Popularne posty

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Najlepsza fotografia świata

Będzie idealna.
Bezpośrednia w swym przesłaniu i piękna w prostocie.
Osłodzi ją światło, a wypełni przesłanie.
Zamknie usta malkontentom i ukaże prawdę o życiu.
Będzie autentyczna i nie aranżowana.
Spłynie emocjami i rozszerzy światopogląd ludziom słabej wiary.
Dotknie absolutu, wręczając obrazem argumenty prosto w oczodoły.
Wyciśnie wodę z dna oka, i zrosi potem skórę.
Nie pozwoli zapomnieć, ale schowasz ją w ulubionej książce.
Wygra każdy konkurs, bo inni sami wycofają swoje prace.
Sensowi jej przekazu towarzyszyć będzie uczucie.

Tak. Taka będzie i w sumie to już ją zrobiłem.

Tylko ściśnięte serce, łzy w gardle i przyzwoitość za nic na świecie nie pozwoliły mi unieść aparatu...

Wsparcie taktyczne / BAJKI vs FAKTY new

Walcz !
Stań twardo i patrz w oczy wybijając z rytmu dzielność sztormową przeciwnika.
Dmuchnij spojrzeniem na narzędzia jego walki i poznaj kształty którymi przeprowadzi atak.
Pracuj całymi płucami wzniecając ogień w swoich tłokach.
Poczuj jak stajesz się energią i mknij w niego, swymi wichrami miękkich ruchów.

Będę twoim cieniem szepczącym zaklęcia których moc uśpi jego umysł.
Rozłożę skrzydła których krańce ujrzysz kątem oka.
Popchnę ramiona całą swoją mocą i spotęguje wszystkie ciosy.
Osłonie przed wszystkim co mknie w twoją aurę.

Stanę po prostu za tobą, a moja sylwetka w jego sercu wywoła trwogę.


..............................Tyle tytułem bajek.

Teraz fakty.

Wojownicy każdej maści, rodzaju munduru i wyznania przez tysiąclecia zawsze mieli wsparcie duchowo-mentalne, czy może nawet psychologiczne.
Niegdyś był to szaman, "czarownik", święty mąż, kapłan i każda inna osobowość która potrafiła rozpalić serca i umysły do skutecznego działania, walki, przetrwania itd.

Jednostki te wykorzystywały  wszelakie techniki manipulacji jak i po prostu uderzali w czuły punkt swoich podopiecznych by ich zmotywować do działania.
O ile słowo "manipulacja" na ogół ma wydźwięk negatywny, to manipulacja ukierunkowana na wzmocnienie człowieka może wywołać swego rodzaju cuda.
  Motywacja strachem ma krótkie nogi i będzie to po prostu "sumą wszystkich strachów" /cytując tytuł dzieła z 2002 roku /
10+10=20
Z kolei  motywacja pozytywna generuje postępy będące raczej iloczynem
 10X10=100
 ale   - kwestia co uczynimy żeby plus zastąpić znakiem mnożenia  /mały detal lecz znaczący /

 Wynik możemy powiększyć używając potęgi.

Co może być taką potęgą po zwycięstwie ?

Wkrótce coś wklepię.

inspiracja:
Film Faraon  w reżyserii Jerzego Kawalerowicza.
Dokładnie pierwsza godzina, dwudziesta druga minuta i jedenasta sekunda /1:22:11/


niedziela, 18 czerwca 2017

Nokaut techniczny

Klepiesz w qwerty i sypiesz.
Zdania same wpisują się w linie, które mają trafić do własnej głowy zawieszonej między fotelem a ekranem.
Kompletnie nie pamiętasz zasad interpunkcji i ortografii i tylko dzięki edytorowi "wujka Google" jakoś to układasz w całość.
Szukasz inspiracji i masz pustkę w głowie, a brzegi książek zapisane notatkami i wygniecione od ciągłego wertowania.
Wciąż powracasz myślami do treści które umknęły.
Szukasz wsparcia a otrzymujesz wiązkę analizy przecinkowo - myślnikowej z gramami pocieszenia że będzie kiedyś miło wszystko spić, jak się uda to poskładać.
Zakładasz najlepsze a wychodzi najgorsze.
Myślisz cały dzień a piszesz nocą.
Starasz się drżeć w nutach własnych emocji wylewanych na papier.
Wychodzisz na dymu mgnienie i patrząc na czerń rozświetlaną owadami pod latarnią doznajesz olśnienia.
Znajdujesz klucz który ubierze wszystko w ideał płynnej lawy słów.
Klucz jednak ma swoją cenę która pojawia się w myślach jeszcze szybciej niż on sam.
Zatwierdzasz ją czy będziesz owijać w bawełnę jego wartość ?
Chyba trzeba odłożyć odpowiedź na moment.
Jakoś to będzie.
Na pewno.
Tak jak zawsze.

Zwiadowca /1939/

Lot z widokiem na ziemię przesłoniętym przez formujący się wał niepogody nie jest miły dla zmysłu orientacji.
Gapisz się w przyrządy bez punktu odniesienia dla zmysłów i zerkasz do przodu czy przypadkiem nie mignie tam jakieś skrzydło.
Niebo jest ogromne, a cuda się zdarzają.
Nawigator jest nudny w obyciu, lecz to jak on postrzega świat pozwala dotrzeć do celu przeznaczenia.
Jego słowo jest prawem na pokładzie, a jeden szept ożywia najnudniejszy przelot w chmurach.
Czasem robi to dla żartu, mówiąc że sprawdza łączność.

