Popularne posty

sobota, 29 lipca 2017

1944 Powstanie

Warszawa,
4 sierpnia 1944,
okolice gmachu Teatru Wielkiego
Odprawa strzelców wyborowych przydzielonych do osłony natarcia niemieckiej kompanii piechoty.

- Witam Panowie ! Powiem krótko, mamy kłopoty z tym Pałacem Blanka. Polacy zrobili tam dobrze umocniony  punkt oporu, a ich zamaskowany karabin maszynowy nie pozwala nam, na przedarcie się. Pionierzy mieli wczoraj spore straty. Po zapoznaniu się z meldunkami z rejonu, zapotrzebowaliśmy was. Żeby zrobić z tym porządek.
Obsługi karabinu maszynowego nie jesteśmy w stanie zlokalizować i skutecznie zneutralizować. Mają za dobry wgląd w teren, zmieniają stanowisko, mają dobrą taktykę walki. No i celnie strzelają.
Zrobimy więc to inaczej niż by tego oczekiwał przeciwnik.
Pierwszy pluton będzie starał się, pozorowanym natarciem, zmusić karabin do zużycia amunicji, a to z kolei spowoduje ruch amunicyjnych bez których nic nie zrobią na dłuższą metę.
Broń bez amunicji jest niczym.
A nie chce mi się wierzyć że mają tam pełne skrzynki pod nosem.
Polujemy dziś na nich, resztę zostawić.
Nawet tych z kablami nie ruszać.
Jak się zorientują że jesteście to coś wykombinują i leżymy z niczym.
Macie zamrozić ich naczynia krwionośne żebyśmy mogli posunąć się naprzód.
- Pytania? No,widzę że brak.
- Więc do roboty.
- Czołem.

Strzelcy-snajperzy, wiedzą co mają robić.
Powoli wychodzą z mroku piwnicznej odprawy i zlewają się z popołudniem w budynkach które za dywan mają centymetry szkła.
Za miejsce dogodne do ostrzału wybrali sobie gmach Teatru Wielkiego.
Mają jeszcze trochę czasu na zajęcie pozycji, zanim rozpocznie się zaaranżowana walka która wygeneruje ruch.

  Ciszę popołudnia przerywają pojedyńcze wybuchy granatów ręcznych, a za moment regularne wystrzały które przechodzą za kilka minut, w płynną wymianę ognia.
Tak jak mówione było na odprawie, za chwilę do wojennej pracy dołącza karabin Powstańców, który stara się omieść podrywające się sylwetki agresora.
Sztuczka wywołania walki udaje się perfekcyjnie i za kilkanaście minut serie karabinu maszynowego są coraz rzadsze.
Już słychać po ich coraz krótszym trwaniu że kończą im się naboje.
Celowniczy widzi kątem oka że zapas topnieje i pewnie krzyczy do druhów żeby migiem dosłali świeży zapas.
Zaraz Powstańcze szeregi wyrzucą z labiryntów pokoi ich szańca zbawienny zastrzyk świeżej amunicji, który już ktoś w pocie czoła przytargał z drugiego końca odcinka gdzie nacisk wroga jest symboliczny.
Strzelcy wyborowi tylko na to czekają, żeby wyłuskać ten jeden cenny cel.
Powoli i cierpliwie, patrzą w swoje sektory, będące strefą śmierci dla każdego kto tylko mignie w ich świetle.
To tylko kwestia czasu, minut i chwil.
Karabin maszynowy strzela coraz rzadziej, a coraz częstsze wybuchy granatów ręcznych świadczą o tym że pozorowane natarcie za chwilę może przerodzić się w decydujący szturm.
Oczy snajperów  jak sępy krążą nad oknami i rozbitymi ścianami.
Już tylko chwile.
Sekundy.
Zaraz któryś mignie.
No i jest.
Hełm z opaską pojawia się w jednym z prześwitów żeby zniknąć za moment.
Jest czujny. Dobrze wyszkolony. Wie że może być obserwowany.
Raz przeszedł błyskawicą i strzelec wyborowy nawet nie zdążył wychwycić jego skoku.
Ale spokojnie.
Oni patrzą i widzą jeszcze kilka wyrw które nie dadzą mu szans.
Karabin maszynowy zamilkł.
Granaty rozrywają się stadami, na przemian z seriami lekkich maszynowych zraszaczy krwi.
Pluton rozpoczyna prawdziwe natarcie.
Teraz już jest ich.
Kolejny skok i będzie leżał tam gdzie się pojawi.
Ale amunicyjny, chyba też o tym wie.
Cisza karabinu już jest zauważalna w sposób klarowny dla obu stron.
Wyrwa zieje pustką.
Jeszcze sekundy.
Jest !
Zrywa się do biegu, ale jednocześnie ciska zasobnik amunicyjny płynnym ruchem, w miejsce gdzie miał dobiec.
Strzał jest głośny i celny.
Ciało zastyga w powietrzu, po czym znika w cieniu reduty, uderzając w podłogę - skałą*
Celne trafienie profesjonalisty nie musi być potwierdzone niczym, poza łuską która spada pod nogi strzelca.
Ktoś klepie w ramię snajpera.
- Dobra robota.
Ale co to?
Karabin maszynowy Powstańców ożywa ogniem i ze zdwojoną zaciekłością dławi pluton wroga całymi rojami świerszczy wylatujących bez imienia* z jego lufy.
- Cholera jasna. - mruczy dowódca strzelców.
- Dorzucił tę amunicję. - kończy rozmowę snajper
..................
..................
..................

W tym samym czasie.
Pałacyk Blanka, który był celem obserwacji i strzału snajpera.


- Krzysiek, Krzysiekkkkk, Krzyś !!!!





* "Bez imienia"  K.K. Baczyński

wtorek, 25 lipca 2017

Wania

Kursk
1943

Wszyscy leżą martwi.
Cała okopana kompania.
Towarzysze.
Nie tylko towarzysze z książeczką.
Po pierwsze, towarzysze broni.
Zasnęli gdzie klęczeli, leżeli czy jedli.
Zakryła ich jedna celna salwa artylerii.
Zamarli w połowie zdania, ćwierci myśli, ułamku smutku, rozpoczętej kłótni, czy wybuchu śmiechu po żołnierskim dowcipie.
Kurz opadł na ziemię, w którą wpadły ich tchnienia.
Broń wciąż czeka, a oni zastygli z dłońmi na jej chłodzie.

Tylko mnie ominęła zaraza stali.
Dlaczego?
Pobiegłem zrobić im zdjęcie.
Miało być z oddali.
Tak by było widać ich wszystkich.
A ja najmłodszy służbą, więc dawaj z aparatem kawałek za okopy, żeby ładnie wyszło.
Miało być z daleka, tak codziennie.
Zwyczajnie.
Po prostu frontowo.

Stal błysnęła kurzem, akurat chwilę po naciśnięciu migawki.
Zdjęcie zrobione, a podmuch ich uchodzącego życia powalił mnie z nóg.

Zdążyłem tylko otworzyć usta z wrażenia, strachu i każdego innego uczucia które mnie zaskoczyło.

Dobiegłem do nich, ale tylko po to żeby zamknąć oczy.
To koniec.
Bez szans na ratunek. I dla nich i dla mnie.

Już słyszę czemu służyła ta salwa.

To było przygotowanie artyleryjskie do kontrataku.
Szum czołgów przeradza się w wycie silników.

Widzę moją rusznicę.
Amunicji jest więcej niż zdołam unieść.
Więcej też niż zdołam wystrzelić.

Kurz zamaskował tylko moją pozycję.
Nawet hełm który zostawiłem na czas zrobienia zdjęcia jest nim okryty.
Trzeba go założyć, by skryć blond czuprynę w jego cieniu.
Celuję spokojnie.
Wieże maszyn rosną przed moją lufą.
Powoli, delikatnie i z wyczuciem dociskam kolbę do ramienia.
Raz trafię na pewno, drugi być może.
Ale czy trzeci ?
Pora już strzelać.
Strzałem wydam wyrok na pierwszą maszynę, ale i za moment na siebie.
Ale to już nie ważne.
Za chwilę dołączę do zdjęcia i ja.

Niestety zrobi je ktoś inny.

Leżeć, leżeć powiedziałem

Okinawa 1945

"A ten co podniesie głowę padnie mrokiem na ziemię gdy świerszcze chwycą jego twarz, której opończa potoczy się po plaży z otworami po ich muzyce."

a po normalnemu:
ktoś dostał z maszynówki w łeb, a sierżant kazał leżeć plackiem

Przepis

Jak to zrobić ?
Tak po prostu bądź sobą.
Dużo lać wody ?
Nie owijaj w bawełnę.
Soli szczyptę, czy łyżkę ?
No i patrz prosto w oczy.
Liść laurowy, czy pieprz ?
Unieś brodę do góry.
Mieszać w prawo, czy w lewo?
Zawsze miej swe zasady.
A z mrożonki się nada ?
Nie bój się, w stół walnąć pięścią.
Duży, czy mały ogień ?
No i po prostu powiedz.
I na jednym talerzu ?
Zawsze prawdę, nie kłamstwo.

Jest to najprostszy przepis na samotne posiłki.
Zawsze ten kto mówi prosto w twarz co myśli, a jeśli do tego ma rację...
Siedzi sam przy stole.
Co prawda może sobie spojrzeć w twarz w lustrze.
Ale samotność, często jest ceną.

