co zobaczył na własne oczy, wykracza poza granice jego wyobraźni.

Do akcji weszła żandarmeria. Specjalista stwierdza ślady na wale. Dodatkowym elementem, który niepokoi, jest jasny kręcony włos na metalu „koncertiny”. Tak. Na pewno radykał. Brodaty straceniec. Nie będzie litości. On przyszedł tu wysadzić w powietrze połowę bazy.

Psy nie podjęły tropu. Kulą się, skowyczą, zachowują się jak szczeniaki. Co się dzieje?

Pot na karku. Medyk już tylko w myślach liczy hipotetyczne opatrunki. Przez radio powiadamia szpital o swoich działaniach, by tamci byli przygotowani na słowo, którym przeklina każdy związany ze służbą zdrowia: MASCAL. Zdarzenie masowe.

W radiu słychać tylko, jak pierścień okrążenia zaciska się wokół serca bazy. A więc TOC. Centrum dowodzenia. Mózg i serce w jednym. Wyścig trwa. To, co się dzieje, jest niesamowite. A każdy czuje że finał jest tuż, tuż.

EOD do kaplicy, EOD do kaplicy!!!

Jasne. Chciał uderzyć przed pasterką. Drań.

Szczelny kordon już opasał okolice stołówki, TOC-u i kaplicy.

Wozy bojowe, strzelcy wyborowi. To, co się dzieje, to istny Grunwald. Zepsuć Polakom Wigilię. Toż to gorsze niż najazd bolszewików.

W naszej grupie jest specjalista od materiałów wybuchowych, potocznie zwany EOD-em. Zajmuje się też ich neutralizacją i rozważa już każdą możliwość. Jest poważny i skupiony. Już wie, że dziś zsiwieje mu kolejny włos do kolekcji.

Nikt nie ma prawa wejść do kaplicy. Wyjść o własnych siłach również nie zdoła. Obserwacja okolicy przez środki rozpoznania wskazała jednoznacznie: bardzo szybko poruszająca się osoba wbiegła do środka.

W tym samym momencie obraz przestał być czytelny. Wstępnie stwierdza się awarię kamery lub celowe działanie. Coś ją zasłoniło. Analityk zarzeka się, że widział jakby... oko.

Tak, to mógł być jakiś ptak nocny. – Takie rzeczy się zdarzają – twierdzi technik. Zadeklarowany ateista i przeciwnik wszelkich wigilii, pasterek i świąt pod każdą postacią, z naciskiem na każde najbliższe.

Ubezpieczenia gotowe. Broń w pogotowiu. Skrzypienie podłogi. EOD wkracza do akcji. Reszta grupy jest jego cieniem.

Nagle jest coś nie tak. Ołtarz. Choinka. I cała góra prezentów. Hmmm, skąd tu tego tyle? I każdy inny. Są ich setki.

Komenda przez radio: dawajcie tu księdza kapelana. Szybko. To bardzo ważne. Nie wiemy jak wyglądało pomieszczenie przed incydentem.

Powoli w grupie czuć rozluźnienie. I lekki niepokój. Wielu było tu dziś w dzień. Wszyscy już wiedzą, o co chodzi, ale nikt nie daje wiary. To niemożliwe.

Medyk zdjął hełm. Ale numer.

Tędy księże kapelanie. Proszę zobaczyć zarejestrowany obraz kaplicy. Czy tak tu wszystko wyglądało godzinę temu? Szklisty wzrok i uśmiech księdza rozwiewa wszelkie wątpliwości. „Panowie, kończmy to. Idę porozmawiać z generałem”. I znika. Jak cień.

Nie mija kwadrans,  a wszystko zostaje odwołane. Odbój. Koniec. Zagrożenie minęło.

Połowa grupy jest blada. Przecież takie rzeczy się nie zdarzają! Każdy boi się nazwać sprawę po imieniu.

Patrzcie w górę --- tam!!!

W kierunku Kabulu z olbrzymią prędkością oddalał się ni to samolot, ni śmigłowiec, w ogromnej ciszy. I tylko poprzez wycie agregatów dało się słyszeć jakby dzwoneczki od sań. Wszyscy zdjęli hełmy. Ktoś na wieżyczce Rośka zaczął bić brawo.

Cała operacja trwała bodajże 30 minut, może i krócej. Wszyscy wracali do siebie pełni śmiechu.

W wartowni TF49, która bardziej przypominała fortecę, ktoś właśnie zbierał burę.

Przysięgam, nikogo tu nie było. Nikt nawet nie wchodził... nieee, to niemożliwe.

W sali, gdzie zastawiony stół wigilijny czekał wciąż na żołnierzy, wszystko stało nienaruszone, a część potraw wciąż była gorąca.

Nie wiadomo skąd pojawiło się pachnące ojczyzną drzewko i prezenty świąteczne wysypujące się z worka. Połowa żołnierzy miała szkliste spojrzenia. Na pasterkę postanowili iść wszyscy. Nagle zaczął prószyć śnieg. Czemu zegarki wciąż wskazywały godzinę alarmu, a komputery w bazie dziwnie się zrestartowały?

Podczas nocnego nabożeństwa zabrakło miejsc w kaplicy. Każdy chciał w nim uczestniczyć. Poszedł, kto mógł.

W pierwszym rzędzie zajętych pośpiesznie miejsc całą pasterkę siedział zapłakany technik. Do dziś, wydawałoby się, zadeklarowany ateista.

To był wieczór cudów.

Wszystkie te wydarzenia miały miejsce 24 grudnia 2013 roku w FOB Ghazni i jeszcze do niedawna były objęte tajemnicą śledztwa ŻW, SWW, SKW.

Ordynariat Polowy Wojska Polskiego odmawia komentarzy.



Praca nadesłana na konkurs „Święta Bożego Narodzenia na służbie”.

 
  http://www.polska-zbrojna.pl/home/articleshow/18041?t=Misyjna-opowiesc-wigilijna

  Wyniki konkursu:

  http://polska-zbrojna.pl/home/articleshow/18179?t=rozstrzygniecie-swiatecznego-konkursu

Czarna. Królowa kaw. Taktyk też.

Definicja:  Czarna Taktyka, to zbiór pojęć dotyczących bezpośredniej walki z przeciwnikiem w budynkach, terenie zurbanizowanym i ogólnie pojętych obiektach „zamkniętych”.

Tak, to ona. Ta wyśniona. Pożądana i pragniona.
Czarna taktyka...kawa bez cukru. Esencja wojaczki.

 Każdy z szeregowych, elewów, kadetów i każdej maści kandydatów o niej marzy i śni.
Wszyscy chcą jej zaznać i w niej pływać jak rekin w ciemnej wodzie zakamarków pokoi, domów, schodów i klatek schodowych osmolonych wybuchami mini słońc zakładanych na każdy możliwy punkt przeznaczony do wpłynięcia tej czarnej wody i  który wykluje się w głowach geniuszy planowania w cieniach kancelarii i lotniskowców zsuniętych biurek na których są rozwinięte wiecznie żywe kolory arkuszy map, planów, schematów i innej wszelkiej maści pomocy które przenoszą nas myślami do miejsc gdzie pojawimy się jak duchy, narozrabiamy jak wikingowie i wyparujemy z pomocą każdego możliwego środka transportu który nasza cywilizacja wyprodukowała a my doszliśmy do wniosku że będzie nam pomocny. I nieważne w którym żywiole się poruszamy. Żaden nie jest nam obcy a każdy potrzebny i oswojony. No może z wyjątkiem przestrzeni kosmicznej. Na ten pomysł na szczęście jeszcze nie wpadli przeciwnicy żeby tam się skryć. Na ich szczęście a nasz lekki zawód. Można by zdobyć odznakę kosmonauty. Wszelkie inne kursy już mamy dawno zrobione.
 Odbiegłem o tematu w konwencji żartu ?  Niekoniecznie. Nowoczesny żołnierz dba o pełne spektrum szkolenia specjalistycznego w wielu dziedzinach i kierunkach. Każdy jest kierowany przez swoich dowódców zgodnie ze swoimi uzdolnieniami, możliwościami i rozwijaniem ścieżki rozwoju. To przecież logiczne. Są na to i środki i chęci a co najważniejsze wiecznie żywa wola przełożonych  którzy kielich eliksiru doświadczenia i motywacji podają nam do wypicia każdego dnia naszej służby. Taka mentalna tabletka mocy. To ważne czuć kogoś za plecami. Zarówno dla mężczyzny jak i kobiety. Wiedzieć że co by się nie stało i czego byś nie zrobił to Twój Szef, Kierownik, Dowódca i każdy inny przełożony stanie za Tobą murem a kiedy trzeba sam weźmie na siebie odpowiedzialność. Stara przedwojenna szkoła dowodzenia. Szczególnie da się to odczuć w każdej maści formacjach o odcieniu specjalnym. Tam gdzie zawsze trafiają ludzie honoru. Zawsze skromni, najlepsi i gotowi do pracy nawet w lipcowe sobotnie popołudnie. Esencja elity.
 Znasz takich ludzi ? Ja regularnie podaję im rękę i patrzę z dumą w oczy a kiedy trzeba służę pomocą.
Tak. Ale cichy profesjonalizm nie zawsze daje możliwości żeby pokazali się w świetle dnia. I niech tak pozostanie.
  .......a my już stoimy pod bramą zamku. Plan nas tu przywołał w wyciu procedur które same nas pakują do środka piekła gdzie  będziemy walczyć forsując drzwi, wysadzając ściany i oświetlając promieniami latarek cele nawet jeśli te są w ruchu.
 Akcja rozpoczyna wyścig z czasem o życie ludzi pozbawionych możliwości ucieczki i spacyfikowanych przemocą lub groźbą czy po prostu jest to nasz osobisty i wgrany na na twardy dysk naszego komputera program eliminacji zagrożenia ze strony siły żywej przeciwnika której zamiary zagrażają bezpieczeństwu naszej ziemi.
 Nie będzie miękkiej gry i negocjacji przez megafony. Decyzje już zapadły a błyskawiczne sekwencje pierwszych rytmicznych uderzeń naszej gwardii cieni ukrytej zawsze w odpowiedniej odległości od areny walki zgrywają się z falami uderzeniowymi bombardowania dywanowego wszelkiej maści ładunków wybuchowych których siła rażenia zawsze pozbawi woli walki, zakłóci misternie utkany plan obrony wroga, oślepi, ogłuszy lub po prostu złamie wrogie nam życie w pół.
 Wszystkowidzące anioły zniszczenia są już wewnątrz jaskini zajętej przez zło, które dysząc ciężko wije się w konwulsjach słusznego cierpienia zadanego doświadczeniem lat na strzelnicy, hektolitrami wylanego potu i kroplami zakrzepłej krwi na mundurze, a ten komu szkoda zużyć cennej amunicji czy ubrudzić ostrze sztyletu natychmiast stłamsi  wrogi element  siłą  uchwytu  o mocy stali która wykuta w zaciszu sali treningowej jest równie niebezpieczna jak karabin automatyczny w odcieniu matowej czerni.
 Kurz, opadający pył i wszechobecna strzelanina która pływa po obiekcie jak fala w niewielkim akwarium to środowisko walki które jest rozciągnięte w czasie i przestrzeni nie zawsze ogromnej hali przegrodzonej labiryntem korytarzy i wijących się schodów oraz wilgotnych piwnic, a niejednokrotnie całą sytuacja kondensuje się w  pomieszczeniu o wymiarach niewielkiej poczekalni podmiejskiego dworca kolejowego. Zresztą. Czas tu nie istnieje. Czas zawiera się w przestrzeni naszych latarek, serii pocisków uderzających w ciała które podejmują z nami walkę lub po prostu przestaje mieć znaczenie bo my jesteśmy władcami tej przestrzeni i dowolnie ją zaginamy. Panowie życia i śmierci z noktowizorem przed  okiem wyczulonym na ruch i uchem które błyskawicznie wychwyci każdy dźwięk który wyda przeciwnik.
 Walka trwa i tli się ogniem karabinowego staccato przeplatanego klapnięciami ciał po to by znów wystrzelić jak flara pośrodku oceanu grzmotem skoncentrowanej energii wystrzelonej z naszej broni która jest dla nas jak najcenniejszy skarb  trzymany w dłoniach ze stanowczą delikatnością, pewnym chwytem i perfekcyjną znajomością każdego detalu na jej powierzchni. Od czerni oka wylotu lufy przez krągłość osłon aż po finezyjnie zakończenie któremu daje oparcie nasz ramię.
 Tak. Porównanie jest bardzo trafne. Obudźcie wyobraźnię. Otwórzcie zmysły.
................
 Bitwa dogorywa płynnymi ruchami przepływających sylwetek i bezszelestnym wykonywaniem swoich ról w tym teatrze cieni gdzie co i raz tylko błyśnie odgłos lub nieśmiało wypełznie światło by zaraz zniknąć spłoszone.
  Wszystko może trwać minuty jak i sekundy. To bez znaczenia. Liczy się efekt końcowy czyli pełen sukces zakładany godziny, dni lub tygodnie temu. Czasem nawet lata.

