Popularne posty

wtorek, 7 sierpnia 2018

Prawo do jazdy

Rekordzista w zdawaniu na "prawko", podchodził do niego ponad sto razy. Podchodził, podchodził i podszedł te PdJ.
Pozostaje jedynie pytanie. Czy ten człowiek ma predyspozycje by zostać kierowcą?
Tak racjonalnie rzecz ujmując to nie.

sobota, 21 lipca 2018

L4 z myslenia

Kupując coś do picia w moim ulubionym markecie średnio-powierzchniowym, którego nazwa zaczyna się na literę alfabetu będącą spółgłoską, miewam różne przygody.
Moja ostatnia z przygód polegała na zwróceniu uwagi Pani palącej papierosa przed wejściem że tu się nie pali. No i jej błyskotliwa i błyskawiczna odpowiedź polegała na wskazaniu palcem tabliczki z papierosem.
No tak. Fakt.
Tabliczka przyczepiona na kolumnie informuje że tu się pali. No ,a że stanięcie frontem do ów tabliczki powoduje obecność palacza przed głównym wejściem całkowicie usprawiedliwia palącego.
 Tym samym tabliczka którą przyczepił jakiś ktoś by kimkolwiek on nie był, zwalnia palących papieroski z myślenia, kultury, a może nawet i przestrzegania prawa.
Podobnym wzorem toku myślenia, ale w drugą stronę, posłużył się kiedyś mój współpasażer podróży koleją. Kiedy mu zwróciłem uwagę że tu się nie pali, on zaczął zdrapywać nalepkę z zakazem palenia.

poniedziałek, 28 maja 2018

Psalm o Miłości


Trzy rodzaje miłości. Trzy szczęścia, trzy koszmary i trzy pragnienia. Trzy marzenia, trzy rozbite lustra i trzy studnie bez dna.

Zjeść to szkło? Przejść po nim obojętnie? Czy po prostu pozbierać wszystkie te chwile i okruchy szczęścia swymi poranionymi ustami.

Wołałbym dłońmi, ale te mam już od dawna zrośnięte, ze stalowymi wiadrami pełnymi mojej zamarzniętej krwi.

Krew spłynęła tak szybko jak biło moje serce, kiedy patrzyłem w czyjeś oczy. Oczy były cudne, ale nie wiedziałem, że należą do bestii, która ponacinała mi żyły i podstawiła stalowe naczynia, by potem móc słomką z mojej kości spić spokojnie całą krew. Nie udało się jej,  bo pojawiła się królowa śniegu, która zamroziła wszystko swoim lodowym uśmiechem. Przepędzając demona, ale też zamieniając czas i moje ciało w lód, by móc sycić się moim widokiem odłożonego , jak się jej wydawało  lodowego ciasteczka. I ono miało być zawsze świeże.

Całe szczęście przyszła wiosna i zasklepiła moje rany dając słońcem siłę. Topiąc lód przebiegłej królowej. Wiosna to nie była osoba, ale uczucie, które spłynęło na moje myśli. To uczucie już we mnie mieszkało, ale tylko po to by przygotować mojego ducha, na spotkanie z jej duchem zamkniętym w skafandrze fizyczności.

Awangarda spotkania w atmosferze uczuć, które wyprzedziły miejsce. Miejsca nie znało żadne z nas, ale oboje wiedzieliśmy, że to nastąpi. Siłą życzeń dmuchanych ostatnim tchnieniem nadziei, lub desperacką próbą krzyku siłą płuc pełnych nikotynowego smogu. Oba węże pragnień i oczekiwań zespoliły się w jedno szepcząc hasła i odzewy w betonowej dziupli skradzionej na moment ekscytacji słowem. Bo jedyne, co było tam ważne to prawdziwość idei, słów i koncepcji dystrybucji słowa. Słowa prawdziwego, którego smuga kondensacyjna, została zamieniona w wir zielonych banknotów, którymi żywią się na co dzień krzyko-mówcy kłamstwa i cynizmu. To przed ich skanującym polem zasięgu trzeba było się skryć za betonowymi ekranami pieczary. Tam jedynie zamieszkała prawda. Prawda absolutna. Prawda uczucia niezbadanego, które ktoś kiedyś zdefiniował, ale nikt nigdy do końca poznać i nazwać nie umiał. Ktoś kiedyś podał wynik, ale nigdy nie opisał działania. Przekleństwo namalowanego smaku, które zmieniło blask życia pokoleń. Każdy gdzieś o tym słyszał, każdy kiedyś o tym czytał, każdemu ktoś o tym opowiadał, każdy to sobie wyobrażał. Ale kto zna wzór uniwersalny na podstawie którego można poznać jak działa to zjawisko?