To nie jest czas dla poetów

Wszystko już było.
Jak wszystko już było to nic już nie będzie.
Bo wszystko już było.
Ludzie nie chcą czytać książek.
Bo wszystko już było.
Nikt nie komentuje.
Bo wszystko już było.
Nic już nowego nie będzie.
Bo wszystko już było.
Moda wciąż ta sama, tylko kolory się zmieniają.
Bo wszystko już było.
Widziałem już wszystko, bo mam szybkie łącze.
A tam wszystko już było.
Wlazę głębiej pod kołdrę.
Bo wszystko już było.
Najlepszy trunek smakuje jak kompot.
Bo wszystko już było.
Może coś wymyślę ?
Ale wszystko już było.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Na kolanie

Klepię w te klawisze.
Na kolanie, z wirusem pod klawiaturą, z tanim edytorem lecz zapałem.
Na płycie osb podpartej stosami książek i podklejonej taśmą by nie zedrzeć przedramion.
Z piwem w dłoni lub herbatą zaparzaną czwarty raz z tej samej torebki.
Z wieczną dolewką kawy, lub ćwierć tygodniowym sokiem na stole.
Z zarysowanymi okularami lub mrużąc oczy bliżej godziny zero.
Z zegarkiem na pulpicie, drugim na podstawce i trzecim na nadgarstku.
Czując zapach wczorajszej makreli lub czując ciężar wciągniętych steków.
Ale klepię, wciąż klepię lub myślę.

  Co będzie kiedy wreszcie postawię sobie normalne biurko, nauczę się zasad interpunkcji i poczuję zimne powietrze wpadające czasem do ciepłej kuchni?

niedziela, 23 lipca 2017

Emocje dnia

Idziesz po chodniku i gapisz się tela.
Same ważne wiadomości.
Pięć minut temu też było patrzone.
Ale teraz jest ważniejsze.
Wtedy to było mało ważne.
Teraz to dopiero.
A za kwadrans, to się zacznie.
Ooo dopiero będzie, i to jazda na maxa że hej.

Tak.
Znajomy pomylił emotikony w komentarzach pod zdjęciem koleżanki z wakacji.
Przynajmniej tak się tłumaczy.
A może dał specjalnie, a  teraz się tłumaczy że niby pomylił.

Ale emocje !

sobota, 22 lipca 2017

Komisarz 1945 /Marynia 2

Granica Chin i ZSRR
Rok 1945
Wczesna wiosna

Co ja tu robię?
Góry, doliny, lasy, rzeki...
Przechlapane, przerąbane.
Po co mi ta znajomość z tą Marynią była potrzebna ?
Kolega, jeszcze z frontu fińskiego, szepnął mi potem że był na mnie jakiś szeptany nacisk.
Ktoś, coś, powiedział, zadzwonił. Dziwne to było.
Ale za bardzo i za mocno z góry, więc i on sam nie węszył.
Same kłopoty. Lepiej nie wnikać bo przy następnym moim źle odebranym ruchu mogę wylądować...a lepiej nie myśleć gdzie i z kim.
Dróg tu nie ma więc biorę konia i jadę. Czasu mam całe tony.
Kilka konserw do plecaka i dalej w góry.
W sumie całkiem tu ładnie.
Tylko czasem strach w nocy. Dziwne tu okolice.
Podobno nawet ktoś widział ślady tygrysa na śniegu.
Gorzej jeśli te tygrysy będą miały skośne oczy i jakieś miecze czy widły, może być wtedy nie za wesoło.
Granica tu jest, ale na mapie. Mapy wiszą w sztabie. A życie jest życiem.
Góry po horyzont, ale razy dziesięć.
Mur Chiński ? Kto go tam widział.
Tam tylko głód, śmierć, partyzanci każdej ze stron i co jakiś czas zwiadowcy Cesarskiej Armii.
Tu jedynym gwarantem bezpieczeństwa jest karabin i pistolet. A szabla też się nada.
No, a w sumie, tak patrząc  racjonalnie na moją sytuację..hmm, to dobrze na tym wyszedłem.
Moja jednostka, która była rozlokowana w Polsce, już nie istnieje.
Podobno wszyscy byli w okrążeniu, wybici albo w niewoli.
Komisarzy podobno od razu stawiali pod ścianę i w łeb.
No cóż. Taki los.
A mnie przyszło agitować drzewa.
To dobrzy i wierni słuchacze. Tylko czemu milczą zielenią.
Dam radę. Na pewno jeszcze o mnie sobie przypomną w sztabie.
Zresztą, mniejsza o to.
Trzeba wracać w dolinę. Ciemno zaraz będzie.

Ale co to ? Ognisko? Tutaj.
Ha, pewnie jacyś przemytnicy.
Zaraz ich przyskrzynię.

Konia zostawię. Broń przeładowana.
Plecaka nawet nie zdejmuję.
Trzeba działać szybko.
Powolutku się skradam.
Już widzę dwie postaci w płaszczach.
Mają też konia, przywiązanego do drzewa.
Leżą wtulone w siebie przy ogniu.
Więc to po prostu uciekinierzy. Pewnie nawiali z jakiegoś łagru.
Już ja wam dam bratki.
Zaraz wam pokażę!

- Ręce do góry !
A ci ani drgną.
- No wstawać! Już!
Dalej cisza.

Podbiegam w te pędy i odrzucam koc z ich twarzy.
Dwie kobiety, wtulone w siebie, i tak słabe że już nie mogą wstać.
Położyły się tu chyba żeby umrzeć.
Zresztą. Ich kobyła wygląda lepiej.
Jedna całkiem młoda, i jakoś ma dziwnie znajomą twarz.
Zaraz zaczyna ruszać się druga i błyska swoimi brązowymi oczami.

- Boże pomiłuj, znaczy wielka partio! Marynia!
Nogi uginają się pode mną, a broń wypada z dłoni.
One? Tu? Skąd?
Marynia z córką. Zaraz zwariuję.
Nieee tylko nie to.
Ciemno mi przed oczami.
Zaraz błysk i leżę.

...............................

Pół godziny później.

.................................

- Macie tu konserwy, słoninę i chleb. Rewolwer też wam zostawię bo to taki zdobyczny. Z Polski przywiozłem.
Nieźle mnie załatwiłyście, ale gdyby nie wy, to bym teraz pewnie u faszystów ziemię jadł trzy metry w głąb.
A jak bym teraz was dowiózł do swojej jednostki, to znając życie za tydzień bym meldował się u Czukczów żeby im pomagać w łapaniu reniferów.
Idźcie w swoją stronę. Do granicy macie już blisko.
Powodzenia.

-Komisarzu?
-Tak, co tam jeszcze chcesz Marynia?
-Bóg zapłać.



piątek, 21 lipca 2017

Archeolog internetu /update 1.2/

Gdy cyfrowe platformy zgasną, bo nastanie nowa technologia z naszych snów, do pracy przystąpią naukowcy.
Archeolodzy internetu którzy z zapałem będą śledzić zapisane myśli i słowa.
Albowiem:
"wszystko co jest w sieci może zostać zapomniane, lecz zostało zarejestrowane, zarchiwizowane, zapisane, i gdzieś zawsze pozostanie jego ślad. Czy nam to się podoba czy nie. Na zawsze. "

Mam w głowie całą koncepcję takowej powieści :)
Z chęcią się podzielę.
Zapraszam do kontaktu :)

Marynia

1944
Polska wschodnia
Kantorek na zapleczu gospody w Awissie
Rozmowa dwóch dowódców, różnych zgrupowań partyznackich, ustalających szczegóły działania na najbliższe tygodnie.

- A co z tą Marynią?
- No a nic. Mieszka sobie tak pod lasem, sama z córką... No tam, gdzie mieszkały te rodziny oficerów. Przy tym osiedlu rodzin wojskowych. Te, co poznikały w czterdziestym. Że coś czerwony krzyż je zabrał. No wtedy co w nocy te ciężarówki były. Zimą jakoś. A wiesz jak to wtedy było. Zapytałeś o coś to sam zaraz byś miał ten czerwony krzyż pod domem.
- Aaa no tak. Już kojarzę.
- No więc z nią było to tak. Chyba tak na jesieni czterdziestego to się działo...