 Są i tacy na tym świecie którzy czekają niczym ryś na sarnę która w końcu przejdzie pod powalonym do połowy drzewem i sama wpadnie w pułapkę kłów i pazurów instynktu walki.
 W sytuacji żołnierza instynkt zwierzęcej walki zastąpiony został rozkazami, łańcuchem dowodzenia i dyscypliną. Także tą wewnętrzną. No i tym najważniejszym. Myśleniem i wyciąganiem wniosków.

 Tak może wyglądać esencja walki  zwanej przez entuzjastów jak i również profesjonalistów czarną taktyką prowadzoną przez formacje przeznaczone do jej prowadzenia na całym świecie. Ta forma walki jest wciąż udoskonalana,ćwiczona i powtarzana latami niezależnie od pory roku, dnia oraz w każdej lokalizacji która wejdzie w obszar zainteresowania osób związanych z tym tematem zawodowo.

 To co dzieje się z perspektywy celownika broni jest całkiem inna historią na którą na pewno przyjdzie czas, a może czytelnik sam zapragnie poczuć na sobie działanie żywiołów walki które omiatają specjalistów płynących jak "czarna woda" po akweduktach przestrzeni walki ?
 Kto chce znajdzie drogę.


To jak dzisiaj ?   Wchodzimy normalnie czy przez drzwi ?


inspiracja:

 https://www.youtube.com/watch?v=_veHO0QCdig&list=RD_veHO0QCdig#t=85

 https://www.youtube.com/watch?v=hfBffSr1udk

Chyba każdy chciałby przeżyć taką przygodę i poczuć emocje które dane są najlepszym.
Cóż. Zdrowie nie te co kiedyś i kartka z zakupami czeka na stole od godziny :)

środa, 22 lutego 2017

S.E.R.E.

SERE ( Survival, Evasion, Resistance, Escape – Przetrwanie, unikanie, opór w niewoli oraz ucieczka)

 Kurs jak kurs wydawało by się z definicji zamieszonej powyżej i skopiowanej z okna wyszukiwarki internetowej, takie tam, zabawy dużych chłopców na poligonie. Poligonie czyli takiej piaskownicy dla facetów w dowolnym tłumaczeniu.
"Wydawało by się" może być tu słowem kluczem.
Ale od początku. A może raczej od połowy bo to co było wcześniej i wygenerowało taką sytuację to równie interesująca opowieść....ale to za jakiś czas.

