Popularne posty

niedziela, 29 października 2017

P jak Parking

Sobotnie zakupy są naprawdę fajne. Można sobie coś kupić, no i najlepiej książkę. Poszedłem po jedzenie, kupiłem trzy dzieła. Jedzenie też. Ale że był to chleb, smalec, ogórki i kola to się lepiej nie przyznawać. No bo jak to można jeść bez wódki?
 No i tak idąc na te zakupy zaparkowałem dalej żeby mi auta nie obili, spontanicznie otwierając drzwi rodzinnych aut, które za moment zapełnią się zgrzewkami wody. A ta leci przecież za darmo z kranu.
Co prawda będąc posiadaczem czarnej armatury to ja już zauważyłem co tam mi leci z kranu, gdy ów woda odparuje, ale to szczegół. Wystarczyło by porządne filtrowanie albo odrobina dobrej woli. No ale nie liczę już ani na jedno, ani na drugie. Drogą środka piję z czajnika. Oczywiście w czajniku też jest osad znikąd i wiem że nie zniknie. Kiedyś używałem czajnika który był zasilany jedynie wodą z butelek. No i jego dno było jak nowe. Ciekawe czy u nas też by tak było? Bo akurat te butelki otwierałem za granicą.
Idąc do pieczary konsumpcjonizmu zauważyłem ładnie zaparkowany pojazd na miejscu dla niepełnosprawnych. Nawet ów pojazd miał identyfikator uprawniający do parkowania na niebieskiej zatoczce. No i dobrze. Co prawda patrząc przelotnie do środka zdziwiło mnie to, że fotele wyglądają na normalne. Ale co tam. Może właściciel ma chore stawy, kości itd. Biedny człowiek. Niech staje bliżej.
Wszedłem, kupiłem, no i wracam.
Ale widzę że ktoś pali papierosa zamykając ów auto na błękitnym podłożu. Zamyka, kończy palić coś tam robi i się mijamy. Co tam robi jego sprawa, biedny człowiek potrzebował wytchnienia.
Niemniej jednak mało się nie zakrztusiłem śliną kiedy na jego polarze zauważyłęm nazwę jednej z firm ochroniarskich która być może nawet pilnuje ów centrum.
No dobrze, może pomagał komuś niepełnosprawnemu i wyjmował coś od strony kierowcy paląc jednocześnie papierosa. No chyba tak trzeba to widzieć z boku. Na pewno to jedyne logiczne wyjaśnienie.
 Ale jeśli ten miły Pan miał by rzeczywiście odpowiadać za bezpieczeństwo centrum handlowego, a to było jego auto i należne mu miejsce dla osób niepełnosprawnych, to nie należy się dziwić że po centrum handlowym w PL  może biegać wariat z nożami i atakować ludzi. A na koniec obezwładniają go sami klienci. Bo nie oczekujmy od kogoś kto ma więcej niż 50 lat szybkiej interwencji, która się najczęściej musi sprowadzać do sprintu wymijającego tłum uciekający w panice klientów i po prostu sprzedania "kopa wpierdol" facetowi. Tak żeby mu wypadły te oba, dwa nożydła, a on sam przestał stanowić zagrożenie dla innych i siebie. Ale żeby obezwładnić kogoś takiego i podjąć z nim walkę - trzeba wpierw do niego dobiec. I oby niepełnosprawność nie zaliczała się do niepełnosprawności uniemożliwiającej nagły i intensywny wysiłek fizyczny. A i tak na pewno  w przypadku rozliczania po ewentualnym incydencie z ofiarami jego tłumaczenie rozpoczęło by się od machania niebieskim identyfikatorem wyciągniętym zza szyby auta. Auta stojącego na miejscu dla niepełnosprawnych.