Kiedy zarywasz każdą następną noc dla widoku świtu odbijanego na brzegach skrzydeł, w połączeniu z zapachem benzyny lotniczej, to wiesz że żyjesz.

Nie wiesz co zrobisz na ziemi, ale wiesz co przeżyjesz w niebiosach.

Zawsze na czas, i zawsze w progu okna czasowego. Tak wykuwa się latami płyn doświadczenia w mózgu, a to procentuje wynikami w...pracy. Tak. Wojna to nasza praca.

Silniki mruczą drganiami po brzegach kadłuba, a sen odchodzi wraz z ustępującymi chmurami, by pozwolić płynnie ześlizgnąć się w kaniony bitwy lądowej.

 Schodzisz na magiczny pułap, który pozwala dostrzec dynamikę walki i za moment widzisz jak bardzo jest dobrze, lub jak mocno źle. Czasem jest najgorzej. Szczególnie wtedy gdy błyskają niecierpliwie rakiety świetlne z wołaniem o pomoc.
Ich krzyku nie usłyszysz jeśli radiotelegrafista ma dziurę w głowie, a kwas z ogniw wypłynął przez otwory po kulach.
Ale to są najgorsze scenariusze...
Dziś po prostu szukamy. Szukamy ich cienia lub oddechu na połaciu leśnych gąszczy oplecionych drogami.
Każdy nasz krąg na niebie ma znaczenie, a każde mrugnięcie okiem może pozwolić przemknąć niepostrzeżenie ziemskim istotom które chcemy złowić w sieć.

Każdy szczegół ma znaczenie kiedy gra idzie o wagę naszego słowa puszczonego w eter.
Zaprzęgnięty do walki zmysł obserwacji wciąż węszy po leśnych duktach i ścieżkach, porównując jedną z drugą i starając się czasem samemu sprowokować ruch zwierzyny.
Jeśli ta jest niedoświadczona, to sama się zdradzi, skokami na tle brzozy lub rozchodzącymi się kręgami po leśnym jeziorku.
Dyscyplina maskowania dnia nie zawsze jest przestrzegana, a my szukamy tego niskim lotem, omijając sosny i dęby na polanach.
I zaraz to wychwycimy, by przywołać wilki w odcieniu zieleni całej eskadry bombowców.
Lot, jego płynna forma, powaga i gracja.
Gra pozorów niewinnego przelotu.
Kuszenie saren wiązką pachnącego sianka.
Jeszcze troszkę.
Momencik...

Jest, jest. Mamy go.

Jasna twarz z otwartymi ustami oderwana od świerku.

To muszą być oni.
W tej profesji każdy detal się liczy.
Szybko. Krótki ołówek na sznurku i rzędy cyfr spisane z mapy.
 
Tak, jest tak pięknie, co za zwycięstwo. Pora zagrać melodię wojny. Liczby na falach eteru, które zaraz przechwycą czułki szerszeni, z setkami kilogramów dynamitu pod kadłubem.

Pora wracać do domu.
Drążek w dłoniach pilota zmienia pozycję.

.............
kilkaset metrów niżej i dalej
..............

- Walczak, cholera jasna. Co wy tam robicie. Aeroplan lata bez przerwy. Niech was jasny......Zaraz wam się dobiorę do skóry...

- A nic. Panie rotmistrzu,  ja tylko siku....



Taktyczne zwycięstwo. /1939/

 Artyleria zamilkła by nie razić bratobójczo własnych okopów, i samemu przygotować do walki twarzą w twarz.

  Konie po pierwszym skoku intuicyjnie zwolniły, umożliwiając  swobodnie władać bronią i siec bezlitośnie tych którzy rzucili się w panice tam gdzie nogi poniosą.
A te poniosły ich dziesięć metrów dalej by paść martwymi zanim ich ciała zastygnął w letargu.
Cwał wzmocnił ducha chmury, lecz w spotkaniu z pierwszymi przeszkodami osłabł i rozproszył rwącą rzekę pomiędzy kamieniami walczących do ostatniej kropli strzały.
  Lanca gasi rozmowę dwóch podoficerów, a szable otwierają przestrzeń na karku, tuż pod hełmami uciekających z okopu....tak, z okopu wyjdzie i może wydawać się że ucieka lecz jeśli będzie nietknięty to za moment złoży się do strzału i z precyzją ogarnie nas jednym a dobrym strzałem w plecy czy też zad.
 Jedni sieką na odlew, a inni z precyzją nabijają piórem to wszystko co stanie im na drodze.
Liczy się efekt.
Zmusić do zejścia w parter, i najlepiej tak, by usnął.
Właściciele pistoletów grzeją z nich dopóki starczy w nich pestek, a potem pozwalają zawisnąć spokojnie na rzemieniu i kontynuują walkę ostrzem lub mknął za stadem.
Ten kto ma na tyle sprytu i opanowania używa długiej broni zamieniającej głowy w rozpryśnięte na trawie melony.
 Jedyny krzyk jaki słychać to zawodzenia i prośby o litość, ale trudno ją mieć kiedy widziało się dzień wcześniej efekty nalotu wezwanego lotnictwa.
Tętent zagłusza bitwę której cały charakter to dynamika na przestrzeni kilkuset metrów.
Apokalipsa oddala się, mknąc ku zbawiennej plamie lasu na horyzoncie.
Formacja zaczyna miękko falować by zmienić taktycznie kształt i dostosować prędkość do zagrożenia które wkrótce spadnie z nieba.
No i najważniejsze: nie zatrzeć silników gorących maszyn.

Spóźnieni jeźdźcy doskakują to rozbitego pogorzeliska którego obsada rozprysła wraz z ciśnieniem walca pędzących ciał.