 To kamień filozoficzny, którego szuka już każde następne pokolenie. Wynikiem jest hieroglif pokazujący serce. A co jest działaniem, które to serce utworzy? Co jest iksem, co igrekiem, gdzie potęga, gdzie ułamek.? Każdy detal jest na wagę złota, a wszyscy widzimy tylko znak równości i serce, które zmienia się czasem w napis miłość. Ale jaka jest recepta? Kto zna ten cholerny przepis? Gdzie go szukać? Odpowiedź jest banalna. Ale ona na koniec.
Ale nie sięgaj czytelniku tuż pod wodospad brzegu kartki, by chyłkiem spić esencję treści, bo to słabe. Tobie jest łatwiej. Bo możesz zamrugać i już wiesz co miałem na myśli klepiąc swoje wersy. Ja natomiast w ten wiosenny poranek, jeszcze nie wiem gdzie dopłynę ze swoimi rozważaniami. Ile razy skreślę, a ile sam siebie odkryję. Oby tylko kapiące łzy nie rozmazały tuszu pióra.
Zazdrość nie znosi porównań, nie da szansy pomyłce. Zazdrość to macocha miłości. Jej niechciane dziecko. Ja użyje porównań, bo tak chyba łatwiej.

Ta strącona.     .
Miłość bywa jak samolot. Jest paliwo, to leci. Ma gdzieś oblodzenie, nie zawraca w miejscu. Powie coś i poleci. Im szybciej, tym piękniej. Młoda jest jak myśliwiec, a starsza niczym bombowiec. Różnica niewielka, zdawałoby się banalna. Niestety niekoniecznie. Dlaczego ? Opowiem.

Myśliwce są szybkie, tak młode i roncze. Latają parami i kochają się w mocy. Im szybciej, tym lepiej, wyżej, dalej, prędzej. Niestety też czasem ktoś przemknie nad drzewami. Tam zaczai się strzelec i wszystko zabierze. Zerwie łączność, zje radość, zabawi się snami. Co prawda myśliwiec, jest mały, lecz zwinny. Spada, nurkuje, ale się ułoży. Czasem to jedynie błyśnie mu rakieta. Narobi hałasu, spłonie amunicja. Troszkę krzyku i wrzawy. Było i minęło. Blizny pozostają, ale się wyklepie. Niebo czeka dalej. Trawa nowa wzrośnie. Tu mnie oszukali, ale będzie pięknie. Młodość nie wybacza, ona zapomina. Gorzej ma się sprawa, jeśli to bombowiec.

On leci dostojnie, bardzo często stadem. Jeśli go rozproszysz, to na pewno zadrży. Ale grupą żyje, więc powróci w stado. Gorzej, kiedy ogień jest diablo skuteczny. Trafi gdzieś w zbiorniki, i wywoła pożar. Odtrącony spada, długo płonie w locie. No ale niestety jest tam jedno ale. Kiedyś półtonówki, potem atomowe. teraz to wychodzi, że neutronowe. Zanim spadnie, zginie, to zwolni je płynnie. Nim on wyparuje, to zwolni ładunek. Niszcząc świat i paląc. Nie będzie litości, i to nie jest zemsta. Czysta konsekwencja. Nie wyrachowanie, zwykły zew domina. Świat innym zostawi. Po nas tylko ogień.

Tak jest różnica w miłości strąconej. Dalej będzie gorzej, pokażę nad miłość.

Nadmiłość.
To stan bliski niebu, dotknięcia atłasu, zmiany myśli w diament, zakrzywienia czasu.
Wysuniesz mu krzesło, on kładzie się z kołdrą. Uśmiechniesz się do niej, a ta już z walizką. To efekt emocji. Te bywają zgubne. Gorzej, kiedy serce wchodzi tam gdzie rozum...
Uspokójmy więc wiersz emocji...
Gdy czyjeś jestestwo opanowuje cały twój intelekt, przepycha własne myśli do twojej głowy, a co gorsza ty robisz to ze swoimi w jego kierunku.

Ewangelia w/g miłości. To tworzy się między wami. Słowa tworzą emocje. Pijecie je z własnych oczu. Mówicie do siebie nie wiadomo co, a każde ze zdań jest warte Nobla. I tak płyniecie tworząc swoimi osobowościami jeden nurt. I nie jest spokojniej. Bo to nie kończąca się delta ujścia Wodospadu Amazonki.