 Złapali mnie. Co zrobić. Taki żołnierski los. Przeplatany chłodem, głodem, wzlotami, upadkami, zabawami do białego rana, treningiem, nocną taktyką na mrozie jak i wartą w ulewie.
 Co było wcześniej zanim wpadłem w przerębel niewoli?
Złamana noga, mylne wykonanie rozkazu, mgła świecy dymnej która zmyliła zmysły i wyprowadziła prosto w ręce przyczajonych przeciwników w mundurach o innym odcieniu zieleni czy bieli.
 Co za różnica? Czy to ma teraz jakieś znaczenie? Jestem w niewoli. Mam przerąbane.
Każdy z nas na szkoleniu oglądał film "Łowca jeleni" i scenę jeńców grających w rosyjską ruletkę w niewoli partyzantów Vietcongu.
 Wykończą mnie szybko czy z "pakietem premium" ?  Będą rozmowy w stylu "07 zgłoś się" czy przyjdzie do mnie Brunner z cygarem?  "Wszystko się może zdarzyć"  jak śpiewa moja ulubiona artystka, albo raczej na myśl przychodzi mi, refren "diamentową kulą dostaniesz między oczy" nieśmiertelnego "Lombardu".
 Pożyjemy zobaczymy. Na ten moment ciągną mnie za nogi  po śniegu, skutego moimi własnymi plastikowymi kajdankami które nosiłem przyczepione do plecaka i na dokładkę zakneblowali czapką z mojej biednej, obitej głowy.   Ale zęby zostawili.    Dobrze że nie mam złotych bo u tego bardziej sprytnego widziałem kombinerki wystające z kieszeni munduru. No i były jakby nieco czerwone....brrrr na sto procent od rdzy.  Acha. Tak. Akurat.
  Mogli by się zlitować i obrócić na plecy. Ciężko się tak oddycha przez nos  z głową na przemian w kałuży, liściach i śniegu. Litości. Cóż. Było słuchać rozkazów a nie czytać własne myśli na przemian z wcinaniem batonika. A może pogadamy i wypuszczą? Tak. Na pewno. To takie żarty. Gra wojenna.
 Marsz kiedyś się kończy. Ich marsz a moja wędrówka ludów kiedy leżąc czuję na ciele każdy kamień, gałązkę, potok i inny  dziwny obiekt po drodze do miejsca docelowego.
 Wyjęli mi czapkę z ust. Przestraszyli że się uduszę a za umarlaka nie dostaną ani awansu, ani medali ani innych przyjemności o których boję się pomyśleć. Mam nadzieję że są hetero. A jeśli nie, to żeby chociaż zdrowi byli.
 Robi się coraz zimniej a my czekamy prawdopodobnie na jakiś środek transportu. Leżę na środku drogi. Tylko czemu w żółtym śniegu ?
 Przyjeżdża podwózka. Ufff co za ulga. Wreszcie koniec koszmaru wleczenia po wczesnowiosennym lesie. Auto jest. Owszem. Ale dla konwoju. Moje miejsce znajduje się na dachu terenówki z maską przeciwgazową na twarzy. Tak na wszelki wypadek żeby gałęzie nie zrobiły mi krzywdy. Muszą przecież widzieć moje oczy kiedy będą przesłuchiwać. Opcji dawcy rogówek do przeszczepu nie biorę pod uwagę.
 Kierowca jest dobrym fachowcem i straciłem tylko jednego buta na zakręcie. Drugim własnym dostaję po głowie od wartownika ściągającego mnie z tego wesołego autobusiku zaraz po zaparkowaniu przy  ich miejscu postoju czy jakiejś innej bazie.
 Zaczyna być nie wesoło. Dostrzegam kątem oka fortyfikacje polowe których charakter jednoznacznie wskazuje na zaminowanie terenu wokół co wyklucza moje kalkulacje szybkiego sprintu na przełaj i do rzeki która na pewno będzie w pobliżu. Na filmach zawsze jest.
  I to ostatnie co widzę.
 Już za chwilę naprawili swój błąd zamazując czarnym sprayem okulary maski przeciwgazowej wciąż tkwiącej na mojej twarzy ku uciesze zgromadzonej licznie gawiedzi która przy okazji pozbawia mnie zegarka, nowego paska od spodni, resztek nadziei i nieśmiertelnika.
  Dostaję kopniaka w tyłek sportowym butem wyćwiczonej nogi i ląduję na miękkim podłożu ciepłych, ruszających się i mruczących z niezadowolenia ciał. A więc nie jestem tu sam. Pierwszy raz od kilku godzin robi mi się raźniej na duchu. Może nas wymienią na jakąś ciężarówkę jedzenia i puszczą wolno. Jeśli mieli by nas pozabijać to już słychać było by dźwięk odbezpieczanej broni bo zakładam z góry że każdy z nich ma ją od dawna przeładowaną. To profesjonaliści. Wciąż czuję celny cios w splot, kopnięcie w krocze i skuteczne duszenie połączone z siniakiem na czole po  przyłożonym tłumiku, nawet chyba zapamiętałem że był zielony.  Siła argumentów była przekonywująca. Nawet nie dyskutowałem swoim wyćwiczonym prostym i sierpem. A dalej  co pamiętam to gwiazdy, komety, wirujące słońca i brak oddechu. Wzięli mnie jak chcieli wyskakując z pod ziemi. Co najmniej ninja.
 Leżymy tak całą noc wijąc się jak węże i pomrukując w tych maskach niczym świnki morskie.
Zrobili tu sobie mini zoo bo w końcu od czasu do czasu dokarmiają nas wiadrem wody i dbają o nasze samopoczucie włączając głośną muzykę która nie za bardzo pasuje do naszej części świata.
 I tak do rana dopóki nie obudzi nas słońce klaksonów samochodowych które pędzą nas do głębokiego po piersi stawu z pachnącą świnkami wodą gdzie spędzamy kwadrans albo i mniej bo większość z nas mdleje ze zmęczenia lub po prostu zaczyna odczuwać skutki hipotermii po odłączeniu od źródeł ciepła w postaci kolegi a wyławiani jesteśmy najbardziej skuteczną i sprawdzoną metodą którą jest przywiązana do kostek konopna lina na której prawdopodobnie ktoś wczoraj wisiał za ręce czy inną dowolnie wybraną część ciała przez naszych nowych mało sympatycznych znajomych z linii frontu... A działa grzmią dalej grzywami salw armatnich wystrzałów.
  Tresura jest kontynuowana do wieczora ze skutkiem takim że przestajemy myśleć i zachowujemy się jak stadko fok. Góra dół - lampa stół. Lampa w oczy i stół z kolegą na głowie. Wszystko czego dusza zapragnie i wojenna radość życia wymyśli. Myślę że nie jeden modli się o koniec i pragnie by zaczęli wreszcie porządnie bić. Wtedy można by stracić przytomność i po prostu zasnąć. A tutaj zacząć spać to po prostu umrzeć...
 Po takiej rozgrzewce i wprowadzeniu można wreszcie zacząć spokojnie z nami rozmawiać.
 Rozmawiać??? Ale o czym. Większość nie wie jak się nazywa a numeru telefonu nie odróżnia od peselu.
 Dyrygent tego show jest prawdziwym mistrzem. Tutaj bicie nie jest potrzebne. Ono pojawi się ale dopiero za jakiś czas. Wpierw trzeba nas złamać i zgnieść a potem przyjdzie czas na walca z kolacją i szczere rozmowy przy świeczce. Tylko tutaj świeczka będzie płonąć tuż pod naszą dłonią aż do ustalenia spójnej i logicznej odpowiedzi którą jest spowiedź z własnego życia ze szczególnym uwzględnieniem zainteresowań, pracy zawodowej, stopni wtajemniczenia wojownika oraz wyrecytowania kodów binarnych do wszelkiego rodzaju bomb atomowych o których istnieniu i położeniu na pewno sobie przypomnimy ponieważ kolejnym mocnym argumentem w tej dyskusji, po zaprezentowaniu na nas każdego rodzaju sztuk walki, będzie farmakologiczne wspomaganie prawdy oraz tabletki na szczerość...
...a wspomniana kolacja ? Wszelka wiedza z naszej głowy nią będzie.
...................
...................
...................
Następnym i jednocześnie finałowym elementem jest tabletka na zapomnienie, czyli po prostu pistolet przyłożony do głowy i precyzyjny strzał w dowolnie wybrany przez egzekutora punkt.
Ale nam to już będzie kompletnie wszystko jedno, ponieważ nas już nie będzie.
 Zanim klękniemy sami nad wykopanym dołem nasza dusza będzie już tylko formularzem na stole przesłuchującego podpisanym naszą krwią a strzał  będzie już tylko formalnością i zanim łuska spadnie na ziemię  my słodko zaśniemy przykryci zapomnieniem w odmętach upragnionego od tygodnia snu gdzieś w zapomnianej przez ludzi krainie której nazwy nawet nie będzie potrafił wymówić  poprawnie, piszący meldunek kancelista o naszym zaginięciu w akcji...
.................
.................
.................

 Czy opisałem sytuację w miarę klarownie co czekać może żołnierza po dostaniu się do niewoli w przypadku wyjątkowego pecha lub po prostu natrafienia na fachowców od swojego zajęcia ?
 Myślę że odrobinę specyficznego  humoru należy jedynie zastąpić niezbyt miłym zapachem, bólem,  strachem, i cała sałatka jest gotowa na tym skromnym okrągłym stole mojego bloga.

 To jak to przetrwać, nie dać się złamać i wyjść z tego bez szwanku fizycznego oraz psychicznego to wiedza tajemna strzeżona niczym klejnoty królewskie w Tower do której dostęp mają naprawdę nieliczni w naszym kraju.
 Zacząć taki kurs to jedno a skończyć to naprawdę duży sukces przede wszystkim dla samego siebie.
Można być naprawdę dumnym ale i nabrać pokory do tych których doświadczenie pozwoliło scementować całą wiedzę przekutą z cierpienia w logiczne i twarde procedury.

 Jeśli więc znasz przypadkiem kogoś kto skończył takie szkolenie które przygotowuje ciało i umysł do przetrwania po dostaniu się do niewoli lub podejrzewasz że charakter czyjejś pracy wskazuje na to że mógł mieć z tymi zagadnieniami do czynienia, okaż mu nie tyle co szacunek który oczywiście jest należny to przede wszystkim zrozumienie, że to czym się zajmuje to nie tylko piękny mundur i regularna wypłata na koncie bankowym ale też cała gama doznań które naprawdę woli zachować w  swoim sercu dla dobra kogoś ważnego i dlatego czasem woli spokojnie w niedzielę pomilczeć i popatrzeć przez okno jak pięknie rośnie trawa, no i uwierz w jego głupie tłumaczenia że zadrapania na jego plecach to nie jest to o czym myślisz...

Pozdrawiam. Przede wszystkim serdecznie.

P.S. Paznokcie też wyrywają. I to akurat w momencie  gdy kolega obok stara się pozbierać swe wybite zęby za pomocą połamanych kończyn, których dłonie są duże niczym bochenki chleba, kiedy zaciśnięte z całą mocą oprawcy plastikowe kajdanki nie pozwalają gęstej jak klej krwi swobodnie wypełniać naczyń życia w naszym zmasakrowanym ciele...


Inspiracja:
http://www.polska-zbrojna.pl/home/articleshow/21119?t=SERE-to-cos-wiecej-niz-przetrwanie




wtorek, 21 lutego 2017

Co jest lepsze: książka czy film?

Rozwinę odpowiedź na trzy i zamienię w okręg który może wróci do mnie...i oby nie wrócił do mnie guzem wygenerowanym garnkiem na głowie.

   Pytanie jest błędnie skonstruowane. Film pobudza zmysły inaczej a książka inaczej. Książka pozwala autorowi manewrować pełną paletą swej wyobraźni a film zawsze będzie tylko próbą naśladowania dzieła. Reżyser niejako narzuca nam odbiór poprzez swoją wizję książki.

Przykład inny, bardziej życiowy:

"Młoda dziewczyna spotyka się na kolacji z facetem o którym wie że był kiedyś modelem lub gdzieś kiedyś pokazał się w mediach.
  Kolacja się skończyła, było miło i na drugi dzień czas na wnioski patrząc ukradkiem na ekran telefonu...
   Tak, był kiedyś modelem...no i co z tego. Odpowiada samej sobie. Ładny, przystojny na pewno chce mnie tylko uwieść i tyle. A poza tym miał koszule w pionowe paski a one już nie są modne. No i nawet nie założył eleganckiego zegarka tylko cały jeden raz sprawdził godzinę na telefonie z rozbitym wyświetlaczem. No i buty. Mogły by być troszkę bardziej wypastowane, tym bardziej że jest zima i błoto na ulicy. A spodnie...hmmm jeansy mogą być ale mógłby bardziej się postarać. No i ta kelnerka. Bez przerwy się gapiła. Na pewno go zna bo przychodzi tu regularnie z każdą inną. Tak.  Kurtkę z futerkiem mógłby też zamienić na jakiś fajny i elegancki płaszcz. No i na koniec ten jego uśmiech i łagodna rozmowa. Na sto procent wyćwiczona niezliczonymi randkami. Napiwek też mógłby zostawić a nie płacić kartą i przepraszać że nie ma drobnych.
  Taaaak, coś mi tu się nie podoba. Jak zadzwoni i może odbiorę za drugim razem to jeszcze zobaczymy...Zrobię mu mały teścik i wyrwę chwasta, jeśli chce mnie zrobić w konia czy w inną klacz.."

   Natomiast kiedy spotyka się ze zwykłym pogodnym, fajnym i spontanicznym facetem który jest zaganiany i nawet butów nie zdążył wyczyścić bo tak się spieszył na randkę że i drobnych zapomniał to nie przeszkadza też cwana kelnerka która tylko łazi i się natarczywie patrzy kiedy zwolnimy stolik który zazwyczaj okupuje zgraja urzędników po pracy w korporacji którzy zostawiają banknoty napiwków. No i jak fajnie się z nim rozmawiało.
 Kiedy ten czas zleciał.
  A na drugi czy trzeci dzień dowiaduje się przypadkowo z internetu że ten zwykły miły i skromny facet pracował kiedyś jako model........ Cooooo, to ON był modelem ??????????
Był modelem i wybrał MNIE a taki facet może mieć każdą. Jejku to jest TO. Na milion procent. "

   To może a nie musi być punkt widzenia młodej kobiety i jednocześnie odpowiedź na pytanie: Co jest lepsze: książka czy film?