Karabiny maszynowe zrobiły swoją pracę i przetrzebiły ułanów na tyle ile pozwoliła długość taśmy amunicyjnej w skrzynce oraz nerwy celowniczego.
Większość nie wytrzymała presji prawdy celownika pokazującego co ich za moment zaleje i rzuciła się w tył lub schowała w kąt ziemianki czekając aż burza minie.
  Na to tylko czekali  fałszywi maruderzy by spokojnie odstrzelić zajmującą się obracaniem swoich maszynek obsługę, spojrzeć z perspektywy jeźdźca w przepaść okopu i rzucić tam granat czy po prostu rozgonić szablą resztki świadomości wroga próbującego uruchomić sponiewierany sprzęt i działa.

Co prawda nie jednego z jeźdźców oplotło winogrono wroga które po zrzuceniu go z konia dało poczuć smak porażki, lecz to tylko epizody w tym pogromie złych krasnoludów przez elfią konną elitę.

Ogon zrobił swoje i zamiótł ślad za pędzącą nadzieją, tak by w kilwaterze nie pozostał żaden świadomy statysta z wolą walki.

Wicher wieje. Na jeden "gwizd Kmicica" dzika ariergarda zaczyna mknąć, rozpływając się w opadającym pyle wznieconym kopytami...

Fala płynnie dalej...

.................
Tysiąc metrów wyżej, piloci eskadry szturmowej rozpoczynają pracę sterami.
Suchym trzaskiem radiostacji usłyszeli tylko jedną komendę..

- Schodzimy. Pojedyńczo.
 

czwartek, 15 czerwca 2017

Zasypało mnie życie.

Zasypało mnie życie.
Całe sterty dachówek doświadczenia, tynki wizerunku, cegieł emocji i belek etyki. Belki są najgorsze. Zawsze uważałem, że są nienaruszalne, a jak się okazało były iluzją, którą sam pomalowałem farbą złudzeń.
No i na koniec wszystko oplotły rulony pięknej tapety.
Zawsze na łeb na szyję.
Żeby choć raz pod nogi.
A to nie. Wszystko na łeb.
Dobrze, że mam atestowany kask.
Na to wszystko zwalił się pył słów i dym bluzgów.
Okrasiło to całe wyposażenie życia, które jak się okazało zbierałem całkowicie niepotrzebnie.

Do całości doszedł gaz, którego woń wciąż dostarczana do mojej rozbitej makówki potęgował tylko grozę. Dobrze że ciśnienie spadło wolą dystrybutora ognia w płynie.
Jedna iskra mogła dokończyć dzieła.
Ratunku pomocy !
Leżę na dnie.
Może zacząć kopać ? Hmm, mam za dobre fundamenty. Sam je zalewałem latami nie bawiąc się w złudzenia, że ktoś mnie w tym wyręczy.
I zadbałem żeby to nie był "fakturowy dolomit".
Lałem je z beczki życia. Podpisując faktury za beton własną krwią i płacąc plikami banknotów mokrymi od potu moich dłoni.
Najważniejsze, że nie były to zdewaluowane falsyfikaty.

Co dalej zrobić z tym targowiskiem różności, które rozrzucił podmuch losu ?


Teraz miej tyle siły żeby wszystkie te cegły podnieść plecami, co na pewno wywoła ich ból a za 10 lat odczuwalne zwyrodnienia, albo użyj tryptyku  intelektualnej mieszanki rozpuszczonej w testosteronie tłumiącym złudzenia.
Tylko pamiętaj, że nie wiesz czy  czy spadające pod naporem Twojej wewnętrznej siły elementy z tego wraku życiowej katastrofy, nie uderzą w głowę. Pogorszy to tylko temat.
Może w tym zwałowisku zawołaj o pomoc.
Przyjdzie ktoś i odkopie ten syf.

Odkopie i poukłada w stosy.
Podzieli cegły na te nadające się do dalszego wykorzystania, a inne wywali z łoskotem w niebyt.
Albo chociaż je przykryje plandeką, żeby wiatr życia nie rozdmuchiwał z ich brzegów dawno osiadłego pyłu.

A Ty po prostu pójdziesz dalej. Cały wolny. Ku nowemu.
Albo weźmiesz nowy kredyt od losu  i ogarniesz ten cały bałagan, siłą którą masz w sobie.

No i w sumie, tak na koniec.
Dobrze, że byłeś ubezpieczony.
Nie na  życie. Bo pieniądze nie mają za dużej wartości dla osoby inteligentnej.
Jeśli one nie są celem samym w sobie to zawsze znajdą się same na Twojej drodze.
Ubezpieczony światem alternatywnym.
Pora tam się schować aż wszystko wróci do normy.

A może te gruzowisko to był świat alternatywny, i teraz po prostu ja sam wracam do życia.

Powodzenia.
Szosa czeka. Ona jest wieczna.
I nie spotkajmy się tam za szybko...
Cytując genialnego autora opowiadania SF "tam gdzie asfalt jest zawsze długi i prosty"
On będzie zawsze.

W warsztacie siłowni  życia trzeba dobrze przepracować, to co jest nam dane.