"Mieszkała tak sobie pod tym lasem z córką. I kiedyś tam się kręcił przy niej jakiś tam ruski komisarz, i zaraz ją tam agitować zaczął żeby przyszła na te spotkania co robili u nas po gospodach.
No, a że ona taka wygadana, i w sumie mądra dziewucha bo chyba nawet gdzieś tam w Warszawie mieszkała to wzięła i poszła.
Ale posłuchaj co najlepsze.
Zabrała z sobą jakiś tam zeszyt i sobie przemówienie zrobiła.
I zaraz podziękowała komisarzowi za osobiste zaproszenie i inspirację do przemówienia.
No i że ona proponuje i wnioskuje żeby za złoto zgromadzone w bankach, które obecnie są pod administracją Kraju Rad odtworzyć Wojsko Polskie do walki z międzynarodowym uciskiem.
Ale wiesz, tak to fajnie powiedziała że nie mówiła o nikim konkretnie.
Ona tak zawsze, bez tych, noo jak im tam....rzeczowników.
 No a na koniec dodała że w sumie i tak wszyscy walczą o dobrobyt i te wojsko to zły pomysł, to najlepiej żeby te złoto wydać na nowe szkoły i odbudowę mostów i miast co zostały poniszczone w czasie wojny.
Komisarz wtedy łeb tylko spuścił i jakoś dał jej spokój na jakiś czas.
No ale przyjechał potem znowu do niej z kierowcą i chyba nawet z kwiatami.
A potem ją za tyłek chwycił, a ona po mordzie mu dała.
No, tak kierowca opowiadał.
On czerwony się zrobił i za kaburę sięgną, ale coś tam mu błysnęło i pojechał.
A za dwa dni przyszedł do niej pijany z płaczem i przepraszać i grozić i skomleć. I że go do Chin ślą i japońce zakatrupią, i tak dalej...
I ją wyzywać zaczął od czarownic, od szeptuch, że ona taka i owaka i że jeszcze tam niby Mojżeszowa na pewno.
Podobno na drugi dzień po tym jak ją za tyłek chwycił, przyszło pismo że go gdzieś na granicę chińską przenoszą, w związku z jego wybitnymi osiągnięciami tutaj.
Że tam pojedzie na ważniejszy odcinek.
A to już w knajpie ich sołdaty gadali po pijaku"

- No i co dalej ? Chcieli jeszcze coś od niej?
- A coś ty. Rozeszło się po ich ludzich że jak będziesz z nią gadał to pojedziesz na Mur Chiński zwiedzać.
 - A jeszcze wiesz co ten kierowca mówił ?
- Ona coś takiego dziwnego do niego powiedziała jak on ją potem za tyłek łapał
- No co takiego?
- Na prawdę dziwne...
- No, dawaj !
- "Uwiedź mą duszę, wtedy będę twoja"


Błysk. Myśl.

Mam !
Pędząca myśl  sieknęła mnie w zwoje.
Drasnęła serce i zabarykadowała się w głowie.
Szybko!
Długopis nie działa,
Zapisać na kartce!
Cała zapełniona.
Myśl powoli spływa.
Może więc w komórce?
Nie naładowana.
Dalej, myk do kompa
Ładuje się wolno.
Szybko wejść, na bloga.
Hasło nie pasuje.
Myśl szybko tężeje.
Nie, no. Już świruje.
Jest.
Wszedłem i klikam.
Tylko wszystko muli..
Edytor spowolnił.
Klikam zaraz wolno.
Wszystko idzie z głowy, lecz klawisze milczą.
Myśl staje okoniem.
Chowa się, i niknie.

Może więc nie była do zapisania, i nawet przekazania.
A jeśli uleciała, to nawet do zapamiętania.
Myśl sama doszła do wniosku że nie wszystko co błyska powinno zabłysnąć w świetle monitora.

Myśl powróci, ale wtedy gdy spotka kolejną która będzie pasowała do łańcucha ogniw.
I razem przyjdą w dobrej i logicznej całości.

No i wtedy długopis zadziała, kartka bedzie czysta.
Komórka naładowana.
A komputer włączony.

czwartek, 20 lipca 2017

E-mail

Pierwszy e-mail wysłany internetem został zapewne zarejestrowany i opisany.
Pewnie ktoś napisał na tą okoliczność cały artykuł na poczytnym portalu.
Kiedy i w jakich okolicznościach to było.
Po co , dlaczego, za co i na co....

W bagnie nocnej nocy nadciągneło mgłą pytanie...

Ciekawe kto napisze ostatni e-mail w historii internetu ?
Czy jak by taka wiadomość się kiedyś nie nazywała z definicji.

No i co w nim będzie?

Za sto lat.

Za sto lat internet i wszelakie inne cyfrowe nośniki informacji będą archaizmem, starociem i czymś co trafi do muzeum.

Być może książki trafią na ekspozycję, czy w jakieś nienaruszalne depozyty, bo materiał z którego się je pozyskuje będzie zbyt cenny.

Może za sto lat wycięcie drzewa będzie karane więzieniem.

Ludzi wszak tylko przybywa, a klimat się zmienia.

Jeśli my nie nazwiemy dorobku intelektualnego który się teraz tworzy-nazwą go inni, niekoniecznie znający realia czasów obecnych.

"I nie chodzi tu o detale ale o istotę" - jak śpiewał poeta.

Zaufanie

Zaufanie raz stracone, wzrośnie znowu lecz jego korzeń zawsze będzie z blizną.
Blizną wyrwania, zmieszania z wapnem na budowie życia, po prostu naruszone.
Korzeń został wyrwany i przesadzony na nowy grunt.
Ale czy lepszy grunt ?
To czas odpowie na ten pytajnik życia.

Zaufanie to kamyk który nosimy pod płaszczem.
Jest ogrzewany i swoim, i czyimś ciepłem, jeśli uchylimy poły płaszcza.
Po prostu tak jest i nie zwracamy na niego uwagi.
Taka naturalna kolej rzeczy.
Kamyk i już.
Ogrzewany kamyk rośnie, lecz traci na swej wadze. Dziwne zjawisko.

Ale jeśli ktoś go skradnie, to paradoksalnie, tak jakby przywiązał powrozem zdrady do szyi i pchnął w czeluść studni.
Pozbawiony ciepła kamyk, z kolei nie zmniejsza swych rozmiarów - jedynie jego ciężar rośnie wraz ze spadkiem temperatury.
A studnia jest zimna.

Lecąc z nim w dół, czasem nawet go wyprzedzimy, pomimo że jest coraz cięższy.
I tylko po to żeby spadł nam za moment na głowę, kiedy my już leżymy plackiem na dnie tej głębi. Najgorsze że dno tej studni było niesamowicie iluzoryczne - woda była tylko po kostki.
Nawet nie złagodziła upadku.
Dobrze że pod jej lustrem nie walało się jakieś żelastwo z wojny.

Mam scyzoryk, więc odetnę powróz, a kamyk wsadzę odruchowo w kieszeń płaszcza i jakoś zapierając się o ściany wylezę do światła.
Choć było już widać gwiazdy. Taka studnia była głęboka.
Tylko że gdy już wygramolę się ze studni, to okazuje się że kamień jest dziwnym trafem, dwa razy cięższy.
Naciągnął wody, zimna i zmagazynował ciemność.
Nie dosyć że urósł latami, jak się okazało, niepotrzebnie.
To do togo waży jak z ołowiu.
Dobrze że nie poparzył mnie tym podwójnie zmagazynowanym ciepłem.
To ciepło w nim jest, ale w jego wnętrzu. W jądrze tej mini-skały.
Naprawdę potrzeba dużo chemii żeby wydostać to ciepło.

Przy wyjściu ze studni, ktoś nam podaje dłoń i z uśmiechem pomaga wyjść.

Może mu zaufać i pozwolić ogrzać ten kamień życia?
Nie będzie nigdy bardziej lekki, ale lżej będzie się go niosło.
Na pewno by ważył ćwierć obecnej wagi...
Nie wiem...
Chyba lepiej założę grubsze ubranie żeby ten pomocnik nie miał za dużo do czynienia nawet z cieniem mojego  kamyka.
Bo jeśli spadnę następnym razem, to ten kamień akurat skutecznie rozbije mi głowę.
A jeśli nawet uchylę się przed jego ciężarem, to tym razem powróz będzie zbyt gruby na mój scyzoryk.
A kamień tak potężny w swej masie że nie wyjdę z tej studni już nigdy.

Czy warto zaryzykować ? I kolejny raz dać kamień do ogrzania?
Nie wiem, naprawdę nie wiem.
Najłatwiej chyba trzymać kamień w plecaku, a na sobie grubą puchową kurtkę.
Tak na wszelki wypadek.

Może jeszcze założyć kłódkę na plecak?




Genialni ludzie, ale...

Są świetni,
Pomysłowi
Mają super patenty na wszystko,
Zawsze dążą do ich realizacji lecz wiecznie przekombinują i im nie wyjdzie
Mimo wszystko są mega sympatyczni i dowcipni
Nigdy nie tracą pogody ducha

No i jakoś to będzie

Kto to
O kim to mowa?

A tak ...jest taka kreskówka "Sąsiedzi"

No i chyba tak swoich sąsiadów widzą autorzy tej bajki :)

Dowcip dnia

Dlaczego remont torowisk przebiega tak wolno ?

Konserwator zabytków musi wydać zgodę.

Przysłowie 2

"Procedury na kartce uczą za dużo nie myśleć, ale stworzenie procedur wymaga bardzo intensywnej pracy mózgu"

Przysłowie ludowe 2017

"Najmądrzejsze przysłowia pochodzą od mądrych ludzi bez wykształcenia, a niejednokrotnie są cytowane przez ludzi z wachlarzem tytułów"

Twitter

czy ktoś już pisze mini książkę na Tweeterze?

czy poezja Tweetowana pływająca w odmętach sieci nie zostanie zapomniana ?





Rok 3559. Morze Europejskie

Olbrzymia maszyna skanująca rozpoczyna fazę teleportacji znalezionych artefaktów na dnie Morza Europejskiego.
Ostrożnie omiata laserem mierniczym skałę wraz zatopionym w jej wnętrzu artefaktem, by skopiować jej parametry i wysłać bezpośrednio na orbitę do próżniowych magazynów Instytutu Sztuki.
Teleoportacja trwa sekundy.