Męski punkt widzenia zawarłem gdzie indziej.
Znaczy na blogu:)
A dokładnie między wierszami wszystkich postów.

   Może wreszcie jakaś Pani, która nie ma już nadziei na światło w tunelu współdzielenia, zrozumie o co chodzi facetom i czemu są tacy jacy są czyli dla czego ON nic nie mówi. A nie mówi bo może nie potrafi albo częściej się boi. Słowo klucz "boi" należy rozumieć nieco szerzej niż traktuje je słownik.
   Tematyka którą poruszam jest skrajna i dotyczy dwóch najważniejszych spraw dla faceta. Bycia wojownikiem i spraw serca.

   Wojownikiem można być zarówno za biurkiem, kierownicą, walcząc na ringu lub służąc w armii. Chodzi o istotę sprawy a nie detale wykonywanego zajęcia.

  Serce z kolei ma się tylko jedno a te za często pękają. I to często nie potrzebnie. Przez stek nieporozumień, błędne interpretacje lub zwykłą pustkę która pragnie jedynie lub aż szczerej rozmowy by rozświetlić ciszę wpychającą nas w niemoc własnych myśli błądzących po akwenach obojętności.
Wszak łatwiej czasem skoczyć ze spadochronem z wysokości czterech kilometrów niż porozmawiać z kobietą.

Miłego życia.
Ponieważ Walentynki mogą być codziennie.


P.S. post z niewielkimi korektami  zamieszoczony jest też na portalu lubimyczytac.pl

Walentynki w maskowaniu NAVY BLUE

 Zdejmujesz wypłowiały od wspomnień pór roku mundur i postanawiasz że to jest dobry czas na Walentynki z odpowiednią osobą która na całe szczęście również jest tego samego zdania i nie odrzuca rękawicy a z przyjemnością przyjmie też kompletnie niespodziewany i spontaniczny prezent w każdej postaci a zwłaszcza zwykłej kolacji w niekrępującej atmosferze. Taką miała być. Pół żartem lecz mocno serio.  Ale oboje pod skórą wiedzą dokładnie że ich niespodziewane spotkanie na morzu to nie był zwykły przypadek .
 Więc by zrozumieć sytuację wymyślmy poznanie się na całkowicie neutralnym gruncie. Oczywiście neutralnym dla spadochroniarza który się desantuje z sercem w plecaku, duszą pod czaszą i pewnością kocich ruchów.  Osoba obdarowywana jest całkowicie przygotowana na lądowanie w terenie przygodnym - trzyma rozanielona stroboskop uśmiechu który rozświetla pulsują jarzeniówką cały dworzec kolejowy  na którym każdy z pociągów jest zwyczajowo i od lat spóźnionym co zawsze wiemy wcześniej. Wykluwa się tu nowa definicja "za wcześnie spóźniony". Zresztą - jakże by mogło być inaczej.
 A Ty już widzisz swoją wojowniczkę na wieżycy poczekalni a jej cały blask mówi "no choć tu Bratku", rety, gdzie jest mój rumak a chociaż motocykl. Bo miecz albo nóż na pewno się znajdzie jeśli nie za paskiem od spodni to w kieszeni kurtki zimowej okraszonej ogonem futerka.
 Emocje pojawiają na początku kiedy chcę ją od razu wziąść za rękę. Żeby tylko za rękę. Ja już chcę zapleść palce co zresztą wie już druga strona i pierwsze co wybrzmiewa to szczere uśmiechy i rozmowa tak naturalna jakby była prowadzona od lat w zaciszu własnego gniazda.
 Razem wsiadamy na drakkar błogiej przyjemności i płyniemy dalej w ustronne miejsce żeby wreszcie wystrzelił promień rytuału obdarowywania który trafia jak ulał w potrzeby, oczekiwania i marzenia o których jeszcze tydzień temu nie miała różowo - bladego pojęcia w swojej mądrej głowie która już przestaje rejestrować otaczający ich świat.
Sprzężenie zwrotne. Druga strona już została zahipnotyzowana uśmiechem oczu, blaskiem słów, gestów i kobiecych zaklęć które wypływają spontanicznym gejzerem seksownego mózgu.
 Sygnały latają tam i z powrotem nakręcając atmosferę w przeciągu kwadransa do poziomu finału romantycznego filmu ze szczęśliwym zakończeniem a śnieg już zamienia się w płatki róż z których każdy ma wycięte serce na swojej powierzchni.
 Patrol bojowy na morzu trwa dalej. Burta w burtę. A co najdziwniejsze nikt nie czuje potrzeby dokonania gwałtownego abordażu fruwających spodni, zmiętych sukienek i tarzających się ciał po pomostach namiętności. Chwilo trwaj. Tu hartuje się stal damasceńska na dwie szable husarskie które rozbiją w puch każdą powierzchnię a uczestników tej walki uniosą pod sufit sypialni zespalając piątek z poniedziałkiem w jedno.
 Rytualny posiłek wojowników to prawdziwa uczta spojrzeń, ukradkowych muśnięć i nie wymuszonych zaproszeń podświadomie pokazywanych przez oba ciała uczestników tej egzekucji przeszłości która w ten wieczór zostanie starta z ich twardych dysków zroszonych kwasem życia.
 Wszystko jest tak naturalne i z zachowaniem odpowiedniej kolejności która jest utartym schematem w naszej kulturze lecz sami wyłamujemy ten klucz zamykający nam drzwi do szczęścia skradając co i raz sobie na wzajem pocałunki w policzki lub dotykając się ukratkiem  bo  nasze usta już pocałowały  się spontanicznie na pierwszych dwustu metrach drogi.
 Drogi którą ja widziałem rozświetloną blaskiem jej oczu odbijających  tylko moje spojrzenia a na całe miasto tylko spadały niebiańskie refleksy emocji.
 Posiłek był pyszny ale nie dane nam było zapamiętać smaku. Nasz żar przyćmił wszystko a spacer dał wytchnienie ciałom nasączonych witaminami jej ulubionej restauracji gdzie na pełnej od gości sali sam zwolnił się stolik bo które z nas by myślało o rezerwacji kiedy ledwie starczyło czasu na ubranie się i prysznic. Pełna profesjonalna amatorszczyzna planowania spontanicznej kolacji. Tak. To musiało się udać.
 Dalej jest już tylko gorzej.
 Wpadamy w bramę i szepczemy zaklęcia i ziszczone marzenia jak pijani, patrząc sobie w oczy i licząc kroki bo każde z nas ma to za sen.
 Tylko że my jesteśmy pijani. Pijani sobą i pijani chwilą która nam spowalnia czas do tępa żółwia a całemu światu niestety jest to za nic. Zegar tyka, a czas ucieka. Dobrze że przestrzeń nie została zakrzywiona.
 Kto był w takim stanie choć raz w życiu temu już nigdy alkohol nie będzie smakować tak samo.
Może nawet przestać smakować na zawsze.
 Czytelniku, zgadnij więc komu na świecie może zależeć na braku szczęścia. Wnioski mogą być dalekie od oczekiwanej odpowiedzi.
  Ostatnim szlifem ostrza jest jej azyl. I nie jest to sypialnia damy. Tu gra nie idzie o prosty schemat bo nikt nawet o tym nie myśli. Tu emocje wysypują się uszami i płyną wzrokiem.
To gra o wygranie życia. Może nawet uratowania duszy ?
 Jej azyl, Jej miejsce. Jej samotnia i wieża wytchnienia.
To że mogę tu być to jak dopust Boży.
 Ona tu rozkwita i błyszczy jak brylant omieciony laserem. Oboje jesteśmy oniemiali i tak zapatrzeni w siebie że same zwalniają się zajęte miejsca przez ludzi którzy wolą nie patrzeć na szczęście i idą dalej w swoje rewiry pływać w muzyce codziennego życia. A my nikogo nie wyganiamy.
Siadamy tam gdzie jest wolne.
 No i tak tańczymy słowem, całujemy wyznaniami i spotykamy myślami w pół drogi . A wszystko malujemy salwami śmiechu który ciekawi ludzkie spojrzenia pełne zdziwienia i pytań.
Do tego  działamy też jak magnes i cała sala pulsuje ale dla nas świat przestał istnieć. Nikt nawet nie myśli o jutrze. My już wiemy że może być tylko lepiej.
 Intymność nie przekracza cienkiej czerwonej linii i tak spływamy z prądem naszego czasu który spadł nam tego wieczoru na los życiowej drogi...
............cóż więcej. Pora iść. 
 Droga którą wybieramy pomimo tego że jest dłuższa, i sami sztucznie kluczymy do punktu rozejścia myśliwców do swoich wysuniętych baz operacyjnych, dobiega końca.
 Nie ma płaczu, brak wycia syren rozstania, wracamy na ziemię bez szumu spadających bomb głębinowych.
 Oboje wiemy że ten wieczór stworzył palcem nocy nową jakość życia dla obojga, która nie da już spokojnie pływać w akwarium dawnego  jeśli dziś poznaliśmy smak oceanu.

 Nie martwimy się. A jeden jej gest potwierdza przytoczoną regułę że "może być tylko lepiej"

No i w sumie dobrze że połowie z nas padła bateria w komórce:) gadalibyśmy do rana ;)

Tak.

Potwierdzam.

To były udane Walentynki. Pomimo tego że nie odbyły się 14 lutego.
A Wy jak je spędziliście ? Ufam że podobnie wyjątkowo.

Każdy powinien mieć takie co roku. To by zmieniło nas wszystkich.
" For ever na zawsze"



poniedziałek, 20 lutego 2017

Trzy kolory. Zielony z lądu.