Przyszła. Głodna bestia;)

Oparła się o szybę w oknie. Drapać w drzwi nie będzie bo to poniżej jej godności, jeszcze złamie sobie pazurki.
Piękne oczy wodzą za moim cieniem który pojawił się kuchni.
Znam porę kiedy przyjdzie, zawsze regularnie i niby spontanicznie.
Lubi to, kiedy moje oczy podziwiają jej kolory na gibkim ciele.
Czasem zamruczy swoim głosem który usłyszę przez uchylone okno, a kiedy drzwi są uchylone wsunie się w nie bez grama wstydu. Ale w korytarzu coś tam niby od niechcenia zanuci, żeby nie wyjść na niegrzeczną istotkę.
Popatrzy się na mnie i nawet nie mruknie bo wie doskonale że dostanie to czego chce.
A chce konkretów bez jakiś tam mizianek, głaskania futerka i noszenia na rękach.
Cała ona. Bezkompromisowa ale uprzejma w regularnych wizytach.
Niby dzika i robi co chce, ale lubi sobie zmrużyć oczy tu gdzie czuje się bezpiecznie. Czasem zanocuje.
Zdarzy jej się podejść po cichu, niby od niechcenia i zakręcić całym, delikatnym ciałem, kiedy uzna że można ją delikatnie popieścić dłonią...
Zdecydowanie i po męsku ale bez natręctwa i zbyt dużej siły.
Tak żeby poczuć ten ujmujący męski pierwiastek, który daje miłe doznania, ale nie tak nachalny kiedy ociera o grubiaństwo.

Pokręci się po pokoju, pomruczy, coś zamiauczy w swoich zaklęciach by jednocześnie zbliżyć się do drzwi które sam otworze z przyjemnością.
Wiem że wróci. Jest niebezpiecznie słodka.
Uwielbiam ją.


Tak. Moja biała kotka stanęła na parapecie bo przyszła coś zjeść.
Cały dzień chodziła po ogrodzie i okolicy.
Pewnie znowu coś złapała i przyniosła na trawnik.
Muszę dokupić saszetek bo się kończą.

Kariera Nikodema Dyzmy razy cztery plus jeden

Genialna książka.
Powstały też ekranizacje. Całe trzy. No i książka. Czyli cztery. Bo książka to też film ale odtwarzany w wyobraźni.
Najlepsze jest to że w każdej z głów inaczej.
To z kolei powinno generować dyskusje.
Ale teraz się nie dyskutuje, tylko ogląda FB i wali lajki czy może łapki w górę.
A co do dyskusji. To chyba najbarwniejsze i najbardziej autentyczne zobaczymy na ławeczce w filmowym "Ranczu". Fanem nie jestem ale takie są fakty.
W realu nikt prawdy teraz nie powie. Same triki i uniki. No chyba że z doskoku i w biegu.
Taki przypadkowy spontan dwojga ludzi. Wtedy fajnie jest uchwycić prawdy nić która splata golf naszego życia.
Potencjalny dyktafon zabija spontaniczność.
Każdy waży słowa i dziesięć razy używa "backspace" w czasie pisania e-maili.
Wyrwane z kontekstu zdanie może zrujnować karierę i opróżnić kieszeń. O opinii nie wspomnę.

Plus jeden to inspiracja książki. A co było moim zdaniem inspiracją ? O tym na koniec.

Każdy z Nikodemów to jakaś tam forma rozliczenia. Kto i  z kim się rozliczał to chyba łatwo odgadnąć, sprawdzając kto wtedy rządził a kto był poniewierany.
Każdy z Nikodemów jakoś nieciekawie skończył lub był nieźle potargany. Łącznie z autorem powieści drukowanej w odcinkach który przeżył swoje chwile grozy.

Pierwszy Nikodem stanął na krawędzi kompromitacji kiedy ktoś powiedział: sprawdzam.

Drugi odjechał w kierunku lasu w towarzystwie smutnych panów w melonikach o twarzy Brunera, po odrzuceniu propozycji która nie była do odrzucenia.

Trzeci był tak samo autentyczny jak pierwszy lecz na moje wyczucie, to ta piękna i dopracowana w najmniejszych detalach scenografia była przytykiem dla prowadzenia się ówczesnych elit.

Czwarty o mało nie wyleciał w powietrze, i jakoś tak zrobił, że wszystkich wykiwał bo skrył się za własną wielkością.

I tu powstaje pytanie.
Czy nie jest czas aby wystrzelił piąty ?
Mamy ultra nową rzeczywistość i dziwnie pięknie zapowiadającą się przyszłość.

A że pojawi się kolejny prawdziwy Nikodem - tego też nie wykluczam.
Nikodem jakiego by imienia nie był zapewne w odróżnieniu od innych jego poprzedników jest choć troszkę oczytany i wie jak skończyli jego, co prawda nie istniejący w rzeczywistości, ale bardzo autentyczni poprzednicy.
  Jaką drogę wybierze ?
No z pewnością każdą inną, bo żadna z wymyślonych nie daje gwarancji przetrwania...


A co do inspiracji tej zacnej powieści oznaczonej w tytule "plus jeden"
Ciężko mi nie zauważyć nici między "Rewizorem" Mikołaja Gogola.
Obie pozycje są zresztą całkowicie aktualne do dnia dzisiejszego.
No i warte polecenia w każdej kolejności czytania ich.