I wtedy, prawie przypadkiem odrywacie wasze ciała. Ale nie piękno stóp, czy ideał przedramienia. Odkrywacie ich jedność, a wasze spełnienie zamienia się w rytuał, a ten nie wiedząc kiedy staje się modlitwą. Tworzycie się jednością i w tej jednej chwili jesteście epicentrum wszechświata. Czy trwa to godzinę, trzy, czy kwadrans. To nie ważne. Czas i tak jest złudzeniem, a wy odkrywacie drogę do innego wymiaru. Tam gdzie przepustką jest miłość.

Ale ta przepustka jest jak banknot rozcięty na pół. Tylko oboje możecie stworzyć bilet. A on jest wydawałoby się na okaziciela, ale dziwnym trafem wydrukowane są na nim wasze imiona.

Jeśli spotkasz taką osobę i ona odskoczy gdzieś w mgłę i nie możesz już jej znaleźć, nic już nie będzie takie samo. A zawyżenie poziomu poprzeczki intelektualnych wyżyn szczęścia może okazać się poszukiwaniem szklanki wody gazowanej na Saharze. Może odnajdziesz kiedyś szczęście, a może już zawsze będziesz nosić kamyk w skarpetce. Nikomu nie życzę. Bo to już potem nie jest życie. To raczej latanie nad chodnikiem, ale cały świat ci zazdrości i za wszelką cenę chce ściągnąć cię do swego poziomu nieodśnieżonej drogi życia. No i masz się cieszyć, że możesz chodzić. Ale ty chcesz latać. Pozostaje więc udawać.
Lub jeśli nie udawać to przeżywać za dwoje, co w ostatniej już odsłonie tryptyku trącającego temat góry lodowej, której brzeg tu opisuję.

Podmiłość.

Ta najgorętsza, bo przeżywana za dwoje. Ta najlepsza, bo czysta jednomyślną szczerością. Ta szczera, bo to czasem jedyne co ma się do zaoferowania.

Niestety to z czasem dla większości okazuje się właśnie tym jedynym brakującym elementem fundamentu życia.

Przez druga stronę tak często wyśmiane, zgniecione, sponiewierane, sprowadzone do postaci zawartości małej kieszonki w spodniach. Kompletnie zlane.

I tak miesiącami, dekadami, może tylko dniami. Ale tak mocno przepracowane bo w jednym ciele za dwoje więc usycha tak samo szybko jak się pojawia lub oddala się, niknąc w mroku własnej duszy, która wrzuca ciało w wir pasji, pracy, walki, krzyku za, krzyku przeciw. Wszystkiego, co nie pozwoli pamiętać. Dać zasnąć bez chemii. Nie dać się zaciągnąć na skórzaną sofę pełną już za chwilę wilgotnych pochłaniaczy fizycznej formy emocji w płynie.

Zrobić wszystko, żeby zapomnieć. Schować ten diament za zachyłkami serca.

I oczywiście najczęściej druga strona się opamiętuje. Ale jest już za późno. Bo miłość, życie, spełnienie, wszystkie ochy i achy zostały przepracowane już za dwoje w życiu jednej osoby. Bo ona chciała to dzielić a musiała tak kochać siebie za niego.

I wtedy nadchodzi to inne. Bo ta istota, tak bardzo kochana, wszystko pojmuje. Ale jest już za późno. I wtedy to tamta oniemiała z wrażenia tego, co straciła,  już nie kocha. Ale cierpi, i często za dwoje.

Obiecałem na koniec podać wzór równania. Pisząc to myślałem w jednym wymiarze. Niestety koncepcja miłości ma tylko jedno rozwiązanie.

To jest na pewno równanie, którego rozwiązaniem jest miłość poprzedzona znakiem równości. Ale przed znakiem równości po jego zakrytej stronie nie ma nic innego jak to samo słowo. Też miłość. Bo miłość równa się miłość. I nie ma tu nic do gadania.

Ale jest jedno małe "ale". Miłość nie może być uwarunkowana ani ograniczona. Nie może zależeć albo wynikać, ona może tylko istnieć. Tak więc tej czystej i prawdziwej wypływającej z duszy mogą dostąpić tylko byty wyższe, którym obce są potrzeby posiadania, oglądania, obcowania z wszelakimi kanonami piękna, bogactwa i każdego innego stanu skupienia i postrzegania materii.

To wszystko to wiedza, która nie jest nowa. Ona jest dostępna, leżąc cieniem na ulicy. Ale najczęściej widzą ją tylko ludzie starzy, którzy głęboko pochyleni życiem, płyną walcząc z czasem. A zazwyczaj z jego nadmiarem. Zwłaszcza, kiedy ten ich dogania i oplata siecią mnożącą jedną godzinę przez cztery.