  Las to dom. Jak za czasów naszych przodków. Daje wszystko czego potrzebujemy do życia.
Ochroni, nakarmi i odzieje. Dosłownie i w przenośni. W przenośni szczególnie wtedy kiedy czekamy na środku leśnej polany na śmigłowiec z zaopatrzeniem a dosłownie, ponieważ kursy przeżycia zwane potocznie survivalem cieszą się niesłabnąca popularnością dostarczając wiedzy szkolącym się a siwych włosów instruktorom kiedy po raz kolejny kursant udowadnia że to nie była żmija zygzakowata, prawem chroniona, tylko każdy inny wąż i wcale go nie zjedli tylko puścili wolno a walająca się skóra to przypadkowa wylinka leżąca tu od zeszłej wiosny.
   Z perspektywy ekologa lasu mamy coraz mniej i jest coraz gorzej i tak bez końca. A z perspektywy
lotu samolotem lub śmigłowcem czy jak wolą inni helikopterem na pułapie kilkuset metrów można mieć inne zdanie. Jesteśmy bardzo zielonym krajem z wieloma miejscami gdzie funkcja telefonu komórkowego sprowadza się do roli aparatu, kalkulatora lub pasożyta skupiającego nasze działanie na poszukiwaniu nie tak zasięgu jak źródła prądu. Niskie temperatury, wilgoć i częste zmiany lokalizacji czynią telefon bardzo często bez użytecznym gadżetem, z taktycznego punktu widzenia nawet niebezpiecznym a warunkach frontowych na pewno ściągającym kłopoty zależnie od używanych aplikacji i oby nie były to zdjęcia jeńców w przypadku zamiany ról i wzięcia do niewoli bo wtedy możemy nie doczekać do przesłuchania przez oficera wywiadu przeciwnika lub zaginąć w czasie próby ucieczki z uprzednio związanymi nogami na krześle przyspawanym do sufitu, a oficer przesłuchujący akurat wyjdzie na papierosa. Tylko że oni nie palą. Zazwyczaj.
A dla nie rozumiejących aluzji - po prostu dostać kulę w łeb i do dołu.
   Uzależnienie od wygodnego trybu życia skupia nas blisko potężnych aglomeracji. Bezobsługowe ciepło czy chłód domostw to luksus. Dla nas już nie, bo do tego przywykliśmy lecz doba bez regularnych dostaw prądu wywróciła by nasze życie na plecy problemów sto lat do tyłu w rozwoju. To fakt. Niedostrzegalny. A jednak.
W takich warunkach toczy się tygodniami epopeja operacji lądowych. Tych specjalnych i tych całkiem zwyczajnych.

  Autem dojedziesz zazwyczaj po drodze, śmigłowcem wylądujesz lub się z niego zdesantujesz w sprzyjających warunkach, a łodzią dopłyniesz tylko do tego odcinka gdzie powalone przez bobry drzewo stworzyło komuś naturalny most.
  Z takimi problemami borykały się całe armie na przestrzeniach lat i krain.
Stworzono nawet definicje "taktyki bagiennej". W naszym kraju bagna można objechać. Owszem. Ale jeśli ciągną się trzy razy za horyzont  to troszkę zmienia postać rzeczy.

  W takim środowisku jak las, jeziora, rzeki, bagna, łąki i pola o przetrwaniu decyduje myślenie.
Myślenie o tym czego się nauczyliśmy i jak to wykorzystamy oraz myślenie o tym jak wykorzystać posiadany ekwipunek a raczej jak go dobrać odpowiednio do planowanej sytuacji. Nie planowanej także. I chyba przede wszystkim nieplanowanej.
   Broń to inna historia a bez niej tak jak człowiek z "Walki o ogień" możemy tylko zwiać na drzewo, a gorzej jeśli tych drzew nie ma w okolicy lub jesteśmy zbyt słabi by się na nich utrzymać.
Broń jest wykorzystywana zgodnie z jej przeznaczeniem i służy do walki, zarówno w obronie jak i w ataku.  Broń to zarówno karabin, karabinek, pistolet,  karabin maszynowy, granat o różnych możliwościach jak i amunicja....litania bez końca. Nóż i kij też się nada. Nie pogardzimy w potrzebie.
  To ile ze sobą jej weźmiemy może decydować o naszym życiu. Jeśli będzie nieodpowiednia do warunków - nie spełni swego zadania. Zbyt ciężki ekwipunek spowolni nas w marszu ale uratuje w kłopotach.
Wszystko trzeba wypośrodkować, oprzeć na doświadczeniu.
Każda nacja ma inne podejście do tematu broni. W naszym kraju jeszcze nie dawno dominowało: schować, zamknąć, wydać za najlepiej potrójnym pokwitowaniem, wyczyścić dwa razy dziennie, strzelać najlepiej leżąc, a wszelkie problemy niech będą zgłaszane natychmiast przełożonemu /najlepiej zanim się pojawią/ a potem ukarać dla przykładu – bo to na pewno wina użytkownika, i tak w koło Macieju. Owszem, ruch był ale obycie pozostawiało naprawdę wiele do życzenia. Broń była najczęściej zużyta od ciągłego rozkładania i składania.
  Po doświadczeniach bojowych ostatniego piętnastolecia nastąpiły radykalne zmiany i jest progres związany też z profesjonalizacją armii i niesamowitym rozwojem Wojsk Specjalnych które niejako nadają tempo rozwoju. Oni mają najlepszy sprzęt i każdy nawet nieświadomie podpatruje nowinki wprowadzając je w życie metodą kropelkową. A kropla oleju w głowie zawsze drąży wojskowy beton jak mawiają starzy komandosi. Zwłaszcza ten zbrojony stalą rodem z PRL-u.
  Broń to nic innego jak narzędzie pracy żołnierza. Każdego. I czołgisty i spadochroniarza.
Strzelać każdy powinien na wysokim poziomie, poziomie możliwości działania swojego narzędzia pracy. Różnić nas może jedynie taktyka zastosowania. I to tej taktyki każdy strzeże jak oka w głowie. Gdy przeciwnik ją zna, nawet najlepszy strzelec nie uratuje sytuacji.

Taktykę i procedury wypracowuje się latami, powinny też wciąż ewaluować i nie mogą stać w miejscu. Jeśli nie są przystosowane do życia -są na nic. Muszą być ujednolicone ale dawać możliwości korekty i zmiany. To co było nowum pięć lat temu dziś to archaizm. Dumne podręczniki taktyki pękły jak bąble na wietrze przy konfrontacji z afgańskim pustkowiem gdzie przeciwnik znikał jak wiatr lub był twardy jak granit i nie liczył się ze stratami a najlepszą bronią przeciwlotniczą okazał się granatnik do walki z czołgiem mając za nic oryginalne instrukcje użytkowania.
Wojna światów. To tam miało miejsce. Inna wartość dla życia ludzkiego. Nieakceptowalne przez obie strony zasady gry doprowadziły na krawędź otchłani cały kraj. My wyjechaliśmy. Oni pozostali. Problemy również. A lepiej nie będzie. Na pewno inaczej.
  Postęp techniczny rozwija nasze możliwości. Musimy więc za nim nadążyć. I wycisnąć z techniki tyle co można, to co nam oferuje. Wiele z nowinek technicznych wyprzedza nasze czasy i tylko od nas samych zależy czy zastosujemy je w codziennym życiu czy tez służbie.
  Tyle teorii. W praktyce sprowadza się to do klepania pieszo kilometrów starając się być zawsze w cieniu. Niewidocznym zarówno dla oka jak i ucha przeciwnika. Bez promieniującej elektroniki, bez telefonu, znając ryzyko włączenia każdego emitera wszelkiego rodzaju fal.
Lornetka to Twój brat, noktowizor najlepszym przyjacielem a termowizja kochanką. Oni pomogą, ostrzegą, dadzą przewagę i dostęp do informacji o świecie który nas otacza a my nie chcemy by nas ktoś dostrzegł. Może usłyszał, a jeśli usłyszy to tylko wtedy gdy my tego chcemy. Na swoją zgubę.
Ostatnie co zarejestrują ich zmysły to dźwięk tnącego powietrze pocisku.
  Siła żołnierza tkwi w jego nogach. Zapomniana "stopa okopowa" to choroba niemalże zawodowa.
Setki kilometrów w śniegu, błocie, wodzie, po piasku i kamieniach. To daje popalić. Kontuzji nóg nikt nie liczy. Ortopedzi po włączeniu aparatu USG łapią się za głowy. Ale aktywność fizyczna stawia na nogi po każdej kontuzji. Rehabilitacja pomaga a sport prostuje, nawyki pozostają – i byle do przodu.
Masz stawy sześćdziesięciolatka- usłyszał to już nie jeden. Hmm ale zapał dziesięć lat młodszy od mego numeru pesel. To wystarczy.