Moja inspiracja: https://pl.wikipedia.org/wiki/Kariera_Nikodema_Dyzmy

wtorek, 13 czerwca 2017

Przełamanie /1939/

Oni są przed nami.
Drogi okalające las zablokowano  ostrzałem lekkiej artylerii, a nad nami mały samolocik zataczający kręgi, ułatwiające obserwatorowi wewnątrz kokpitu spokojne nanoszenie naszej spodziewanej pozycji. Przekaże je za jakiś czas lotnictwu bombowemu które już ustawia przepustnice mocy na maksimum.
Ich ludzie opletli nasze schronienie pętlą żelastwa, opon i skrzydeł.
Nie wymknie się ani grzywa, ani rzemyk sakwy na siodle konia.
Czekaliśmy przy radiostacji na głos z oddali i nic. Tylko jęki szumów, zawodzenia o podobnej sytuacji i steki bzdur o tym że idzie, że przeszła, że będzie, i zaraz i już.
Całe szczęście że akumulatory padły i można było spokojnie zakopać ten przekaźnik złudzeń co przypominało bardziej pogrzeb kiedy podpisywano protokół zniszczenia i miarowo rzucano piasek na podłużną obudowę. Słuchawki na trumnę i kilka gałęzi na grób żeby nikt nie znalazł.
Tylko kto tego będzie szukać kiedy to my jesteśmy na celowniku a nie nasz sprzęt którego całe połacie wala się po zwarciu tytanów na polach chwały.
My uszliśmy z fantazją i szczęściem, ale tylko po to żeby zostać punktem na mapie w ich pokoju sztabowym. Punkt trzeba sprawdzić dokładnie izolując i obserwując, bo każdy z analityków uznał iż tylko tam można było uciec pod osłoną nocy, dzięki ofierze setek hełmów walających się po szutrówkach i polnych drogach.
Idzie na deszcz, z nieba schodzi noc i kolory wyostrzają się niezauważalnie, dzieląc zieleń na wszelkie jej odcienie.
  Niemożliwie zielone połacia mchu między sosnami, rozjaśniane wstającym dniem do granicy paradoksu piękna, odciągają uwagę od sytuacji która balansuje na granicy tragedii i patosu.
 Wszystko oplatane parą z końskiego pyska i dymem skręcanych na własnym kolanie papierosów. Taki obraz jest wkoło gdzie okiem nie rzucisz nawet od niechcenia.
Ewentualnie jakieś trójki na zmianę trzymają hełm wypełniony wodą, brzytwę i lusterko żeby wygładzić lico które za chwil kilkanaście wysmagane deszczem, pomnoży rozkosz pędu na twarzy smaganej wiatrem.
Całość zrosi kapuśniaczek zmieszany z potem żebyś czuł że walczysz życiem.

Nikt nie je bo to nie czas ani pora na poranne rytuały.
Zresztą kuchni nie ma i nie będzie. Bo nic już nie będzie. Biała flaga albo przełamanie. Oni czekają na flagi a my rozważamy gdzie im te flagi wsadzimy złożywszy wcześniej w kostkę.
Nikt nie ma ochoty jechać za koło podbiegunowe by grać w niedźwiedziem w kręgle własnym ciałem w charakterze kuli śnieżnej lub gnieść prycze w obozowych kazamatach baraków.
Do wyboru do koloru. Okrążenie przez czarne i czerwone, a wszystko w zasięgu salwy baterii armat z drewnianymi drzewcami kół.
Wspomniane drzewce znaczą drogę naszej klęski, powbijane często i gęsto w końskie truchła gdy dzienny marsz splótł się z wieczornym pogromem z niebios, mieszając byt istot wszelakich naszej armii w pobojowisko usłane ciszą.

Wymiana pergaminami testamentów lub ostatnie szlify szabel żeby cięcie poszło gładko.
Jeden klęczy po cichutku a inny dmucha w łódki z amunicją.
Ktoś przeładowuje VIS-a a kolejni już wsiadają na nie mechaniczne konie.

Atmosfera gęstnieje wraz z zapełniającymi się potokami ludzi na koniach zmierzającymi ku widniejącemu w oddali skrajowi lasu za którym jest tylko droga w jedną stronę.

Doraźne obozowisko opustoszało świecąc pustymi skrzynkami i zapasowymi siodłami które nie są teraz nikomu potrzebne. Żegnają je tylko końskie zady wszelakiej maści, które omiatane włosiem ogonów nikną w labiryncie sosen.

Pożegnanie lata. Kossak by się nie powstydził takiego pleneru, ale dla części jest to ostatni plener wojennej służby. Ani ciężkiej, ani lekkiej - po prostu innej. Wojennej.

Prychanie i sapanie, jakieś pojedyńcze okrzyki zniecierpliwionych ułanów, a na dokładkę kompletnie idealna formacja na której może wzorować się nie jeden regulamin działań bojowych.

Komendy nie są potrzebne. Instynkt stada wilków w potrzasku sam nas ustawia w misterne linie i zawijasy taktycznych rozłożeń szwadronów.

Druga strona wie doskonale że nadejdziemy i już pruje pojedyńczymi seriami smugaczy żeby sprawdzić broń która za chwilę ma zatrzymać walec koni i ludzi z połacia lasu który styka się tu z łąkami, ścierniskami i świeżo zaoraną ziemią.
Teren jest rozległy a nasze mrowie zapełni ten stadion już za moment.

Fala tsunami rusza bez szmeru nabierając tępa na pierwszych dziesiątkach metrów przyszłego pobojowiska.
Brzegi zrównują się i układają w równą linię, z której po pierwszej setce i minięciu ostatnich zakrzaczeń wybucha jeż szabli uniesionych w pozycji która zapewni celne cięcie po którym nie trzeba będzie poprawiać.
W środku pędzącej armady ktoś dzierży lancę którą miał od tygodni w swoim arsenale.
Tętent wzmaga się do nieznośnej kakofonii potęgowanej echem roznoszącym je po okolicy.
Galop zamienił się w cwał i zmierza już tylko ku szaleństwu by skrócić dystans tak szybko jak to tylko możliwe.
Zdawało się że ten stan upojenia walką osiągnął już apogeum, ale właśnie wtedy z setek ust wyrywa się gardłowy okrzyk który w tej jednej chwili zamienia wojownicze mrówki w jeden pędzący byt.
Każdy to czuje. I zwierzę i człowiek. Oni są jednością.
Chmura pęcznieje by dać sobie możliwość manewru i swobodę cięcia a hałas zamiast słabnąć tylko potężnieje wraz z każdym nowym tchnieniem i  powracającym echem.