środa, 25 października 2017

Kiosk

Do pracy mam na 7.30.
I dobrze  by było, być na czas, bo trzeba obgadać kilka tematów przed 8 rano. A jak coś się odłoży na potem to znając życie, te potem przemieni się w nigdy i obrośnie pajęczyną zroszoną kurzem.
Potem niby przypadkiem wpadnie za szafkę, i znajdzie to za rok kontrola. Oczywiście niespodziewana, ale za to taka, która pierwsze co zrobi to zacznie odsuwać meble. No i wtedy kłopoty murowane. Ale teraz szybko. Do kiosku.
Ooo, mam szczęście. Jest otwarty i kolejki nie ma. Super. Zdążę wszystko załatwić przed pracą.
- Dzień dobry, Pani.
- A, dzień dobry. Witam. Czym mogę służyć?
- Chciałbym zmienić poglądy.
- Oczywiście. Już służę uprzejmie. Który formularz podać?
- A ten biały. Bardzo proszę. Gdzie mam podpisać?
- A tu ma dole. Proszę podać jeszcze tylko numer PESEL.
- A znaczków skarbowych nie potrzeba kupić???
- A nie, do białych nie.
 Pani kioskarka znacząco mrugnęła tylko okiem i pobieżnie sprawdziła zgodność wpisanych danych, z tymi z dowodu.
Nawet nie powiedziała dziękuję.
Trzask zamykanego przed nosem okienka wywołał na moim ciele gęsią skórkę.
Wiem. Mam przejebane. Nic to. Jutro też jest dzień.
A ciekawe że białych leżała na stole cała kupka. Czyżby "kapitulacja" była hańbą? Nie wiem. Tak tego nie odbieram. Przecież lubię patrzeć na swoje odbicie w lustrze.
Szkoda tylko że od jutra jedyne lustro jakie zobaczę to będzie te w toalecie celi.
Hmm. Trudno.
Ale podobno mają tam WIFI.

piątek, 20 października 2017

Zegarmistrz

Auuu.
Krótki ale intensywny ból w okolicach nadgarstka opanowuje moje ciało.
Dziabnięcie nożem w dłoń wyszło jak wściekły lew zza baobabu.
Raz a dobrze. Poprawiać nie trzeba.
Zimno - ciepło.
Zimna stal - gorąca krew.
Stal spada z brzękiem na płytki a krew zaczyna oblepiać moje dłonie. Próbuję ucisnąć drugą dłonią ranę ale strumień tylko się wzmaga i czerwień oblepia wszystko.
Niby taka mała dziurka a leci i leci.
Szybko, pod zimną wodę, ale to nic nie daje. Biorę szmatę i owijam dłoń, ale czuję jak strumyk płynie z wolna. Co robić? Krwi jest coraz więcej. To nie żarty. Trzeba dzwonić na pogotowie.
Szybko, biorę telefon.
Intuicyjnie go odblokowuję ale za moment trafia mnie jasny szlak bo lepkie ręce od krwi nie pozwalają wybrać numeru na szybce wyświetlacza. Jakieś szaleństwo. Staram się wytrzeć ręce o ścierkę ale to co wytrę, zaraz jest znów na dłoniach. Moje nerwy potęgują wszystko, a serce zaczyna walić jak szalone. Krew z kolei zaczyna płynąć mocniej wraz z każdym jego uderzeniem.
Jakiś dramat. Obłęd. Otwieram okno i chcę krzyknąć "na pomoc" ale na początku się nieco wstydzę, a za chwilę kiedy nabieram powietrza i krzyczę swój hejnał, z pobliskiego balkonu rozbrzmiewają jak na komendę rytmy muzyki z głośnika. Wszystko zagłuszone.
Zaczyna mi kręcić się w głowie, muszę usiąść.
Nie zwalniam ucisku ale czuję jak krew płynie, i coraz bardziej mi słabo.
Drętwieją mi nogi, osuwam się, opieram o kaloryfer. Drżę delikatnie. Nie dam rady trzymać dalej mojego opatrunku. Ogarnia mnie niemoc. Muszę odpocząć. Tylko chwilę. Jak mi słabo.
I te rytmy.... Cooo, co to za muzyka?
Jest coraz głośniejsza. Mi jest coraz bardziej słabo, obraz mi się rozpływa, na przemian mi zimno i gorąco, a ta cholera muzyka tylko wyje i wyje. Odpocząć, muszę odpocząć. Tylko chwilę. Czuję plecami kaloryfer.
I słyszę tylko tę muzukę....

"..i kiedy przyjdzie także po mnie...., zegarmistrz światła purpurowy...."