Więcej żywności, załadowanej amunicji czy może jeden opatrunek więcej. To odwieczne dylematy które zazwyczaj rozwiązuje się schematem: lekka żywność, najlepsza i najbardziej nowoczesna broń każdego gatunku rodzaju i sortu; zastąpienie stali kompozytem a wszystko to upchać najlepszymi medykamentami które zatrzymają fontannę krwi z każdego uszkodzonego naczynia i narządu naszego ciała. Optymalizacja i kalkulacja ryzykiem. To droga do sukcesu.
Gdy maszerujesz niekoniecznie drogą, po dwóch kilometrach jest Ci ciepło, po czterech zawsze czujesz  jakby była wiosna a po dziesięciu jesteś tak wymęczony że konieczne są krótkie lecz regularne odpoczynki. No i woda. Może zabraknąć jedzenia. Ale nigdy wody.
  Deszcz nie przeszkadza. Przynosi orzeźwienie. Czasem ulgę. Gdy brak wody – ratuje życie.
Samokontrola i czujne spojrzenia kolegów nie pozwalają zasnąć w marszu. Tak- to się zdarza. Najczęściej budzisz się w dziurze. Gorzej jak w kałuży. W warunkach bojowych obudzisz się w kostnicy w charakterze ducha. A najgorzej gdy skręcisz kostkę lub doznasz urazu kolana. Wtedy już po robocie. Misternie utkana sieć operacji bojowej zmienić się może w dramatyczną operację ratunkową. Bywa różnie.
  Najczęściej drobne kontuzje nawarstwiają problemy i ograniczają swobodę ruchu.
Od skręcenia do hipotermii jest bardzo prosta droga,  choć nieco rozciągnięta w czasie.
Spocony żołnierz z uszkodzoną kończyną dolną w dowolnym jej miejscu nie może się rozgrzać marszem. Jeśli zabrał ciepłe ubranie-ok. Można go ubrać. Jeśli ratownik zabrał z sobą porządny zestaw do ochrony przed wyziębieniem. Super. Najgorszym scenariuszem jest chłód, ograniczenie ruchu, ból, frustracja, wyziębienie i pogorszenie stanu. Wtedy pozostają już tylko plecy kolegów i dostępne możliwości ewakuacji. Oczywiście nie lada problemem może to być w warunkach górskiej śnieżycy lub w jesiennym Bieszczadzkim lesie. Oczywiście w dowolnie wybranej godzinie jeśli jest to godzina nocna. Noc sprzyja nieszczęściom.
Tam zabija dystans. Dyktat kilometrów. Niemoc stop klatki  -to nie film sensacyjny. Chyba na to stara się być gotowy każdy kto odpowiada za "panel medyczny". Tak upraszczając.
Nic nie dojedzie, nic nie przyleci, nic nie działa. Odwrót. Ewakuacja. I nie ma tu miejsca na przypadkowe ruchy. 
Nad wszystkim trzeba panować - co się zepsuje to opanować.
  Na jeden problem mam mieć trzy rozwiązania. Tak bywa na treningu a tu trzeba mieć zaplanowany kolejny alternatywny ruch na naszej szachownicy czyjegoś życia bo drugiej szansy los nie da.
  Nie jedna super tajna operacja specjalna legła w gruzach poprzez brak pół metra sznurka – to usłyszał nie jeden  w środku nocy, trzymając broń, kuląc się w sobie z zimna i wyostrzając wzrok w poszukiwaniu nadziei. Nadziei na to że przeżyje on i jego przyjaciele co przeważnie udaje się. Nie dzięki sobie. Dzięki grupie ludzi którzy z planu A przechodzą do planu B a gdy i ten zawodzi dokonują cudu planu Z. Cudu intelektualisty który chwycił za broń. Tak. Tacy żołnierze są najlepsi, najbardziej efektywni i niesamowicie niebezpieczni. 

Dobrej nocy, miłego dnia i ogólnie. Sukcesów. Sukcesów w czytaniu. Między wierszami także.

Praca jak każda inna. Ale ta jest inna.



 Kolejny nowy dzień to ustalenia, propozycje scenariuszy, zaproponowanie celi i zamierzeń, będzie fajnie, zrobimy znów coś nowego i wygenerujemy oczekiwany jak zawsze progres. 
Może tak, może nie. 
Ale przecież mamy tyle białych stron do zapełnienia, kolejnych czarnych od zapisanych myśli i uchwyconych słowem czynów  do przeanalizowania, zawsze znajdzie się jakiś zaległy dokument do wypełnienia. Warto coś lepiej zrozumieć  z pomocą słownika - może będzie warto.
  Codziennie wykonywany sport zaskakuje skutecznością. Stal przyrządu aż pali zachęcającym chłodem i sama układa się w dłoniach. Nieosiągalne kilka lat temu ćwiczenie dziwnie nie męczy, kolejnych kilka serii jest tak lekkie…Jeszcze truchcik, brzuszki przerywane odganianiem się od natrętnych komarów albo okraszone lekkim mrozem. O ciało trzeba dbać by duch miał spokojne i pewne schronienie…Trenować spokojnie i w połowie możliwości żeby nie zamęczyć się do normalnego życia i służby.
  Poranna rozmowa w drzwiach z na pozór oziębłą osoba okazuje się pomocna bardziej dla niego niż dla mnie, proste pytanie, szybka odpowiedź – pomogłem i to bardzo, uświadomiłem pozytywnie.
Rozpoczynamy projekt, pokazuję co i jak, dzielę się wiedzą, daję praktyczne uwagi, przekazuję wnioski z poprzednich przedsięwzięć; pozwalamy sobie na dyskusję i wymianę doświadczeń, nikt nikomu nie wchodzi w słowo.Można to krótko nazwać: "przekazywanie buławy rozmowy"
  Wciąż budujemy, tworzymy i rozwijamy zespół nadający na tej samej fali. Wydawało by się proste schematy dają efekt kuli śnieżnej, wszyscy są zadowoleni. Praktyka i teoria, teoria i praktyka.   Zmęczenie ale nie osłabienie. Nie konkurujemy, ale współpracujemy. Jeden jest dobry w tym a inny najlepszy w tamtym. Spokojny dialog daje efekt, każdy wyciąga wnioski i wie nad czym pracować dalej. Wyszło fajnie i spokojnie, dowódca jest dumny. Idziemy wspólnie na posiłek, weekend nadchodzi. 
 Życie to nie bieg na 100 metrów- trzeba pamiętać że im szybciej biegniesz tym szybciej skończysz a po drodze przekraczając barierę dźwięku spalisz sam siebie razem z wszystkimi mostami. 
 A warto mieć przynajmniej jedną drogę odwrotu. 
Nie wiesz czy "na drodze za zakrętem" nie czai się coś co Cię wykluczy fizycznie lub zniewoli psychicznie. Czy duchy pokonanych przeciwników pozwolą dalej pracować a może poznasz kogoś kto swoim jestestwem podniesie Twoje standarty wartości oczekiwanych od życia, nie podetnie skrzydeł a je rozłoży i mało tego - podtrzyma je na deszczu, poczujesz się jak nowy Ja i wybudujesz kolejną drogę na fundamencie starego.
 Drogę która wyprowadzi Cię z Twojej strefy komfortu która po przekroczeniu bramy starego może wydawać się jedynie bunkrem w którym darmo było szukać oddechu. Bo kto raz zasmakował powietrza nie chce wracać pod wodę i odrzuca skrzela tak jak ten kto zna rozkosz smaku chleba po dniach głodu i ideał smaku wody po dniu marszu kiedy masz wybór - wyciąg ropy z wodą z czołgowiska, manierka kolegi chorego na grypę lub własny mocz.
  Nic tak nie wzmocni fundamentu nowej drogi jak gruz ze starej i niezawodnej cegły. Zmielony beton bywa złudny, ciągle promieniuje i wydaje pomruki. Na pewno się nadaje-lecz atmosfera jego obecności jest nie do zniesienia.

Też lubicie swoją pracę ? To dobrze. Ja ją kocham.
Nawet wtedy gdy szukam nowej i zwłaszcza wtedy. Bo w każdej zostawiłem kawałek serca.

  No i żeby tylko na koniec nie wylądować na oddziale kardiologicznym z zawałem czego sobie i wszystkim tu obecnym życzę. A jeśli jakoś tak wyjdzie że "serce nie wytrzyma" to oby akurat w tym momencie ważnym dla nas nie zabrakło prądu, świeżego powietrza, zdrowego rozsądku i papieru w rolce EKG a najlepszy lekarz właśnie wrócił rozpromieniony z urlopu na Hawajach  lub od kochanki...



Komentarz i inspiracja:

tak sobie wyobrażam moją pracę marzeń :)

...i myślę jednak studiując wytrwale media i literaturę że jest takie miejsce

niedziela, 19 lutego 2017

Ratuj każdego z poległych towarzyszy przynajmniej raz

 Kiedy opadnie kurz walki i bezpieczniki broni wrócą do pozycji "SAFE" a ona sama do każdego innego położenia które gwarantuje bezpieczeństwo dowolnego posługiwania się nią w każdy zdroworozsądkowy sposób niekoniecznie zgodnie z oryginalną instrukcją użytkowania następuje cisza. Czasem ta cisza która kłuje w uszy i piszczy na dnie  historią miesięcy na strzelnicach gdy ochronniki słuchu nie zawsze były na topie, a jeszcze czasem cisza której pulsem są trzaski radia które rozumieją tylko zainteresowani i obyci z muzyką taktyki którą jest łączność...
 Cisza poprzedzająca głos opadających dźwięcznie łusek, ta której towarzyszy maszerujące złowrogo echo, odbijające się od skał lub skaczące pomiędzy drzewami, jeszcze przed chwilą wybrzmiałych strzałów z gorących luf okraszonych kolorami dominującego środowiska walki.
 Cisza której towarzyszy kapiąca krew z zastygłych ciał lub oddalający się ryk odrzutowca który na wezwanie zamaskowanych zjaw rzucił piekło na ziemię a na niej samej jednym trafieniem stworzył portal do nieba gdzie walka już nie jest potrzebna.
 Tu jednak walka trwa.
Po ciszy nadchodzi czas dla walki o życie jeśli przeciwnik był na tyle dzielny, głupi, sprytny lub tak po prostu dobrze wyszkolony by zadać straty atakującym. Najważniejsze jest tu słowo BYŁ.
 To straszny czas.
Straszny dla ratownika bo dla tego który potrzebuje pomocy czas nie istnieje. Zastyga. Zamarza jak rażony piorunem.
 Im łom cięższy tym śmierć lżejsza, a im cięższe są obrażenia tym bardziej pacjent bezwolny, nieprzytomny lub po prostu nieświadomy swojego stanu.
 Wyścig z czasem i umiejętnościami swojego mózgu bo to on zaczyna tu walkę o wszystko.
 Kto przeżył ten wie jak czas potrafi w magiczny sposób zwolnić co doskonale można udowodnić samemu sobie porównując własne odczucia z obrazem zaobserwowanym na nagraniu w czasie zaawansowanego treningu zbliżonego do warunków bojowych tak mocno jak tylko się da.
Im więcej z sobą zabierzesz tym bardziej pomożesz potrzebującemu.
To co jest tak mocno nieporęczne lecz dobrze spakowane błyskawicznie pozwoli opanować sytuację.
Im bardziej boli kręgosłup ratownika tym krótszy będzie czas powrotu do zdrowia rannego.