Bo to co najgorsze to to, co nas potyka. Kiedy już za późno i to nie samotność. To żal, żal prawdziwy za tym, że się bało, czekało lub oblało kubłem zimnej wody kogoś tak ważnego. Żal prawdziwy, że się zapomniało o jednym i tym najważniejszym. Aby żyć i dać kochać.

Amen

poniedziałek, 14 maja 2018

Na i tcha

Przyszła, a raczej to ja ją znalazłem. Ją, ale to ono. Bo to jest to. Przyszło i zamerdało ogonem. Złożyło się w kulkę i leży pod stołem, wącha i czuje.
 Patrzy się ze ścian, liże po plecach. Rozkłada skrzydła, liczy pióra. Łaskocze w nadgarstki, ale nie mija.
Nie jest złe, nie jest dobre, nie daje i nie zabiera. Ono po prostu jest i nie pójdzie. Bo gdzie ma iść jeśli przy mnie jest jego dom. Jego namiot, tipi i zielone kiwi. Wszystko czego co potrzebuje to spokój i bagaż doświadczeń huraganowego życia które udało ci się przemycić do świata egzoszkieletów z twarzami w fejsach i bukach.
 Tak bardzo chciałbyś je pokazać każdemu, ale po co. Połowa ukradnie i potem zgubi, a druga nie zrozumie i dla pewności pomacha na do widzenia.
Jeśli już spadnie ostatnia kropla oceanu jego świty, to możesz być nawet o szklance mleka cały dzień, ,a noc zostanie twoim magicznym jesiennym porankiem.
Mogą krzyczeć, stukać, pukać i mlaskać. A Tobie to wszystko jedno. Bo ono tu jest, lepsze niż siódemka  w totka, bardziej smakowite niż drugie piwo na imprezie. Piękniejsze niż śmig na nartach.
Ono jest. Tak jak radosna kuna na ciepłym asfalcie po deszczu, która chciała by się z Tobą pobawić.
Ale nic z Tego nie wyjdzie, bo ono nie jest do zabawy, nie jest do podziwiania, nie jest do niczego wszystkiego co znamy. Ono staje się Twoją atmosferą. Twoim polem siłowym. Tarczem, miczął i transfuzją nad przestrzennej zajawki świeżego pyłu bluzgów i aksamitów. Ono przyszło. I już nie pójdzie. Ono. Natchnienie...

poniedziałek, 7 maja 2018

"Jestem zła i mnie nosi ," cytat z bloga

nosi nosi i nosi...i co zrobisz z tym noszeniem? możesz swoje emocje co najwyżej zjeść razem z lodami i przygnieść swoim coraz szerszym siedzeniem. A tak na poważnie, samo machanie pięścią - bo na uderzenie kogoś to trzeba mieć umiejętności lub pieniądze /na trening lub na odszkodowanie jeśli się zdecydujemy/ - więc to samo machanie nic nie daje. Jeżeli nie chcemy machać to bądźmy merytoryczni i skierujmy swą energię ku ośrodkom tworzenia przyjaznej rzeczywistości...czyli do ośrodków życia politycznego. Tam możemy pokazać na co nas stać i wykreować taką rzeczywistość- która zamieni nasze pięści w dwie dłonie klaszczące wiwaty i pokazujące naszą radość. No ale żeby iść do tej całej polityki to trzeba mieć charakter i mieć coś do powiedzenia.
A tak to denerwuj się osobo dalej, żryj "uspokajacze" popijaj je winem rozrobionym z wodą i nie oglądaj TV bo to teraz modne, no i się nie dziw w końcu że jest jak jest, a przecież to nie po mojej myśli. Bo ja jestem najmądrzejsza na świecie, jestem jedna ale w większości, bo z moich podatków kupuje się to wszystko co pokazują, no i w ogóle i wogle - wy mnie po prostu nie rozumiecie.
A wszystko to skryte pod uśmiechem i słyszanym codziennie "Dzień dobry, jak pięknie wyglądasz"
Pomimo tego że jedna ze stron myśli: "a znowu skłamie" , a druga "po co ona tak kłamie"