Nikt nie zwraca uwagi na fontanny wybuchające co raz na drodze szarży i w jej szeregach.
Serie smugaczy omiatają ugrupowanie ale zdenerwowany celowniczy jakoś nie może zebrać myśli.

Wrogie pozycje rosną w oczach a czyjeś otwarte usta schowane za workami wypuszczają karabin z wrażenia.

Hałas, skracający się dystans i błyszcząca stal uniesiona w górę to obraz tego tornada woli przebicia się przez okopane pozycje nieprzyjaciela.

Emocje w siodłach nie istnieją, tam jest tylko instynkt żołnierza i uczucie wiatru pod hełmem.
Nawet nikt nie czuje łez które wiatr wyciska z oczu.

 Widzisz go....stoi bez hełmu i krzyczy komendy swoim kompanom...
 Mocno gestykuluje żeby podkreślić wagę swoich słów...

Jest twój. Zaraz machniesz. Raz a dobrze, ścinając kark. Trzcinę jego życia.

Przelejemy się, to tylko kwestia sekund...




inspiracja:https://pl.wikipedia.org/wiki/Szar%C5%BCa_pod_W%C3%B3lk%C4%85_W%C4%99glow%C4%85


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Trasa

Ona czeka, już czas ruszyć. Przed moim autkiem setki kilometrów.
Jakie one by nie były. Te kilometry czy pojazd.
Dystans nieporuszony czeka.
Naprzód, powoli, nie za agresywnie bo jeden krawężnik może przemienić  szwoleżera w mechanika samochodowego lub  letniego autostopowicza który gestem, słowem, ułożeniem plecaka, odpowiednim strojem czy odpowiednim napisem na kartce skusi hamulce i  dojedzie zawsze gdzie potrzeba słuchając opowieści kierowcy. Znajdzie też swoją historię lub poczuje jak żyje świat.
Jak wygląda życie na wschodzie, czego naprawdę chce od nas Europa…
Ten który zatrzymuje chce dotrzeć a ten który staje chce mówić. Opowiadać, wylać swe myśli nieznanej osobie której nigdy już nie zobaczy.
Miejski traffic okraszony brzmieniem Chili Zet. Ale za moment spokój i monotonia jazdy niknie tak jak nikną fale tej muzyki w eterze gdy oddalam się od rozwijającej się aglomeracji.
Pragnę wjechać na blues autostrady i jej niekończącą się przestrzeń, zobaczyć jej pustynię i mijające mnie piękne szybkie auta książąt życia i ich bananowych dzieci.
Ale tym razem dany mi jest jazz drogi krajowej.
Przecinając szlak tirów które mkną jak potężne słonie, a każdy z nich ma wymalowaną historię na burtach lub w migoczących diodach. Jedne na wschód, inne na zachód.
Który z nich wiezie nadzieję w sercach schowanych pod paletami uciekinierów do lepszego świata, a który dobrze przymocowany ładunek będący gdzieś tam za wschodnią granica czyimś interesem życia. Prawdy nie zna czasem nawet kierowca któremu już wszystko jedno bo droga to jego życie. Droga to wolność.
Odbijając od prowincjonalnego ronda zanurzam się w Polskę. Mijam samotnych nomadów na pięknych motocyklach, którzy czasem zbijają się w grupy by dotrzeć do swoich weekendowych oaz.

Wyprzedzające mnie lśniące rumaki które i tak stoją wraz ze mną przy następnych leżących zebrach.

Co raz to liczę kolejne symbole tragedii ozdobione świeżymi kwiatami, już zakurzonymi wieńcami których ktoś nie ma jak poprawić lub ból mu nie pozwala by wrócić w to miejsce gdzie jego druga połowa spotkała przeznaczenie.
Grzybiarze patrzący z nadzieją na zbliżający się pojazd by zwolnił i dał im chleb.
Zaradni obywatele  z jagodami snujący między sobą barwne melodie życia,lecz gdy auto stanie liczący na to że wybierze właśnie ich owoce. A mało kto wie że każda z tych osób zna historię najbliższego odcinka drogi, bo droga tak naprawdę jest jak koryto rzeki a auta są jej nurtem i wypełniają ją jak woda.
I dalej mknę starą drogą która nieudolnie udaje nową pięknymi odcinkami nowej nawierzchni które i tak za rok czy dwa rozsypią się i uzupełnią łatami pod naporem masy aut.
Dalej, szybko.
Co i raz to czarne blizny opon znaczące czyjąś walkę o życie.
Kradnę czas drodze pisząc wiadomość lub zatrzymując się na przystanku by pochłonąć gramy spalonego tytoniu.
Dzień się skraca, noc wydłuża a licznik rośnie nieubłaganie pod naporem zmielonego kilometrażu.
Nie dać zaskoczyć się nocy, nie zasnąć z otwartymi oczami.
Włączyć radio do granicy bólu w uszach lub odpalać jeden żar od drugiego.
Wszystko byle nie zasnąć. Byle mknąć.
Zaklinasz noc nie patrząc na zegarek który i tak żyje własnym życie. Zawsze zabraknie godziny która umknie gdzieś na przydrożnym przystanku kiedy rozłożony fotel przytuli zmęczone plecy herosa.
Już zaraz, coraz bliżej. Ostatnia dziesiątka, pierwsze oswojone drogowskazy. Nic się nie zmieniło a czujesz jakbyś wracał w nowe.
Dobijasz, zwijasz żagle, rzucasz cumy, gasisz silnik.
Tli się lont żarówki w kuchni z kanapkami czy cztery łapy biegną na spotkanie?
Domowe przedszkole rusza po łupy w twoich dłoniach czy wieczny foch mruczy coś o potrzebach i oczekiwaniach?
A może tak po prostu już nie ma kto czekać bo wszyscy odlecieli w świat a ty byłeś w ich gniazdach.
Boisz się powrotu do  jaskini czy jedyny kto cieszy się na twój powrót to pies i mruczące koty?
Ktoś cały w szronie życia na włosach czeka z wrzątkiem na stole i pyta jak było?
Ogień wyje pod piecem czy ty płaczesz w jej ramionach?
Odnalazłeś siebie czy płaczesz ze śmiechu?
Wyliczanka może trwać pół nocy.