  Czasem jest jednak za późno.
  Nic się nie da zrobić.
  Opatrunki są niczym, najnowsze medykamenty stają się zabawkami ,a chęć i umiejętność pomocy staje się niezwykłym tańcem obrzędu  pożegnania życia.
Nam nie pozostaje nic innego jak walczyć, zaplatać warkocze do końca. Ścieżki szeptów procedur i ampułki zaklęć które dają cień szansy na zawrócenie duszy z drogi ku światłu.
  Bywa że się udaje i umarli ożywają a nadzieja nie bywa złudna w połączeniu z dobrymi noszami i sprawną ewakuacją zaplanowaną w wygodnym fotelu.
 Takie sytuacje zdarzają się i wyjątki potwierdzają regułę że walczy się do końca i nigdy nie traci wiary bo pozytywne myślenie zawsze procentuje wybuchem euforii na szpitalnym korytarzu wśród kolegów oczekujących cudu a nawet gdy się nie zdarzy gotowi są do udzielenia najwyższej oczekiwanej przez każdego pochwały: DOBRA ROBOTA a na dokładkę klepnięcie w plecy....i co najważniejsze żaden z nich niczego innego nie oczekuje.
  Jeśli zadecyduje los i przegramy ten wyścig każdy wie że zrobiliśmy wszystko co się dało i jeszcze jeden krok dalej i za każdym innym razem będzie tak samo a nawet lepiej bo po to tu jesteśmy z radiem pod ręką, własną duszą w dłoniach, plecakiem doświadczenia i chęcią pracy.
Amen.

Czy takim wartościom  hołdują  najlepsi ratownicy-samuraje którzy decydują się iść drogą katany i szabli husarskiej ?
Na takie pytania mogą odpowiedzieć jedynie oni sami.
Moim marzeniem jest spotkać kogoś tak wyjątkowego i wypić z nim szklankę wody z cytryną.
Na pewno było by warto.

Inspiracja:
https://www.youtube.com/watch?v=rKypas0DzQk

Ratownik. Tak po prostu. Taktyczny

  Pacjencie. Przyjdź do mnie. Na pewno nie zaszkodzę. Jestem tu dla Ciebie. Po pierwsze nie szkodzić.
Pamiętaj że mam przy sobie najgroźniejszą z broni. To mój mózg. Przelany wiedzą, zasolony doświadczeniem. Zakonserwowany stabilnym roztworem mieszanki intelektu i chęci.
Jestem tu bo uwielbiam pomagać. To moje credo. Nic dla siebie. Wy jesteście najważniejsi.

  Pracując z ludźmi w swojej pracy od wielu lat złapałem straszny nawyk. Nie pamiętam wszystkich imion. Tylko pseudonimy a częściej twarze. Coś kosztem czegoś. Jestem w stanie zreferować na co był lub jest chory każdy z moich podopiecznych patrząc na ich oblicza. Czasem można mnie nie znosić kiedy podejdę sam i zapytam się czy już lepiej albo prawię siłą zaciągnę na konsultację lekarską lub do kolegi czy koleżanki z lepszym doświadczeniem. Zaproponuję inne rozwiązanie problemu. Od tego jesteśmy. Za to nam płacą. Ideałem jest wiedzieć do kogo zaprowadzić.
Doświadczony "medyk"- od ratownika, przez pielęgniarkę po lekarza jest nawet w stanie przewidzieć na co ktoś może być ktoś chory lub przewidzieć możliwe urazy. To nie jest wiedza tajemna. To intuicja której fundamentem jest doświadczenie i zdolność przewidywania faktów na podstawie wyciągania wniosków.
   Nie zawsze jest potrzebna pomoc medyczna. Czasem wystarczy dobre słowo. Większość problemów zdrowotnych zaczyna się w głowie. Aby znaleźć rozwiązanie trzeba znaleźć wejście do środka. Byle nie za daleko - bo już nigdy nie przyjdzie ;)
Profilaktyka. To podstawa. No i cztery razy tańsza niż leczenie cytując klasyka.

  Leki najczęściej choć nie zawsze niwelują i osłabiają skutki. Nie zawsze przyczynę. Czyjeś przeziębienie można leczyć bez końca miesiącami a jeśli zwrócisz mu uwagę żeby w końcu założył czapkę po wyjściu z basenu to problem zniknie. Może się nawet na mnie obrazić. O to akurat nie dbam.
Jest cała gama wypadków i ich powikłań do uniknięcia. Mądre głowy już od lat przeanalizowały powody i skutki czego wypadkową są precyzyjne procedury postępowania dostosowane do najczęściej spotykanych sytuacji.
  Wypadki i reakcja na nie to środek sytuacji. Dla ratownika bardzo ważne jest też wszystko co przed i długo po, gdy opadną emocje i wszystko się ustabilizuje.

Co przed ?

  Nie każdy ma powołanie do tej pracy, a najważniejsze jest szczere podejście. Potem doświadczenie. Nastawienie przełożonych a częściej starszych  kolegów  umożliwia je zdobyć. Wszystko zawiera się w kole.
  Żmudne szkolenia pełne entuzjazmu rozpoczynają przygodę. Często przełożony zapomina że atrakcyjny w jego mniemaniu wyjazd za granicę to wyjazd na szkolenie a nie w każdym innym celu a myślenie o takim wyjeździe w kategorii nagrody wywołują co najmniej zdziwienie w obecnych czasach. Cóż. Bywa i tak.
  Trening, trening. Praktyczny i teoretyczny. I nie tylko medyczny. Żołnierka, ta prawdziwa też musi być opanowana. Po co ? By znać zasady gry i środowisko walki. By po założeniu słuchawek na uszy rozumieć: slang, formę meldunków, charakter przekazu. Detale i niuanse których darmo szukać w podręcznikach czy przekazie medialnym. Ale to dobrze. Bo o innej stronie tej pracy - służby - nie powinna wiedzieć osoba postronna.
 Wentylem tych rozważań niech będzie proste sformułowanie że dobry, profesjonalny operator kamery wie kiedy ją wyłączyć.
 Sam Bismarck rzekł że ludzie nie powinni wiedzieć dwóch rzeczy:
" jak się robi parówki i jak wyglądają kulisy polityki" I jeśli jego osoba może budzić mieszane uczucia wśród Polaków to sentencja jest wciąż na czasie. Bo czasy wciąż są takie same. Zmieniają się jedynie okoliczności.
 Okoliczności przekazu, odbioru i przetwarzania danych które zawsze są wprost proporcjonalne do
danej epoki i odwrotnie proporcjonalne do epoki kolejnej. Wyszła z tego matematyka. Tak. Bo matematyką można opisać wszystko. Może prócz kalafiora. Ale to i tak kwestia czasu.
Kwestia czasu lub wyhodowania odpowiedniego kalafiora.
Takie uproszczone kreowanie rzeczywistości.

Cichą jasną niedzielą

 Milczące jasne niedzielne popołudnie to najlepsza pora do podróżowania. Do szybkiej jazdy w dowolnym kierunku lub do miejsca które znasz czy jest nam bliskie. Najgroźniejsi są jedynie "niedzielni kierowcy" którzy nie odróżniają świateł mijania od każdych innych, uważają że czyste szyby nie są do niczego potrzebne, a wymuszenie pierszeństwa w drodze z pod domu do kościoła jest grzechem lekkim czy może nawet nie jest żadnym wykroczeniem bo przecież są "u siebie" - to my mamy się dostosować. Przecież droga wojewódzka powstała później niż ich ojcowizna.
Kto to przeżywa regularnie ten zna problem.
  Prawdziwy horror nadejdzie bliżej 22 kiedy stada wygłodniałych TIR-ów ruszą na trasę niczym mamuty dokładnie o tej samej porze w każdym zakątku kraju a ojcowie ruszą za chlebem z nad morza w góry, z Podlasia do Berlina i z domu do pracy. Tak. Wtedy na trasie jest tłoczno i niebezpiecznie. Byle nie padało. Jakoś to będzie.

 Czasem takie popołudnie poświęcamy na zadumę, spokój, trening czy szukanie inspiracji.

Gorzej czy może raczej lepiej kiedy osiągasz stan w którym wszystko jest inspiracją i czujesz że wyprzedzasz sam siebie.
 Myśli wyprzedzają własne auto które przyklejone do asfaltu tak po prostu zapierdala jak mały motorek.
 To bardzo fajny i produktywny stan. Taki stan kiedy czujesz że Twoje słowo może wszystko i żałujesz już że nie siedzisz przed swoim narzędziem pracy i nie tworzysz swojego dzieła. I może to być wszystko. Zarówno wycięty otwór w  tarczy na strzelnicy sportowej  w okręgu o wielkości dna od szklanki lub słowa które same wychodzą z pod palców które jeszcze godzinę wcześniej obejmowały trzonek miotły.
 To niesamowity stan ekscytacji i pracy. Najbardziej produktywny.

  Nie każdy jest w stanie go ogarnąć. Wewnętrznie opanować natłok myśli, pomysłów, idei, chęci i potrzeb. Nie jesteśmy od wszystkiego a co jest do wszystkiego najczęściej jest do niczego. Michał Anioł był tylko jeden; choć nie koniecznie - bo film Alternatywy 4 pokazał że gospodarz Anioł pomimo tego że był Stanisławem nieomalże sprostał zadaniu i to pomimo że wywrócił się o własne nogi, potrafił przekuć upadek w spektakularny sukces.

 I chyba każdemu życzę takiej niedzieli bo pomimo powszechnemu dyktatowi poniedziałku to niedziela jest pierwszym dniem tygodnia - zauważyłem to kiedyś porównując ścienny kalendarz pochodzący z USA z tym naszym POLSKIM.

sobota, 18 lutego 2017

Walka !