- No i co tam macie ?  -pyta naukowiec robota, poprzez szybkie łącza mentalne.
- Witaj mistrzu. Znaleźliśmy kawałek pradawnego czytnika danych w starodawnym urządzeniu służącym do komunikacji. W jego wnętrzu kryje się  z zapis..
- Wspaniale, cudownie. Jak brzmi jego treść ?  Czy deszyfratory już poddały analizie ten artefakt przodków ? -podniecenie naukowca sięga zenitu.
- Tak mistrzu. Mogę nawet zacytować lub przesłać hologramem jego wizulalizację.
- Bardzo proszę, czekam i pozdrawiam.

W pokoju pracy mistrza naukowego zarysował się obraz pracy pradawnego twórcy.
Jego treść oniemiała zgromadzone na sali inne autorytety zajmujące się badaniem dawnych epok.
Przekaz był niesamowity.
Oto jego treść przekazywana z ust do ust:

"LOL :) ELO - SIEMA ZIOM "

Epoki literackie literatury polskiej. Nowa jakość.

Cytuję powyżej wikipedię.


Moim skromnym zdaniem literatura współczesna zakończyła się wraz z pojawieniem się internetu który zmienił wiele i jeszcze więcej zmieni.

Patrząc też na lata trwania epok, chyba było by zasadne już coś zmienić.

Moim zdaniem trwa nowa epoka literacka.

"Nowa jakość" 

Warto czasem nazwać sprawy po imieniu.

Sam dorobek intelektualny przelewany w internet jest ogromny.
Kiedyś pisano listy miłosne, a obecnie ?
Piszę się smsy z wyznaniami. Niejednokrotnie pięknymi.

Czy liczy się treść, czy forma ?

W formie elektronicznej powstała cała masa dobrej twórczości, której wydanie w wersji tradycyjnej, chyba wykończyło by wszystkie lasy i puszcze.

Od zakończenia drugiej wojny światowej minęło 70 lat. Przecież to okres życia jednego człowieka.

Chyba warto oddzielić wreszcie dorobek pracy pokolenia które odeszło od tego które nie jest pod silnym wpływem przeżyć związanych z  wojną, stanem wojennym, komunizmem itd.

Same badania dorobku twórczości internetowej to niesamowity obszar.

środa, 19 lipca 2017

Okrążenie rozpoczyna się w kancelarii 1944

Polska wschodnia 1944
lokalny sztab akcji przeciwpartyzanckiej
Za godzinę odprawa wyższych oficerów zaangażowanych w planowanie kolejnej operacji przeciwpartyzanckiej.
Major Andrecht, zwany przez podwładnych "starym lisem" przygotowuje się do wystąpienia.
Na jego biurku leży wykaligrafowany  ołówkiem tekst raportu analityka, przygotowany w oparciu o dane z terenu oraz sygnały agenturalne lokalnych informatorów- czyli po prostu donosy za pieniądze lub pod groźbą/


"Przeprowadzona trzy dni temu akcja grupy bojowej polskiego podziemia doprowadziła do skutecznej dezorganizacji ruchu kolejowego na linii "Awissa - Białystok".
Czas naprawy wysadzonego torowiska oraz zapewnienie wznowienia komunikacji na w/w odcinku wyniósł osiem godzin.
Oględziny miejsca zdarzenia przyniosły wnioski które zawarłem poniżej:

 - zastrzelony partyzant posiadał przy sobie pistolet o numerach seryjnych zgodnych z numerami broni skradzionej miesiąc temu, zabitemu  policjantowi w Awissie  /policjant posiadał dwie jednostki broni, poszukujemy więc jeszcze jednej /

 - mapnik który przy nim znaleziono był pusty /poszukiwania mapy być może zakopanej w ściółce leśnej, podłożu nasypu kolejowego oraz w nurcie cieku wodnego nie przyniosły rezultatu, również sekcja zwłok wykluczyła domniemane spożycie mapy przez ofiarę, mapy nie dało się zlokalizować w żaden sposób, przybory piśmiennicze wewnątrz w postaci ołówków, wskazują na to że mapnik był używany, znaleziono również kompas, produkcji polskiej /

- łuski znalezione w dużej ilości na skraju lasu, w miejscu skąd prowadzono ogień do wykolejonego składu pociągu, wskazują na pochodzenie ich z kilku serii produkcyjnych, łuski są niemieckie

-wśród łusek znajdowały się również te pochodzące z serii amunicji pochodzącej z ciężarówki zniszczonej w zasadzce w kwadracie E22 / znaleziono również pustą skrzynkę amunicyjną /

-inne łuski pochodziły z broni sowieckiej, polskiej oraz co niespotykane w tym rejonie - angielskiej

-otrzymaliśmy donos od naszego informatora o obecności dwa dni temu małej grupy partyzanckiej w kwadracie E8 pobierającej świadczenia od ludności miejscowej na rzecz, cytuję: "wojska"

-samolot rozpoznawczy operujący w naszym rejonie nie zlokalizował obecności zorganizowanych oddziałów, na polach widywani są pojedyńczy chłopi /zapewne pasterze/


"raport wykonany w jednym egzemplarzu"





.............
Dwadzieścia minut później.
Albrecht w swojej kancelarii,odbiera telefon.

 - Halo...
 - Witaj Hans.
 - Halo, aaaa to ty, a dzień dobry. Witaj. Co tam u was?
- Wszystko dobrze. Wiesz, wpadnij do nas zobaczyć te mundury, przyszły wczoraj te zmówione, no wiesz. Te specjalne.
 -Świetnie. Będę jeszcze dziś.
  -A wiesz ? Na tym jedwabiu, no tym z wczoraj co go chłopaki znaleźli w tej bryczce. Tam są napisy po angielsku. Dziwne prawda?
  -Chyba nie aż tak dziwne.
   Oj nie...



niedziela, 16 lipca 2017

1944 komentarz. Efekt motyla

Mało nie znaczący gest zawsze musi  zdziałać wiele.

Przypadkowe wysadzenie torów skutkuje kilkaset kilometrów dalej przerwaniem frontu przez zdesperowanych i zmuszonych do walki przez komisarzy sołdatów.

Gdyby pociągi nie zostały opóźnione, to sołdaci ginęli by tam dalej setkami. Nie mieli wszak sami wyboru. Z tyłu zapewne mieli karabiny wycelowane w ich plecy

 Tu sprowadzony do parteru biedny Pan W. w oczach innych jest ofermą, jeszcze innych bohaterem, lub też sprawcą nieszczęścia biednego porucznika odpowiedzialnego za odcinek linii frontu.

Młody chłopak który poczuł się ważny bo dostał mapnik który wszystkim zawadzał, chciał się wykazać jeszcze mocniej, próbując wyciągnąć skrzynkę z tak potrzebną amunicją dla partyzantów.

Wszystko zawiera się w kole i zależy od punktu widzenia.
 


Zagioniony batalion 1944

Front wschodni
1944
Okopy jakich wiele.


 Stoję sobie, palę papierosa, którego chowam na wszelki wypadek w hełmie, a dym puszczam mocno w dół okopu i tak sobie patrzę...
 A, siwy porucznik odejmuję lornetkę od oczu, zaraz przykuca i coś skrzętnie notuje w swoim kajeciku.
Ooo, zaczyna się dowodzenie. I to na poważnie.
Jego poprzednika dopiero co awansowali. I oczywiście przenieśli do sztabu dywizji.
Dziwne nie jest. Wytrzymał tu miesiąc.
A Iwany gniotą.
Nacierają fala za falą.
Amunicja się kończy, ale zaopatrzenie działa jeszcze pełną parą, więc co i raz można przyciągnąć świeżą skrzynkę z nabojami.
Strzelać mamy czym, ale ile tak można.
Na rozbity pluton, który szturmuje nasz odcinek co i raz rodzi się nowy i nowy.
Oni nie są nieśmiertelni.
Oni po prostu mają ludzi za nic.
Część z nich biegnie bez broni. Wychodzi z lasu i podnosi karabin od zabitych poprzedników.
O co im chodzi, to jakieś wariactwo...
Obsługa karabinu maszynowego po mojej lewej stronie wpierw zaczęła wymiotować ze zmęczenia, a teraz po prostu zemdlała.
To jakieś szaleństwo. Co prawda widziałem tu gorsze rzeczy, ale nonsens sięga absolutu.
Od doby naprzemiennie wali ich artyleria, biegną szaleńczą gonitwą ich ludzie, po czym nadlatują szturmowce z rakietami.
Nie. Nie dam już rady strzelać.
Dobrze że nie ma mrozu. Umarłbym w tym okopie.
Najgorsze że większość z nas jest ranna i po prostu wykrwawia się powoli, i mdleje.
Gdzie są te posiłki?
Dziś w nocy miał dotrzeć nowy batalion piechoty.
Gdzie oni są ?
Przychodzi sanitariusz i szepce coś na ucho porucznikowi.
Przecież i tak wszyscy wiedzą, że następny zwariował i musiaeli go przywiązać pasami do pryczy.
Rannym często zabiera się też broń, bo bywają niebezpieczni.
Z powodu niedotlenienia tracą zmysły i nawet nie wiedzą co czynią.
To jakiś koszmar.
Przekleństwo.
I do tego ten pył. On jest wszędzie.
No, dobra.
Koniec tych rozmyślań.
Trzeba coś zjeść.
Mam do wyboru pasztet konserwowy,  w trzech różnych rodzajach puszek.
Na pewno coś wybiorę.
Mniam...