REP4

Chory być nie lubi nikt. Ani fizycznie, ani nie fizycznie. Z tym że gdy cierpi dusza w połączeniu z ciałem to nawet piwo nie pomoże. Znaczy jedno na pewno nie pomoże. Ale ja dziś nie o tym, chociaż znając swoje pisulstwo to zacznę od tabletek, a skończę na mostach pontonowych. Taki jestem. Amator. Ale nie gawędziarz, raczej realista. Dla tego też lista moich czytelników raczej spada niż rośnie. I co prawda kusi mnie żeby zacząć pisać coś nie o tyle śmiesznego, co lekkiego, by mieć milion lajków i wygenerować setki wielbicielek które pijąc wieczorną herbatę w objęciach kota i cieple kocyka odstawią kolejne ostatnie lody, ale jeszcze daje sobie szansę. Wszystko mi mówi żeby smalił tym stylem. Już to że podejście do komputera trwa cały dzień jest sygnałem pozytywnym  w moim świecie skrajności.
 Dobra. Więc idę do tego ulubionego lekarza i tam niespodzianka. Numerki w rejestracji. Oczywiście nie wierzę że są dezynfekowane i pobieram nieświadomie wirusy poprzedników, które z pewnością oblepiły miłą dla dłoni powierzchnię. Siedzę więc z tym numerkiem i czekam, gapiąc się w wyświetlacz LED, gdzie reklama jest ważniejsza chyba niż mój numer który jest schowany gdzieś pomiędzy proszkiem na upławy, a pastylką na ból zęba. Wszystko oczywiście w każdym możliwym kolorze, poza czerwonym. Można przecież skojarzyć go z czymś nienaturalnym. Czyli krwią która w nas płynie. Cisza, szmer rozmowy zza drzwi przybytku ozdrowieństwa, i jeszcze większa cisza.
  Wraz z tą wszechobecną próżnią rozmowy, ogarnia mnie dziwne uczucie zaburzenia rytuału. Tej tradycji przekazywanej z ojca na syna, matki na córkę i pokolenia PRL na pokolenie REP4. Co to za tradycja zapytacie? Bardzo prosta. Zawiera się w jednym prostym schemacie który łamie lody ciszy w poczekalni, pozwala nawiązać niezobowiązującą rozmowę, zagadnąć niby pod tym pozorem do pięknej dziewczyny lub młodej kobiecie do interesującego wydawało by się mężczyzny. "Słowo klucz". Zdanie tradycja...

- Przepraszam, kto ostatni w kolejce do gabinetu ?

wtorek, 10 października 2017

Plusy ujemne

 Telewizji nie oglądam bo nie mam telewizora. Znaczy kiedyś kupiłem, ale został tam gdzie go postawiłem. No a jeśli teraz znowu nabędę drogą kupna, oczywiście w formie licytacji na aledrogo, to i tak będę jedynie klepać kreskówki. Jakoś nic autentycznego tam poza bajkami nie znajduję.
 Tak czy siak pasjami klepałem niegdyś któryś tam sezon mega szlagieru gdzie krew lała się wiadrami, a głowy były częściej wyrywane niż jedzony obiad. No i nawet chyba zostały przyznane ów produkcji jakieś tam nagrody. A jeśli nie nagrody to na pewno zdobywał podium w rankingach popularności. No coś pięknego. Krew, pot, strzały, łuki i garki na głowie. I tak do zajebania, znaczy zajechania czy zrozumienia. Bili się o jakiś złom czy tron. Tak to jakoś było.
 Drugim biegunem moich zainteresowań jako mężczyzny oczywiście będą filmy "X" których oczywiście nie ogląda nikt poza mną. Ja się przyznaję bo mogę się przyznać. Żony nie mam ;)
Nie chodzi tu że klepię je 24/24. Czasem popatrzę przy lampce i tyle.
Tak czy inaczej ciekawi mnie mały detal. Jak to jest że filmy o zabijaniu można obejrzeć w sumie bez przeszkód, a filmy  na których pokazują z zasady dwie zadowolone i uśmiechnięte osoby które się dobrze bawią, są uznawane za "niemoralne", no a już na pewno nie można ich obejrzeć spokojnie w kinie. Dziura w głowie jest normą, a nagi człowiek to powód do wstydu. Czemu tak jest? Nie wiem.
Oczywiście upraszczam temat ale chodzi mi bardziej o wskazanie biegunów. Co jest plus a co jest minus. Wydaje mi się że zabijanie to" - " a sex "+"
 No ale chyba łatwiej jest wybić komuś zęby, niż zbudować relację, której wypadkową  /czy może skutkiem/ będzie niepohamowana fala  intymnych uniesień zwanych potocznie sexem.  Może w tym tkwi problem? Bo sytuacje rodem z filmu XXX są możliwe w życiu, o ile nie jest to przyczyną spotkania, a jego skutkiem. Mało tego, czasem życie potrafi przyćmić taki film i sprawić że będzie się patrzyło nań z politowaniem, widząc kaskady gry aktorskiej, udawanych ochów, achów i posklejanych dubli.
No ale żeby popatrzeć na taki film z dystansem, potrzeba wcześniej poczuć coś o wiele bardziej autentycznego i intensywnego. A żeby coś takiego przeżyć trzeba umieć pobudzić do działania najbardziej erogenny narząd naszego ciała. Czyli mózg. Swój również, ale przede wszystkim czyjś. A to już wiedza tajemna. Bo myślenie staje się w naszych czasach jeśli nie alchemią, to poszukiwaniem kamienia filozoficznego. Kamienia który jest rozdrobniony, starty w pył i przemieniony w atrament, a ten wylany piórem na stronice pergaminu.