To oni. Wróg, kiedyś nieprzyjaciel a teraz przeciwnik, terrorysta czy może rebeliant.
Artyleria ich wymaca, ciężkie kierowane pociski pozbawią pancerza, strzelcy wyborowi wytną w ich kontrolkach sterowania ciałem reset systemu, ciężka broń obezwładni ich ruch, a jeśli są na tyle blisko by dostrzec ich twarze broń ręczna zrobi swoje, nagłe spojrzenie twarzą w twarz zakończysz szybkim wyciągnięciem swego zawsze gotowego i wiernego pistoletu, gdy na to za późno użyj ostrzej jak brzytwa łopatki lub noża, kolega wybierze bagnet założony na broń. Jeśli nie zdąży uderzy kolbą, lufą, magazynkiem. Nie zdążyłeś? Twój błąd. Pozostała walka wręcz. Kopnij, uderz, wyrwij, ciągnij, gryź, drap, zduś jego inicjatywę. Krzycz jak Maorys. Pozbaw go ducha walki.

Tyle. Koniec. Otrzep kurz, zmyj krew. Pomóż koledze. Trwaj na posterunku lub biegnij dalej.
Po to tu jesteś. 
Tylko nigdy nie uciekaj. Bo umrzesz zmęczony. Przeciwnik to co pierwsze zobaczy to ruch.

Taka odwieczna piramida walki. Środki się zmieniają, okoliczności również ale czasy są zawsze takie same. Tam nie ma żartów. Jak nie siłą to sprytem. 

Do tego dochodzi zapach. Pot, łzy, krew, spaliny, dym...wszystko co chcesz.
I jeszcze jedno zapach śmierci. A może atmosfera śmierci. Jedno nie wyklucza drugiego. Kto to przeżył ten wie. To się unosi w powietrzu. Ja osobiście czuję ją za mostkiem. Jej bezwzględność. Seryjność. Liczy do dwóch lub trzech. Czasami ostrzega. Usłuchasz i się zmienisz to pożyjesz. Jeśli nie. Już po Tobie. Ona też daje szansę.

Największym przekleństwem ludzkości może okazać się nieśmiertelność. A kolejnym problem wymyślenie szczepionki na nią. Ale to chyba za milion lat:) hmm jednak oglądając informacje w dowolnym kanale raczej za trzysta.

Wydaje się nam że to mija ale jednak wraca po dniach, miesiącach a czasem długich latach.
Łatwiej na początku mają bardzo młodzi ludzie. Oni jeszcze nie rozumieją. Dopadnie ich koło czterdziestki. W snach. W najmniej spodziewanej chwili. Gdy dojrzeją. Spoważnieją. Okrzepną.
Kiedyś przeczytają o jedną mądrą z pozoru lekką książke za dużo i się zacznie. Albo ich to rozniesie albo wzmocni. Kwestia cech charakteru. Tych wrodzonych i tych nabytych.

Ale chyba ta gra chyba najłatwiejsza jest do przełknięcia dla rzemieślników, fachowców, po prostu profesjonalistów.  Osób, które przyszły tu po prostu zrobić swoje. Zrobić to sumiennie, najlepiej jak się tylko da, nie zastanawiać za dużo. I zapomnieć. I chyba w tym jest sposób. Po prostu żyć.

Rasowy żołnierz, wojownik, czeka na nią. Często podświadomie ale nigdy za wszelką cenę - to oznaka niedojrzałości.
Z kolei wielu w czasie służby pokojowej nie może się odnaleźć w realiach normalnej, szarej służby.
Poligony, place ćwiczeń, macierzyste jednostki, nawet te najlepsze rządzą się określonymi zasadami. Regulamin, zasady bezpieczeństwa, dyktat urzędników w mundurach, łańcuch decyzyjności rozbudowany do molocha - to ogranicza.

   Sam legendarny major Henryk Dobrzański, znany pod pseudonimem "Hubal", który nigdy nie zdjął munduru i jest swego rodzaju legendą został przeniesiony w stan spoczynku  "ponieważ nie potrafił przystosować się do wymogów służby pokojowej" jak głosi Wikipedia którą cytuję tu z entuzjazmem...

 Każdy więc ma swoje miejsce, swój czas i swoje przeznaczenie a te nas nie ominie i nadziejemy się na nie sami, bez niczyjej pomocy lub będąc niesionymi na rękach tłumu – będąc kochanymi lub nadziewanymi na pal ostracyzmu, niezrozumienia lub obojętności...to nie jest zależne od nas. Nasza droga została już dawno wytyczona a tylko wybrani potrafią dostrzec choćby jej zarys. Wybrani, mądrzy lub wyjątkowo inteligentni.
  Wyjątkiem są Polacy. Tak. U nas wszyscy wszystko wiedzą najlepiej. Równocześnie w milionach genialnych umysłów.
I to jest błogosławieństwo i przekleństwo tej krainy – niepotrzebne skreślić.

Trzy kolory. Niebieski z wody.

 Woda to życie. Tylko że ta która jest środowiskiem pracy jednostek  dedykowanych do działań w środowisku wodnym przeważnie jest słona i ma moc zniszczenia.
 Ta dama nie wybacza błędów. Nie zna nagrody, nie wymierza kary. Zna tylko konsekwencje.
Na pustyni oceanu możesz umrzeć z pragnienia. Zostać przeszyty kłębowiskiem fal. Jeśli znajdziesz się za burtą okrętu w nocy pozostawiony samemu sobie czeka Cię smutny los. Nawet ćwierć mili morskiej od brzegu bez odpowiedniego ekwipunku i szczęścia nie masz szans. Jedno nie wyklucza drugiego. Ekwipunek daje pewność i niezawodność a szczęście zapewnia dobrodziejstwo natury, że skacząc do wody, pół metra pod jej lustrem nie zawieruszy się zerdzewiała i zapomniana boja o swojskiej nazwie "bezpieczna woda".
 Na morzu nie rozpalisz ogniska, nie zawołasz o pomoc. Choć nie; wołać możesz ale i tak nikt nie usłyszy. Ryk fal to najgroźniejszy przeciwnik. Tylko na morzu poznasz się na ludziach; i fizyczne i psychicznie. To najstraszniejszy z żywiołów.
 Tu nie ma miejsca na indywidualizm. Okręt, Jednostka, Zespół, grupa, sekcja, para.Wszystkie w dowolnej kolejności. Sam ---nie. Sam nie istniejesz. Wie to tylko ten kto nie czuł własnych rąk próbując odkręcić termos.
 Para strzelców pokładowych powstrzyma celnym, precyzyjnym ogniem próbę oporu. Zespół żołnierzy zajmie każdy obiekt na terenie akwenu działania. Grupa to siła. Sekcja daje oparcie, radę a kiedy trzeba pocieszenie. Jesteśmy tylko ludźmi. Obywatelami w mundurach.

Na morzu jest zgubiony kto patrzy jedynie pod nogi czy raczej przed dziób łodzi . I tak nie da się najczęściej nic zrobić poza zaciśnięciem zębów. Patrzeć należy kilka fal naprzód. Tylko tak można decydować o swoim losie.
Ostro w prawo, płynnie w lewo, wytrzymać do odpowiedniej chwili i ślizgać się po grzbiecie fali pełną mocą mechanicznego serca łodzi.

Fale to charakter akwenu, morza, oceanu. Każdy zakątek świta ma inne fale. Różnią się sekwencją, wielkością, siłą; znać je z definicji to jedno a rozumieć zupełnie co innego. To ciągły teatr sprawdzianu sternika, kapitana, załogi. To nierówna walka. Trzeba dać jej i sobie szansę. Jej by spełniła swe przeznaczenie od pięknego gwałtownego wzlotu, dumnego istnienia i łagodnego rozproszenia a sobie by przetrwać i płynąć dalej. Potem znaleźć kolejną, która nabiera już rozpędu. Tamtą rzucić bez wahania bo traci swój impet i może już ciążyć bo za chwilę zgaśnie jej doskonałość ale da jeszcze upragnioną dolinę odbicia i mikrochwilę wytchnienia, a Ty dalej ku kolejnej, nowej o bardziej doskonalszym kształcie, charakterze, istocie. Maszyna nawet przez moment nie traci obrotów. Zwiększa je tak mocno jak tylko się da - jak zadecyduje Pan silnika  na łodzi - Sternik.    Każda pośrednia to swego rodzaju eksperyment, dopóki nie znajdzie się tej idealnej. Fali natchnionej, fali paradoksalnej, idealnej. Tej na grzbiecie której dopłynie do celu. Ryzykownie ale pięknie. A może lepiej pozostać w dolinie i kluczyć między grzbietami ? Pasywność. Ta zawsze bywa zgubna. Grzywy już się kłębią i szykują do ataku, same nie wiedząc na kogo. Ona Cię dogoni. Pogrzebie wraz z załogą. Wygrzebiesz się, może tak a może nie. Ale misja straci impet.
    Barwne porównanie. Ktoś może zrobić się fioletowy ze złości. Czy taką technikę stosować jedynie na morzu a nie w życiu – to już zależy tylko od nas. Konsekwencje nas dogonią. A na żal przyjdzie czas na starość.

Takie jest środowisko pracy, a na pewno główna droga dotarcia do celu. Nikt przecież nie będzie pływał dla samej przyjemności podróży. Choć w naszym kraju niezależnie od pory roku przeważnie nie jest przyjemnie. Czapka i dobra kurtka przydaje się cały rok. A termos jest tak samo ważny jak zapas paliwa, dodatkowa latarka lub sprawny GPS. Oczywiście o ile łaskawe satelity znajdą się wszystkie na swoich oczekiwanych miejscach bo jeśli nie, choćby z powodów przyziemno-morskich wynikających z wszędobylskiej soli czy innego każdego powodu wynikającego z prawa Murphy'ego  to jesteś zgubiony i  jeśli zaniedbałeś busolę to można już tylko liczyć na gwiazdy...
 Ale to oczywiście czarny scenariusz którego się nigdy nie wyklucza i dlatego też wiedza, doświadczenie i teatralne planowanie każdego z aktów bierze się nad wyraz serio tak by jedynym co  może zatrzymać rozpędzoną mini flotę to zapomniana mina morska z poprzedniej epoki...


inspiracja:

 https://www.youtube.com/watch?v=TU23SsZt0Ms