Chwilę mojej konserwowej ciszy w lochach okopów przerywa głos dzwonka telefonu polowego...
No to trzeba posłuchać tego dialogu Pana porucznika ze słuchawką.
Przybliżam się na tyle ile mogę do ciemnego wejścia ziemianki dowódcy.
I słucham...
Rok z zwiadzie nauczył mnie wyciągania wniosków tylko ze słuchania jednym prawie sprawnym uchem.

- Halo. Melduje się porucznik Braun.
O, zaczyna się jak zwykle.
- Tak jest. Według rozkazu.
Dalej według szynelu rozmowy z przełożonym.
- Oczywiście. Depesza radiowa została odszyfrowana godzinę temu.
Nuda.
- Ale jak to...? I nie będzie posiłków ?
O kurka wodna !
- Halo, halo, haloooo.
Przerwana łączność, lub specjalnie się rozłączyli żeby się nie tłumaczyć i zwolnić linię.
Norma .
No to klops. Tu nie trzeba być zwiadowcą żeby dopowiedzieć sobie co mu tam nagadali. Mamy przerąbane.
No i pewnie już nas zdejmują z ewidencji.
Dobrze że jeszcze jest radio. Będzie można nadać prośbę o stukasy.
Zaraz zaczyna się ruch.
Porucznik wyskakuje z nory.
Postanawiam zrobić się niewidzialny.
- Sanitariusz! Wołać mi tu sierżanta, i to migiem. -dowodzenie zaczyna się rozkręcać.
Sierżant zjawia się w minutę, ciężko sapiąc.
Widzę kątem oka jak obaj znikają w ziemiance.
Posłuchamy dalej. Ale tym razem dialogu dwóch smutnych panów.
- Sierżancie... - rozpoczął nie śmiale porucznik.
- Tak ?
- Ten batalion....No, nie przyjechali jeszcze. Podobno gdzieś w Polsce wysadzili w powietrze tory kolejowe, i spowolniło to transporty na cały dzień...
- Hmm. Nie damy rady.
- Wiem. Już po nas.
Suche fakty zawisły ciszą w  okopie.
Porucznik zmienił ton na bardziej zasadniczy.
- Sprawdź czy ludzie mają bagnety. Wydaj im też coś mocniejszego i papierosy, jeśli jeszcze to masz...
- Tak jest !
- No cóż. Do zobaczenia.
Obaj wstali.
- Czołem sierżancie.
- Panie poruczniku?
- Tak?
- To był dla mnie zaszczyt, służyć z Panem.
- Dziękuję. Do zobaczenia na porannej mszy, gdziekolwiek by ona nie była.
Z powrotem sierżant już nie biegł.
Z ziemianki dała się chwilę później poczuć woń palonych kartek, na przemian z odgłosem ich pospiesznego rwania.

No dobra. Trzeba zastanowić się z kilkoma chłopakami jak wygląda temat nocnego patrolu w praktyce.
Patrol zrobimy na ochotnika, ale nieco w innym kierunku niż zazwyczaj.
Musiał bym być głupi zostając w tym miejscu.
Coś wymyślimy.
Mam znajomego kolegę w szpitalu polowym.
Bandaż na twarzy czyni cuda.
Bo te ruskie kartki "chodźcie do nas", jakoś nie są dla mnie przekonywujące.
Coś za często sami oddają się do niewoli.
A my ich bierzemy.
Przecież co drugi ma samogon.


Rekwizycja żywności. 1944

 Partyzancka baza.
 Bagniste ostępy podlaskiej puszczy.
 Poranna zbiórka partyzantów.
 Nie ważne są litery na tle biało-czerwonej opaski.
 Skupmy się na jej kolorze, 
 Może choć na chwilę...

Dowódca grzmi.
- Nic mnie to nie obchodzi że wczoraj przeszliście od tych torów pięćdziesiąt kilometrów, bo
jakbyście zaczekali na następny pociąg co jechał tylko z zaopatrzeniem, jak gadali kolejarze w knajpie dwa dni temu, to nie było by teraz sprawy.
Poprawia go zastępca.
- A wam się strzelać, zachciało. Dobrze że tamci nie zdążyli wyleźć z tych wagonów, bo by was wytłukli.
I teraz już sieką naprzemiennie.
Bez złości, ale bardzo rzeczowo i dosadnie.
- Na stacji mówili potem, że tam jechał cały batalion chłopa na front, a wy mieliście wysadzać tory pod pociągiem z dwiema lokomotywami, a nie z jedną lokomotywą !
- Nie słuchaliście, to macie teraz robotę. Sio na patrol, i nie marudzić.
- Usaria się znalazła. Lisowczyki.
- I trzeba było samemu trzymać mapnik, a nie dawać Felkowi do noszenia żeby się dzieciak ważny poczuł, bo wam było za niewygodnie.
- Wygodnisie. Dzięcioły jedne. Gówniarz się zgubił, a wy łaziliście w kółko po lesie jak te mrówki.
Chociaż one to chyba mądrzejsze od tej waszej zgrai.
Pluton pospuszczał tylko głowy.
Zmęczenie to jedno, a gromy z ust dwóch liderów to już kamień na karku.

Zbiórka krzycząca zarzutami, zmienia się płynnie w nowe wytyczne kadruni. Jak zwą pieszczotliwie ten duet dowódczo-organizacyjny, ich podkomendni.
- Mają być jajka, słonina, cukier niekoniecznie. A i mleka przynieście, więc warto mieć z sobą trochę pustych butelek, albo chociaż wiadro.
- Macie wyglądać bojowo i zawadiacko. Jak prawdziwe wojsko -poprawia jeden drugiego.
- No i Walczak, pościągać mi ten rzemień z zawieszoną kaburą po tych zatłuczonym kamieniami policjancie. I tak nosicie tam w środku zapasowe naboje, a nie parabelkę.
Duet ciągnie dalej punktację po całości.
- Parabelkę to mu pewnie zawineli w knajpie, no i tylko dlatego dał się wam podejść, bo w środku miał kartofel, a nie pistolet. Chodzicie się tylko i popisujecie.

Strzały dowódcy są celne. Niestety, jak zawsze.
Alfa i omega jadą dalej po dzielnych wojakach.
Jeden mocniej od drugiego.
- Raz, dwa i do wioski po żywność dla oddziału. Tylko nic po drodze mi nie zjeść. Do roboty.
- I to jest rozkaz ! Zaopatrzenie dla wojska organizujecie.
- I jak mi który wypije choć szklankę gorzałki, to.... - groźba dyrygenta ucina się zanim wypłynęła z gardła.
- Zresztą nie radzę, a odpowiedzialnym za wszystko czynię was Walczak. Wysadzaliście wczoraj. To dzisiaj po dowodzicie sobie też. -zastępca dobija biednego żołnierzyka.
- No i koszyki weźcie. Ale schowajcie je w krzakach przed wioską, żeby cyrku nie było, że chodzicie jak te babiny na jarmark.
- Spocznij ! - kończy zastępca.

Szybka wymiana broni. Pożyczenie sobie nowych butów i lepszych mundurów.
Jeden daje rogatywkę, a drugi zakłada na siebie taśmy z amunicją.
Co prawda karabinu maszynowego nie biorą, bo za ciężki, ale takie taśmy dodają groźnego wyglądu.
Wszyscy ogoleni, wypastowani, wymyci i wypięknieni.

Dwie godziny łażenia i zaraz widać strzechy.
Spokój, cisza.
Psy nie szczekają bo od dawna okupant zabronił ich trzymać.

Pluton wsypuje w środek wsi, zaraz od pola za stodołą.
Mija kupę słomy.
Chyłkiem śmiga między jabłonkami.
Wzajemne ubezpieczenie.
Czujne palce tuż przy spustach broni.
Każdy szuka sobie zajęcia i gdzieś tam spogląda bronią, żeby tylko nie być pierwszemu przy chałupie.
Oczywiście wiadomo, że najgorszą robotę będzie miał obwieszony taśmami Walczak.

Podchodzi do domostwa. Omija łukiem drzwi. Wybiera drugą z kolei okiennicę i głośno stuka.
Karabin przy biodrze.
Poważne spojrzenie.

Okiennica się rozpościera, a tam młoda kobieta w chustce na głowie i dzieckiem na ręku. .
Oboje patrzą na siebie ze zdziwieniem.
Ona lekko z góry, z okna, a on stojąc na przydomowych kocich łbach.

- Pani kochana, dajcie choć kilka jajeczek. Nie jedlim my od wczoraj. No, prosim my was bardzo.

Stojący na ubezpieczeniu pod jabłonką, z rozpylaczem pod pachą, mało nie upadł.
Odwrócił się tylko na pięcie i zacisnął zęby na kołnierzu bluzy mundurowej, żeby opanować śmiech.
Łzy same napłynęły mu do oczu.


Partyzany. 1944 / text po tuningu

Stoją i dymią, leżą i sapią.
Wykolejony skład pociągu leży bezładnie na skraju lasu, zaraz poniżej nasypu kolejowego.
Karabin maszynowy tylko na to czekał i zaczyna wlepiać mandaty wszelakiej maści pasażerom, którzy przeżyli brutalny zjazd z torowiska.
Mają tylko jedną, kilkuset nabojową taśmę  amunicyjną.
Zlepili ją w całość ze zdobycznych, krótkich odcinków taśm i znalezionych gdzieś na pobojowiskach zagubionych naboi.
Wygrzebali tu i tam te ogniwa śmierci, żeby spokojnie wypruć je, w te unieruchomione stado mamutów.