Miłej podróży.

 lipiec 2013 - czerwiec 2017

Papieros

Co jest najlepsze w długim papierosie?
Daje złudzenie że się nigdy nie skończy. Można go spokojnie zapalić i delektować się dymem, czuć jak wchodzi w płuca, wypełnia je i rozchodzi się po nich…
Wieczorem przegoni komary a zimą ogrzeje opuszki zmarzniętych palców…
Najlepiej smakuje po treningu kiedy już złapałeś oddech lub nawet go nie straciłeś tylko czujesz jak jesteś napompowany pozytywną energia endorfin w ciele, a jeśli dałeś z siebie wszystko i jesteś zadowolony ze swych wyników tylko Cie uspokaja lub daje jeszcze lepszego kopa…
Gdy jest źle pozwala zapomnieć i daje skupienie na nim samym, a gdy się wszystko klaruje to przestaje smakować i daje posmak piasku w ustach, wtedy wiesz że idzie ku lepszemu bo to tylko nałóg który w nadmiarze sztucznie uspokaja i odwleka w czasie trudne i ważne decyzje…
Najgorszy jest stan gdy endorfiny po wysiłku tylko wyostrzają Twój spokojny osąd, i zmęczony już wiesz jakie są fakty. Gdy ten wysiłek nie zagłuszy prawdy, złości, bezsilności i bezradności. Wtedy papieros znowu pomaga żeby troszkę zaćmić te spokojne rzeczowe wnioski…Ale pomimo plusów i minusów najprzyjemniejsze jest po posiłku siedzieć wieczorem na balkonie z bliską osobą i wspólnie sączyć jedną „fajkę” aż do końca, powoli wypuszczając dym…milcząc i mając banana na buzi i spokój w sobie…
/lipiec 2013/

sobota, 10 czerwca 2017

Zaległem

Leżę i kwiczę. Kurczę się w sobie i szukam kontaktu ze swoim ciałem które zaczyna działać niezależnie od mojego mózgu. Przyciskam twarz do ziemi i otwieram usta żeby nie ogłuchnąć ale natychmiast zapełniają się tym co niosą podmuchy eksplozji.
Środowisko naturalne odrywa się od podłoża wyrywane ze swej macierzy ciśnieniem rozrywających się stalowych stożków.
Nad dźwiękowe i wybuchowe, pędzące bez opamiętania, dzieci boga wojny - artylerii. Naprowadzane z precyzją mistrza obserwacji który spokojnie i bez emocji dyktuje swoim środkiem łączności szeregi cyfr opisujące metematycznie środowisko w którym porusza się siłą żywa. Czyli my. Wszystko to co widzi własnymi oczami, tym co umie obsługiwać i  usprawnia jego wyjątkowe zmysły.
 Leżący pokotem intelekt niszczony prochem niesionym w miejsce przeznaczenia mocą wyuczonych w szkolnej ławce formułek. Tak. Uczyli go w dobrej wojskowej szkole. Pomylił się tylko z drugą salwą. Była kompletnie niepotrzebna ponieważ pierwsza zmiotła  z drogi cały środek ugrupowania co skutecznie nas rozdzieliło na trzy. Jedna część w niebie, a druga i trzecia leżąca tam gdzie zaskoczył nas zmasowany ogień.
 Co robić? Uciekać ? Dokąd ? Z boku same miny jak pokazał przykład kilku kolegów leżących teraz  w agonii pośród drzew zroszonych ich wnętrznościami. Z tyłu grzmi gąsięnicowy pościg a z przodu rzeka którą mieliśmy pokonać  pontonami. Nasze dmuchańce taktyczne niósł oczywiście  środek zielonej karawany.
Co prawda czoło ugrupowania dotarło już do rzeki, ale nic to nie wnosi. Ich przyjęcie słychać tchnieniem wielkokalibrowego karabinu maszynowego który nie należy do nas. Wypluwa szerszenie pocisków smugowych żebyśmy wiedzieli co nas zabija. Tam też na nas czekają. Gęsto i często sieką po linii brzegowej prosto w tych którzy wpadli na pomysł ewakuacji wpław.
Zaryzykowaliśmy i się nie udało. Rajd za linie wroga się udał. Wzięliśmy jeńców. Powrót niekoniecznie. Zasadzka.
Taka z jajem. Perfekcyjna i zaplanowana. Obserwator znający teren jak myślę. Mamy przecież noc.
Musi mieć jakieś czujki lub pomocników. Ewentualnie gość jest bardzo cwany oprócz tego że mądry.
Tak się kończą głupie żarty.
 Ostrzał trwa.
Co prawda zmalał w swej intensywności lecz nadal jest odczuwalny i coraz bardziej skoncentrowany na poszczególnych odcinkach naszego cmentarza.
Ktoś obok ryje w ziemi łopatką, żeby tam czekać na rozkazy co będziemy robić dalej, a przede wszystkim szuka osłony przed odłamkami które grasują po pobojowisku.
Nic nie słyszę. Wybuch w moim bliskim sąsiedztwie zrobił swoje. Jedynie odczuwam całym ciałem głuche tąpnięcia i podmuchy. Ewentualnie coś mnie trąci w hełm i to nie są nietoperze tylko wprawione w ruch kamienie, gałęzie no i wszędobylska stal odłamków.
 Kątem oka widzę białe serpentyny wszelakiej maści opatrunków wylatujące w powietrze razem z medykiem i jego doraźnie zorganizowanym gniazdem rannych których starał się ogarnąć sam jeden.
Marny trud, a doczesne szczątki jego spadają na me poranione ogniem dłonie.
Kleszcze są na nas, a my już dogorywamy. Dowodzenie załamało się i pozostaje instynkt przetrwania.
Już widać sylwetki wozów bojowych sunące wraz ze szturmującym nocne niebo pierwszym brzaskiem. Wyszkoleni przeciwnicy wpierw strzelają a potem powoli jadą. Po co ryzykować?
Wystrzelają nas, rozjadą, a potem zakopią wozem zabezpieczenia technicznego wyposażonym w potężny spych.
Ucieczka. Jedyna skuteczna procedura.
Ranni też próbują, ale tylko do większych lejów, gdzie liczyć będą na litość a otrzymają wiązkę granatów z przekleństwami jako ostatnie pożegnanie.