Szklana pogoda

  Szyby niebieskie od telewizorów to była jedyna poświata wieczorna w oknach jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nuda biła z życia zakrapianego kolejką. O świcie po świeże kajzerki, a wieczorem oczy w dziennik i film po nim. Bułeczki były jedyne w swoim rodzaju, no a dzieci szły spać po 19 kiedy wieczorynka dobiegła końca.
Wiele się teoretycznie zmieniło od tamtych czasów kiedy dwa programy były wyrocznią i jeziorem kultury. Oczywiście drugi program był tam gdzie dochodził sygnał telewizyjny. Antena wyłapująca sygnał ówczesnego WIFI  była tak samo ważna jak odbiornik. W czasie ścierania kurzy trzeba było ją odłożyć na to samo miejsce. Moc sygnału okna na świat.
Było minęło? Niekoniecznie.
  Nie praktykuję gapić się ludziom w telefon, ale czasem się zdarza. Nawet przypadkiem, kątem oka w kolejce czy poczekalni do czegoś tam niezmiernie ważnego. Tekstu nie czytuję i odwracam wzrok, ale barwa sama wpada dwoma kolorami tej tęczy przekazu. Co ciekawe w większości przypadków jest to kolor niebieski z białymi połaciami. Ciekawe jest to że dotyczy to większości ludzi. Wszyscy klepią fejsa.
Tak więc historia zatoczyła koło pomimo technologicznej miniaturyzacji, powszechności i nie limitowanego dostępu.
Szklana pogoda została zamieniona na fejspogodę.
Resztę sobie można dopowiedzieć oglądając teledysk Lombardu. Najlepiej w oryginalnej pierwszej wersji. Będę nowoczesny i wkleję link, czy może linka. Nie wiem. W moich okolicach wychodziło się "na dwór" ,a tu gdzie piszę wychodzi się "na pole".

https://www.youtube.com/watch?v=SCrR7od_fck

czwartek, 5 października 2017

Sztachetą w płot

Zbierając sztachety słów walające się po przestrzeni dnia, której wibracje wyłapują moje zmysły, czasem wolał bym być chociaż troszkę głupszy.
Stare dziecinne przysłowie powtarzane jak mantra na korytarzu brzmiało: "pierwsze słowo do dziennika - drugie do śmietnika". No i po kilku dekadach infiltracji życia dochodzę do wniosku że jest to po prostu jakaś tam dowolna ludowa interpretacja jednej z wielu teorii Freuda. Bo wszelakie
przejęzyczenia, puszczone bez hamulców pełne zdania, i inne luźne zawijasy słów duszy, które wylatują chcący lub niechcący z ust mówią o nas same za siebie.
Wylatują szybko. A potem dłuższą postojówką komitetu osiedlowego, czy innej kilkuosobowej zbieraniny są usilnie prostowane. Prostowane lub zaginane celowo tak, by wybielić się z czarnego lub zaczernić całą biel wylaną może nawet i mrugnięciem oka.
 I pomyśleć że cały ten krótki monolog wywołało u mnie jedno rzucone w drzwiach zdanie:"z przyzwyczajenia wzięłam więcej".
Jak je odczytać? Czy tak że ktoś lubi bardziej słone, mocniej kwaśne, czy extra ostre?
Czy może po prostu że jak jest czegoś więcej, czy za pół darmo, to trzeba brać ile wlezie. Nawet jeśli przy wiosennych porządkach trzeba będzie wyrzucić do kosza, bo nam się zemdliło jeszcze szybciej niż upłynął termin ważności.
Oczywiście to tylko teoria, ale odkąd z kupy śniegu pod moim domem, w środku zimy ktoś zabrał sobie łopatę do jego odgarniania /pomimo że była stara/, to ja już chyba zawsze będę szukał drugiego dna.