"Armia regularna ma zaopatrzenie państwowe, a partyzantka ma zaopatrzenie zdobyte na wrogim państwie.
Jeśli masz radiostację - masz zrzuty. A jeśli jej nie masz, to musisz rzucać celnie granatami żeby coś zrzucić z unieruchomionej tym rzutem, wrogiej ciężarówki z zaopatrzeniem.
Oczywiście wpierw trzeba wykosić obstawę, i to tak szybko, żeby nawet nie zdążyła pomyśleć o sięgnięciu po broń.
Wojna totalna improwizacji.
Mapa znaków taktycznych pisana patykiem na piasku.
Wy tam, my tu. Oni jadą, my walimy. Jak leżą to biegniemy. Robimy to szybko, bo zaraz przyjdzie im ktoś z odsieczą.
Jeśli jest furmanka to wrzucamy na nią wszystko. Jeśli jej nie ma to ładujemy na plecy.
Resztę spalić, i w te pędy, chodu.
W innym kierunku niż nasza baza.
Nigdy drogami, zawsze szarówką. Po bagnach, mokradłach lub rzeką na kawałku tratwy."

Taśma została zjedzona przez karabin maszynowy, tak samo szybko jak wykoleił się pędzący pociąg.
Całej nie można było zużyć bo mogą ich gonić, i wtedy też trzeba będzie walczyć.
Ale wtedy już o własne życie.
Kto ma dobry karabin i widzi coś wartego uwagi, też próbuje szczęścia w tym odstrzale bizonów.
Ale już za chwilę druga strona  zaczyna się organizować, i ktoś mądry zaczyna rzucać granaty, by zniechęcić potencjalnych poszukiwaczy skarbów z rozbitego taboru.
Daje się słyszeć okrzyki dowodzenia.

Pora więc na odwrót, nim tamci wygrzebią się z ruin, i zorganizują kontratak.
Czujne oko polowego dowódcy wyłapuje nagły zwrot akcji, która już za moment może przerodzić się w nierówny bój .
Szybka komenda zawadiaki w rogatywce rozchodzi się stłumionym echem.
 - Dalej, zbierać się! Za dwie minuty zwijają się ubezpieczenia !
Jest podawana z ust do ust po skraju lasu, obsadzonym mieszaniną karabinów, samopałów, pepesz i wszystkiego innego co może zabić wroga.

Dwa tchnienia i już ich nie ma.
Najgorsze przed nimi.
Trzydzieści kilometrów marszu z bronią. A może biegu i walki ?
Podwodami przez bagna i lasem na przełaj przecież jechać się nie da.
Ale im dali popalić.
Pełen sukces.
Ktoś w biegu nagle dostaje olśnienia.

- Cholera jasna, a gdzie ten Felek ?

Dostał pistolet, i miał trzymać pod lufą koryto rzeczki, żeby ktoś tamtędy nie podlazł jeśli wpadnie tam wagon.
A wycofać się miał dwie minuty po zamilknięciu  karabinu maszynowego strzelającego w wagony i umundurowanych uciekinierów na nasypie.
No już jaśniej wytłumaczyć chyba się nie dało.
Znajdzie się.
Może jest już gdzieś z przodu. żeby oddać mapnik przewodnikowi.
Zresztą. To jego pierwsza akcja. Pewnie ma pietra.
Te małolaty.
.....................

Cztery godziny później.
Pobliskie miasteczko będące pod kontrolą okupanta.
Dawna szkoła, zaadoptowana na koszary.
Kancelaria.
Telefon zaczyna wariować, i nawet nikt nie czeka na trzeci dzwonek żeby go odebrać.
Podoficer mało nie połamał nóg na wypastowanej podłodze.
Biegł jak opętany. Byle tylko najszybciej odebrać czarne monstrum wyjące na biurku.

- Halo?
- Co tam u was znowu w tej Awissie* ? zaskrzypiał stary lis.
- Tak, tak jest. Melduję się Panie majorze. Był atak.
- Wykolejony skład kolejowy w drodze na front, jak myślę?
- Zgadza się, no zaskoczyli ich.
- Jakieś straty ?
- Dwudziestu zabitych żołnierzy od ognia i pięćdziesięciu rannych w wyniku ostrzału partyza... , znaczy bandytów, oraz samego wypadku spowodowanego wysadzeniem torowiska.
- Tak..... Akcja odwetowa zostanie przeprowadzona już jutro, cooo ?
- Tak jest.
- Dwie najbliższe wioski?
- Oczywiście. Kobiety także.
- A bandyci ?
- Tak, jednego złapaliśmy. Był ranny w nogi. Dosyć młody. Próbował wyciągać skrzynię amunicyjną z przewróconego wagonu. Miał pistolet. Ale bez amunicji. Skończyła mu się. Miał tylko jeden magazynek.
- No i co tam, z nim ?
- Melduję, był sam. Podszedł korytem cieku wodnego, który przepływa pod nasypem kolejowym. Skrzynki z amunicją spadły mu na nogi, kiedy wyciągał jedną z nich przez uszkodzoną ścianę leżącego wagonu.
- To ładować go zaraz na jakąś furmankę i jazda do nas !
- Nie. No, niestety nie można go dowieźć na przesłuchanie.
- Zabity?
- Tak jest! Znaczy, zastrzelony przy próbie ucieczki !
- Z wami to tak zawsze. stary major nawet nie krył zawodu
- Tak jest, no nie nasza wina..
- Dobra, już wiem co trzeba. Cześć! Aaa, halo! Tylko chociaż tam wszystko przeszukajcie. Łusek poszukać do sprawdzenia, z czego oni tam strzelali. Nooo, do roboty. Acha, a tego zastrzelonego dajcie do nas mimo wszystko. Zrobi mu się jakieś oględziny, zdjęcia, ooo... i sekcje może. Porządek musi być. Czołem!


*Bołdyn – powieść Jerzego Putramenta

piątek, 14 lipca 2017

Na bagnety. 1939 /text po tuningu

 Kiedy pomysły na przekleństwa się kończą, a ich moc sprawcza osiąga już tylko poziom myślenia życzeniowego, znaczy że jest źle.
Pora więc znaleźć w odmętach prawie pustej ładownicy ostatnią pełną łódkę załadowaną nabojami.
Dmuchnąć w nią nawet gdy jest czysta, tak na spokój głowy.
Po czym, spokojnym ruchem, podać na ostatni posiłek swojemu smokowi o drewnianym ogonie, żeby miał czym wskrzesić ogień ze swojej stalowej paszczy, zwanej przez żołnierzy po prostu lufą.
Strzelisz tak jeszcze razy kilka w jakieś miejsca gdzie widzisz hełmy lub coś wartego ognia i leżysz czy klęczysz za ukryciem, czekając na rozkazy.
Oczywiście ty nie jesteś jedyny, bo cały twój oddział walczy.
Jeśli ktoś ma więcej amunicji to tylko dla tego że wydarł ją przypadkiem z oporządzenia zabitego towarzysza broni.
Czasem oddają też sami ranni, kiedy ostatnich sił im braknie na walkę
Meldunki są minusami a rozkazy plusami w tej instalacji elektrycznej naszego pokoju wojny.
Całość jak prąd pływa po linii walczących żeby na koniec końców wygenerować iskrę decyzji tam gdzie dwa przewody się łączą. Czyli u dowódcy.
Ten lokalny władca już wie, że jedynym panaceum na dolegliwość beznadziejnej sytuacji jest frontalny atak z ostrzem osadzonym przy brzegu lufy.
Taka stara świecka, wojskowa tradycja.
I czas rozpocząć jej akty.
Młody, elegancki i zasadami rozpoczyna dyrygowanie swoim smyczkiem:
- Bagnet na broń ! krótko,treściwie i donośnie.
Po tej komendzie każdy wie że żarty się skończyły.

Strzelać sobie może i mniejszy i większy, silny i sprytny. Inteligent i człowiek z gminu ma w miarę równe szanse. Wszyscy posługują się wszak techniką, a jedyna siła której potrzebujemy przy strzelaniu, to ta pochodząca z palca wskazującego. Oczywiście upraszczając schemat ponieważ żeby donieść broń na miejsce walki też trzeba coś z siebie dać.

Kiedy padnie ów sygnał,  wiesz że teraz liczą się tylko dwie rzeczy.
Szczęście i siła.
Szczęście by dobiec, nie będąc trafionym, a siła by walczyć.
Tam, w starciu twarzą w twarz nie będzie negocjacji i żadnych rozmówek.
Będzie się tylko lała krew i pękały kości. 
Tam facet zmierzy się z mężczyzną.
Sam ze sobą. I my z nimi.

Już za chwilę mięśnie ruszą do wyścigu i tylko czekasz na to by stać się stadem wilków które z jednym ostrym kłem pomkną tracąc zmysły lecz nie gubiąc ducha.

Leżycie.
Niepewność odcinają wzajemne spojrzenia.

- Przygotować granaty ! to już żółte światło.