Biegnę ile sił w nogach starając się kluczyć między lejami i zmylić ewentualnych strzelców w których zasięgu wzroku już jestem. Ktoś mądrze odpala świecę dymną która pozwala złapać gramy nadziei w sercu i nie pozwoli dostrzec naszego sprintu do rzeki.
Potykam się o czyjąś odciętą odłamkami głowę i widzę granatnik przeciwpancerny którym mógłbym na chwilę osłabić zapędy gończych psów. Niestety jest cały pogięty choć wciąż załadowany.
Trudno, nic to. Damy radę.
Kolejne potknięcie zamiata mnie w pobliże zabitego łącznościowca, no i przez moment chcę zaryzykować ostatecznie by otwartym tekstem podać w eter co tu i dlaczego się stało, żeby wiedzieli, bo pomóc to nam już nie pomogą.
Dziura w jego ciele z której wystają elementy radiostacji nie daje złudzeń na dobre rokowania po zespoleniu ciała i elektroniki w jedno na współczesnym polu walki.
Pozbywam się po drodze hełmu i tego co teraz ciąży zamiast pomagać bo i z kolei długo tak obciążony nie utrzymam się na powierzchni wody do której zamierzam dotrzeć, dobiec, dopełznąć.
I tak to właśnie wygląda.
Kilkanaście robaków jedynie z długą bronią w umorsanych facjatach leżących w kilkunastometrowych odstępach na brzegu rzeki którą płynie spokojnie kilka ciał.
Ogień tężeje. Amunicja się kurczy do postaci połowy magazynka na trzech.
Ktoś nerwowo rozgląda się wkoło zastanawiając się zapewne czy przeciwnik nie zmieni zdania i nie weźmie jeńców. Zresztą coś już zaczynają jęczeć przez megafony. Pewnie dla tego żeby chociaż jednego wziąść żywcem i rozsiec w publicznej egzekucji transmitowanej w live stream na wszystkie kraje świata nie będące naszymi sojusznikami z tej wojnie. Niczego innego zresztą nikt z nas się nie spodziewał jadąc na front.
Z moich uszu sączy się krew, zaopatrzony medycznie kolega bez ręki rozgląda się z czego by tu sklecić coś w stylu tratwy a reszta zdejmuje buty lub powoli wchodzi do wody.
Staję i ja. Rozglądam się czujnie wkoło. Wszyscy wiemy dokładnie co było powodem klapy naszej misji. Ciekawe czy w sztabie dojdą do podobnych wniosków?  Możliwe,  jeśli choć jeden z nas przetrwa i dotrze na drugi brzeg, będąc w stanie zdać relację podpisaną krwią przyjaciół.
Ale to z kolei wie także i druga strona nierównego pojedynku.
Siecze więc bez litości, waląc z czego tam ma na ogniska oporu w promieniu kilkuset metrów od zbawiennej wody, a na dokładkę wyłuskuje uciekinierów.
Stoję już w zimnie po pas. Zanurzając się w nurcie wiem że tej walki nie przeżyję.
Chuj tam. Warto było.


piątek, 9 czerwca 2017

Kontakt do mnie i o mnie

dzienniki5@gmail.com

planuję wrzucić link na stronkę:  http://www.opowi.pl/katalog 

warunkiem zaistnienia na owej stronie jest umieszczenie adresu więc za namową umieszczam

w przypadku korzystania z moich prac bardzo proszę o zaznaczanie źródła w postaci linku lub pseudonimu "chawendyk", najlepiej jedno i drugie oraz kontakt e-mail

no i ogólnie:) zasady wartości intelektualnej i tak dalej itp itd
prawa autorskie, prawa pokrewne
jak by to się nie nazywało to proszę o kontakt w przypadku "mocnego spodobania się treści"
 

Wpaść pod lód.

ale to jutro....zmęczony jestem ;)

wpisałem coś na :  http://www.netkobiety.pl/t102708.html