Za daleko na skuteczny rzut, ale dowódca przypomina by mieć to jajko niespodziankę zawsze tam gdzie trzeba.

To już sekundy.

Podkurczam kolana, by się dobrze wybić z piasku.

- Do ataku! Naprzód! zielona łuna komendy wypycha nas z pozycji.

- Huraaaaaaaaa ! ten okrzyk łączy nas już w jedno.

Staję szybko do biegu, obniżając ramiona, pochylając głowę i robiąc wszystko by być niezauważalnym sprinterem wyścigu wojny.

Nogi już same pracują jak szalone.

Zaraz mi coś błyska w głowie.
Wiem  że czegoś zapomniałem...

Aaa tak....
Miałem się przeżegnać.



czwartek, 13 lipca 2017

Zainspiruj mnie

Zostań sobą, księżycem,
Rozświetl ścieżkę podejścia,
Odpal w noc strumień świateł
Zmień niedzielę na piątek,
Sieknij w gniazdo mej głowy,
Zrób ekstazę grą słowa,
Oka blaskiem zbudź język,
Spraw bym pisał do rana,
I się budził tak świeży,
Buduj myśli, zgaś gusła,
Bądź mą szklanką dla trunku,
Lawą głodu mojego,
Tak po prostu coś powiedz, a ja padnę ze śmiechu,
Wyślij tylko wiadomość, a pobiegnę maraton,
Zrób to wszystko co możesz, czyli popatrz znów na mnie,
Zarżnę siebie za słowo,
A wszystko to, nim mnie dotkniesz...

Niby nic a tak wiele,
No a po co coś więcej ?
 


środa, 12 lipca 2017

Modlitwa żołnierza

Przeżyć, nie myśleć, zapomnieć, zgnieść emocje, wypluć złe sny, odegnać natręctwa, patrzeć na swoje kroki,
Wsiąść w dobry drakkar który ominie nieuniknione,
Zająć właściwe miejsce którego nie strawi ogień,
Być we właściwym miejscu we właściwym czasie,
Patrzeć na własne słowa i wietrzyć podstęp,
Nie wikłać się w intrygi i wiedzieć jak je wykryć,
Mieć dobrą minę do złej gry, i grać dobrze przy złej minie,
Nie myśleć o śmierci bo to trawi duszę, a śmierć i tak spada nagle – wtedy gdy umierasz ze śmiechu słuchając dowcipu lub budzisz się po dobrej nocy, gdy jesz obiad, gdy podnosisz kamień a jedynym sposobem na długie życie to brak strachu przed końcem…
Zapomnieć się w muzyce,
Nie zajadać problemu,
Wyczyścić swój oszczep,
Mieć dostatecznie dużą tarczę i podnieść ją wtedy gdy trzeba lub opuścić w dobrej chwili…
Słuchać tych którzy chcą wylać na Ciebie swe życie gdy sam pływasz w oceanie smutku i nie wylewać swoich myśli byle komu bo najgorszym wrogiem jest fałszywy przyjaciel z jednej transzei.
Słuchać ludzi których języka nie pojmujesz, wierzyć im bezgranicznie a jednocześnie być gotowym by odeprzeć cios w plecy…
Starać się by zgubna mamona nie została Twoim Bogiem i nie gryźć poduszki w bezsenną noc.
Trzymać nerwy na wodzy i ważyć słowa,
Nie dawać innym argumentu w dłoń i mieć trzy odpowiedzi na jedno słowo,
Nikogo nie zniszczyć i być gotowym na walkę ramię w ramię z tym którego jeszcze wczoraj nie chciałeś znać…
Czekać na miłość która przyjdzie albo dać szansę tej która dogorywa…
Nie zatruć się rzeczywistością i nie dążyć na spotkanie prawdy absolutnej przy której puszka Pandory może okazać się pyłkiem w popiołach bólu…
Tak mi dopomóż Bycie kimkolwiek jesteś i jaką masz postać, gdziekolwiek byś teraz był i jak bardzo ważne decyzje podejmował w miejscu które nie ma przestrzeni, gdzieś gdzie nie płynie czas i gdzie myśl wyprzedza światło.

26 STYCZNIA 2014

niedziela, 9 lipca 2017

Przy piwie w 1939. Na jesieni jakoś

Tiaaaa.
Było to chiba koło dwudzistego pirszego roka.
Taak. Pamiętam jak dziś.
Tfu. Job tfaju mać. Nadali ich psia krewi całe mrowie bolszewii.
Jedziem my między olszynami, patrzym, a tam bolszewiki na nas suną. Całe mrowi.
Ciągneli jakieś jałoszki, no ze dwora pewnie podebrali.
No dziadostwo jedne.
To co my robim? Psia ich mać.
Dawaj najprzód w ataki.
Pognał ja swoju klaczku aż jej jęzor bokiem wylezł i opuszam ja swoju lancu i dawajjj swoim kijaszkiem pierszego z brzega spuścił ja z konia.
I tak się to dziadostwo zaklinowało na nim że musiał ja to wyrzucić w szmaty i puścić bo by mnie wygieło, posadziło z tego siodła prosto w pastwisko.
Takk.
No i jak ja posadził tego pierwszego to dawaj dalej w te pędy na nich.
I miał ja małzera, taki rewolwier, tylko że z długom lufom i dawaj ja na nich z tym moim kulomiotem.
Pach i leży, pach i leży.
No i dalej ja tak. I pach, i pach, i pach.
Celował ja i siekał ich jak te szynki. A wyginali się jak kiełbasa w stodole na weselu u Mańki.
I strzelał tak ja aż mi naboji sie nie pokończyli.
Pierwszo myślał ja że coś się ścieło pod zamkiem ale jak ja zobaczył że to naboji brakło to dawaj ja rzucił tego rewolwera, a miał ja go na rzemieniu takim na ćwierć kciuka to go ja rzucił po prostu z ręki
Nooo i co ja zrobił..???
Aaaa?
A ja w te pędy za szablu.
Taaaa
I dawaj ja ciąć !
Od lewa do prawa, pierez łeb na szyje i karki.
Spuścił ja ich kilka w diabłu, a padali jak te robaki na trawie.
Tak było !
Cioł ja ich bez litości aż sam nie dostał przez łeb i aż mnie pomdliło troszki.
Job ich mać.
Taaa.
Tak było...

No Panie do domu pora.
I nam, bo jutro w pole.
No i wam w drogę póki noc bo w dzień coś lata wszędzi.
Lata, fruwa i węszy.
Jak za frontu u Nimca Panie.
Ale to już inna historia.

Weźcie tej co ja przyniósł słoniny. Tam leży. W gazecie ja zawinął.
Bedzie co jutro wam zjeść.

Dobrej nocy !

piątek, 7 lipca 2017

Zasadzka /1939/

Ten po lewej błyskawicznie zmienił się w zapałkę sztormową, eksplodującą żarem, którego blask wpierw spostrzegłem na zegarach kokpitu a za moment poczułem na własnej twarzy.
Z kolei lecący po prawej stronie, nagle z nieprawdopodobnym przyspieszeniem  wzniósł się w górę, jednocześnie zwalniając cały ładunek z pod własnych skrzydeł.
Co się dzieje?
Co to za kolorowe korale omiatają moje skrzydła nie mogąc jeszcze ich drasnąć?
Wszystko to trwało sekundy przed zrzuceniem ładunku na wrogą jazdę którą mieliśmy zniszczyć.
Radio zwariowało, by po głuchym uderzeniu w mój kadłub nagle zamilknąć.
Błyski i świecące strumienie  rozbiły naszą formację w kilka chwil.
Ten kto przeżył pierwszy ogień, natychmiast zmienił swoje położenie w powietrzu by zniknąć z celownika artylerzysty.
Zrzucam na oślep ładunek bomb i daję ostrego nurka w dół, by za kilka chwil dostrzec mrugającą ścianę lasu.
To tam zaczaiła się ich obrona przeciwlotnicza...
Wpadliśmy w ich plan jak dzieci.
Ubezpieczyli swoje zaskoczenie zniszczeniem okopanych dział, po czym zaczęli zwiewać tam gdzie mają parasole ochronne wszelakiej maści przygotowanych i dobrze ukrytych działek.

Kręcę głową jak szalony żeby nie wpaść przypadkiem na maszynę jakiegoś kolegi, który wpadł na ten sam pomysł wydostania się z opresji co i ja.
Czuję bez przerwy głuche uderzenia pocisków, bijących o kadłub mojego ptaka.
Oby nie uszkodziły czegoś ważnego.
Patrzę przez celownik na ścianę lasu i odruchowo wciskam spust karabinu, żeby drogo sprzedać swą skórę.
Trafię, nie trafię, a coś im namieszam.
Siekę tak, aż zmuszony jestem uciekać przed niechybnym zderzeniem z dębami.
Jeszcze moment i oderwiemy się od ich ognia.

Unoszę maszynę ponad drzewa dokładnie w miejscu gdzie wpakowałem większość swojego zapasu amunicji i widzę potężny czerwony rozbłysk pod skrzydłami.
Musiałem jednak w coś trafić !
Nie zapomniałem też o manewrze który umożliwi strzelcowi spokojny wgląd w teren poniżej niezbędny do wysłania całego magazynka  pozdrowień.
Seria strzelca urywa się po sekundzie i widzę w zegarach czerwony blask dochodzący z tyłu kadłuba mojej maszyny szturmowej.
 - Dostaliśmy !
Szybko. Trzeba zorientować się w położeniu, i być może przygotować do awaryjnego lądowania.
- A co z moim parterem?
Zapięte pasy utrudniają ruchy i odwracam się z wysiłkiem.
Za chwilę już wiem że lądowania awaryjnego nie będzie.
Kątem oka widzę nieruchomą postać strzelca pokładowego z żarzącą się czerwoną flarą zamiast jego twarzy.


Kilkaset metrów niżej i dalej...

Ogniomistrz klnie jak szewc, próbując gasić pożar gałęzią świerku.

- Cholera jasna ! Co za bałwan załadował taczankę benzyną, i ją tu zostawił ?
- Co za mistrz świata, na kanistry z paliwem, postawił skrzynki z czerwonymi nabojami do pistoletu sygnałowego ?
- Sylwestra tu chcieliście urządzać?
- Całe szczęście że to wybuchło w górę!
- Partacze!
- Nieroby!
- Gasić to piaskiem!
- Prędko, w try miga !
- Cała wojna z wariatami. Jak cię nie zbombardują, to wysadzą w powietrze...
- Cymbały !

Telefon dyżurny

Stoi na parapecie,
Lśni, czeka i błyszczy.
Jego blask obezwładnia, rojem słonecznych refleksów,
Archaiczna i niezawodna tarcza sypie w oczy cyframi,
Przewód na pół palca, zwinięty w misterną sprężynę, na pewno przekaże wszystko, co wykrzyczą druty.
Patrzę się na niego regularnie.
Czekam, aż zaiskrzą wieści.
Nie sprawdzam czy jest sygnał, bo może w ten moment zadzwonią.

I bym tak czekał, forever na zawsze, gdybym nie zobaczył że kabel nie jest wpięty, a na dokładkę ta wtyczka nie pasuje do gniazdek, od lat nastu już co najmniej.

czwartek, 6 lipca 2017

Już widać ich twarze ! /1939/

Katedra ściany lasu ma oczy.
Wszystkie w hełmach i rogatywkach z orłem w koronie.
Hełmy obtarte a rogatywki zakurzone lecz wciąż zawadiacko tkwiące na ogolonych czuprynach.

Już ich widać.
Wodospad walki podąża w ich kierunku, wciąż pełny werwy mimo przerzedzenia celnymi salwami ołowiu puszczonymi w ruch gramami prochu.

Mkną też konie bez jeźdźców, a gdzieniegdzie po dwóch na jednym grzbiecie.
Ktoś trzyma wciąż błyszczącą szablę, a inny nabity na lancy nieprzyjacielski hełm.
Pogruchotani lecz wciąż w bojowej formacji gotowej do walki.
Hałas narasta wraz z coraz bardziej powiększającymi się sylwetkami zwierząt i ludzi w tumanach pyłu.
Tuż  za potężnym tabunem co i raz wykwitają pojedyńcze gejzery spóźnionego ostrzału obudzonych dział.
Strzelać sobie mogą. Ale tylko na wyczucie, bo ariergarda jako jeden z rozkazów miała bezwzględne niszczenie i rozbijanie celowników wszelakiej broni ciężkiej.
Na wysadzanie luf w stylu Kmicica nie było ani czasu ani środków.
Nie mniej jednak rozbite okopy szybko ożywiają się i oblizują swoje rany.
To ważny sygnał, który wskazuje na profesjonalizm wroga. Ktoś tam już dowodzi i przygotowuję ripostę. Niekoniecznie słowną.
Jeśli nie siła argumentów, to argument silnego strzału.

Mają jeszcze kilkaset metrów, kiedy nad ich karkami zaczyna rozgrzmiewać ponury odgłos silników.

- Samoloty !

Oni już zdają sobie sprawę z sytuacji i gonitwa ponownie rozkwita cwałem lub każdym innym stylem jazdy który pozwoli oszukać pobojowisko, wyciągające dłonie po zdobycz.

Ciemnozielona eskadra w szyku potężnej ławy jest coraz bliżej, i wkrótce zrówna się z kawalerzystami czującymi w powietrzu wibrację silników.


Na ten moment czekała tylko w pełni rozwinięta katedra baterii przeciwlotniczej.

 - Ściągać brezenty, migiem !

-  Szybko !

- Odrzucać gałęzie z działek !

Likwidacja maskowania nie trwała nawet  dwóch sekund.

Przeładowana broń już tylko czekała  na zgranie muszki ze szczerbinką, lub uśmiech celowniczego.

Oficerowie nawet nie zdążyli krzyknąć komendy do otwarcia ognia, kiedy pierwsza salwa zagłuszyła ryk silników.


- Tak się planuje przerwanie okrążenia...

 Zarechotał stary ogniomistrz...jednocześnie gasząc niedopałek na metalowej skrzynce po amunicji.


Szturmowiec. /1939/


 Silnik wyje nieumiarkowanym apetytem na wysokooktanowe paliwo.
Strzelec pokładowy wierci się regularnie na swoim siedzisku co daje wyczuć drążek lekkimi drganiami. Przyrządy sterowania wyłapują wszelką aktywność z powierzchni całej maszyny...
Może to irytować mniej doświadczonych pilotów. Ale nie mnie.
Co prawda powinien  zmienić kombinezon lub  zrzucić kilka kilogramów, żeby skuteczniej manewrować w swoim podniebnym bunkrze, ale jest dobry. Nawet bardzo.
Więc robi co chce i ubiera jak chce, a  każdy z pilotów wybacza mu te jego specyficzne wybryki i spoglądanie na wszelkie strony.
Jego lekkie sugestie przekazywane wszelkimi sposobami też są cenne. Nie mam oczu z tyłu głowy. Częstotliwość radiowa naszej formacji nie zawsze zdąży wykrzyczeć ostrzeżenia.
Interkom komunikacji pokładowej nie działa. Niestety przestrzeliny wrogiego działka zrobiły swoje, a nowej instalacji jakoś nie ma kiedy zamontować. Dziś musimy improwizować.
Co prawda można było zameldować o defekcie, lecz wykluczyło by to nas z akcji.
A siedzieć w bazie nie chce nikt.
Zwłaszcza kiedy przeciwnik dogorywa i można jeszcze coś uszczknąć z tortu viktorii.

Trawa zaczyna kłuć w oczy, a sosny stają się co i raz niebezpiecznie duże.
Niski lot jest ryzykowny ale piekielnie skuteczny.
Zaraz wyskoczymy na wrogi zagon który skoncentrowany jest we wskazanym przez rozpoznanie rejonie.

Niestety dym na horyzoncie i skrzeczenie radiostacji zapowiada zmianę planów i bardziej skomplikowany atak niż ten planowany.
Nie będziemy kręcić kółek i rzucać dynamitu ognia na las. Czeka nas coś innego.

Formacja zaczyna zmieniać kształt i już za chwilę przybiera formę dedykowaną do walki z przeciwnikiem który jest w ruchu.

Na dole rozkwitają rozbite tabory, leżące ciała i rozrzucone po dużym obszarze końskie truchła.
Tu jeszcze kilkanaście minut temu była bitwa.
Dym i ogień wciąż okrasza to pobojowisko.
Gdzieniegdzie błyska rakieta w umówionym kolorze dla dzisiejszego dnia.
Tak. Te okopy są naszych towarzyszy,
Dla jednych jesteśmy za późno, a dla innych zdecydowanie za wcześnie.

Nabieram nieco wysokości słuchając pilnie radiowych komunikatów, i za chwilę widzę w oddali rzekę kilkuset koni mknących ku zbawiennej linii lasu.

Nasza formacja będzie atakować jednocześnie, rozwijając się w równą linię.
To będzie egzekucja.
Pierwszą falą wyślemy bomby, a następnym podejściem dokończymy dzieła przemienienia w miazgę z pomocą naszych maszynek do mięsa, które skutecznie zatrzymają niedobitki.

Reguluję obroty silnika, ustawiam klapy w położenie bojowe, i skupiam na podziałce celownika w kokpicie.
Za moment uwolnię bestie podwieszone pod moim brzuchem i skrzydłami.

Strzelec daje już mi sygnały żebym pamiętał o ustawieniu po ataku.
Mam tak skorygować lot i ustawić się względem celu żeby on mógł spokojnie wystrzelać cały magazynek w pobojowisko.

Jest niepoprawny.
Jak on potem rozpisze w książce ewidencji zużytą amunicję ?

Przecież nie atakują nas myśliwce.





poniedziałek, 3 lipca 2017

Windows 4





Parter
Perfekcja blasku nieskazitelnej symfonii dopieszczonych szyb luster

Piętro 1
Ciut lepiej niż niżej, bo nowe kwiaty z promocji. Płatkami do szyby.

Piętro 2
To samo. Piór starych firanek nie dojrzy tu nikt.

Piętro 3
Byle witryny były czyste

Piętro 4
Tu mogę być trochę sobą ale muszę otworzyć okna by słyszeć jak o mnie mówią, a oni słowem nie pisną bo widzą że otwarte
Nawet gdy zimno…

To brudne? Piwnica ?

A to nie moje…co mnie to obchodzi.
Niech ktoś posprząta rozbite szkło.
Albo niech w nie ktoś wlezie.
Wreszcie będzie o czym gadać.

- Ooo, poszedł. Ciekawe gdzie idzie.