środa, 7 marca 2018

Zbrodnia doskonała

-Halo
-Halo , cześć. Jak leci? Co taki smutny?
-Dno, makabra, beznadzieja. Jestem w kropce.
-A co się znowu stało?
-No wiesz. Zaliczkę pobrałem, znaczy prawie mi wcisnęli ,a kompletnie nie mam pomysłu. Ani nic, ani troszkę.
-Luzik. Spoko. Zrobimy jak zwykle ja to robię.
-Czyli?
-No przyjdź do mnie na warsztaty nauki pisania powieści, czy jak to tam się będzie nazywać.
-No ale po co?
- Mówię ci przyjdź. Posłuchasz co ludzie mają do powiedzenia. Jakie super rzeczy przynoszą. Czasem nie nadążałem notować, aż kupiłem dyktafon.
-W sumie dobry pomysł. Ale jako "niby uczestnik" czy wykładowca?
-A w sumie z tym "niby uczestnikiem" to też dobry pomysł. Tylko pamiętaj żeby ponarzekać, zgrywać malkontenta, a jak trafi się naprawdę ktoś dobry to na koniec trzeba go wyśmiać. To załatwi sprawę raz a dobrze. Już się nigdy nie pokaże.
-Jesteś genialny!
-Wiem. Do zobaczenia. Cześć.
-Buźka. Nara.

poniedziałek, 5 marca 2018

Ja nieudana

Ja przekombinowana.
Lub całkowicie naiwna.
Pełna nadziei
Lub gasząca je w myślach.
Bojąca się ognia
Lub mieszkająca na Wenus.
Czująca krew w ustach
Lub wypluwająca swe zęby.
Kochająca za dużo
Lub nie znająca tej fali.
Ta która poczuła,
Jak lata się w chmurach.
I ta której, ktoś tam
Przypadkiem  pokazał
Dał dotknąć jakości,
Zawyżył poprzeczkę,
Wyturlał ideał,
I schował z jesienią.
Ta plus, plus z potęgą i ta na minusie.
Jak zwał z definicji, na pewno wciąż inna.
Mająca jedyną potrzebę, niedzieję.
Choć raz jeden w życiu, odłożyć lusterko.
Móc przejrzeć się w oczach.

sobota, 3 marca 2018

Kto jest winien?

Nikogo nie ma. Wszyscy zwiali. Znaczy po prostu spierdolili, i w sumie to ich nigdy nie było jak się okazuje. Jeden czy dwa komunikaty przez głośnik z pytaniem co zrobić z rzeczami i tyle.
Dałeś im plecak konserw, a dostałeś dużą garść próżni. Z niemachnięciem dłonią na pożegnanie.
Można stracić twarz i postawić flaszkę. Hmm, ale komu? Ludziom-nie człowiekom? Wolę już bezdomnemu żółwiowi dać sałaty na obiad. Przynajmniej pożytek będzie.
Tak czy siak batyskaf spada do dna. A żeby wolniej...gdzie tam. On się rozpędza tym szybciej im bardziej woda gęstnieje.
Wszystko trzeszczy, skowycze i się wygina. Ciekawe jak długo będzie spadać w próżnię czarnej wody zakrapianej ciśnieniem płynnej stali.
Upadek nie nastąpił, dziwne, bo spodziewałem się skał a po prostu ugrzązłem w bezlitosnym mule zamykającym nawet blask zimowej nocy. Na dokładkę skorupa batyskafu się rozpuszcza i za moment czerwona żarówka zamieni się w bramy piekieł. To już tylko moment. Już , teraz, zaraz i jestem w przedsionku psychotropii. Nie ucieknę, ale walczę. Byłem szkolony dobrze. Nic nie czuję ale szukam instynktownie ratunku. Nawet w mule. W nocnej nocy, bez nadziei ale z uporem. Może ktoś kiedyś zgubił butlę z gazem którym da się oddychać....Może.
A dno morza szerokie i głębokie. Ponadczasowo zimne.
No i jest.
Wymacany guzik w czerni głębi. Guzik do śluzy, a dalej do zapomnianej windy która tu czekała na mnie w bezimiennym zapomnieniu.
Zanim nacisnę guzik, jeden błysk geniuszu. Czy widna jedzie w górę czy tylko tak ładnie wygląda i ruszy po prostu z impetem w dół do innego świata? Hmm, na górze już byłem. Może na dole jest ciekawiej? A może to 2'nd szansa? Może pojedzie w bok?
Nie wiem. Na pewno jest czym oddychać, a może kiedy dojadę na miejsce będzie już wiosna?
Kto to wie? Ktoś na pewno. Pewnie ma dobry ubaw obserwując na ekranie to show. A może płacze bardziej niż ja lub już ma białe kciuki od ich zaciskania. Nie wiem. Widna rusza. Nawet nie musiałem naciskać guzika.

piątek, 9 lutego 2018

Tłuste Myślenice

 Idąc na pływalnię, gdzie ratuję swoje ciało przed zgubnymi skutkami nadmiernej ilości kalorii wypływających rzeką z zakupów spożywczych, zwanych obecnie w przestrzeni publicznej, "z prosta" jedzeniowymi, myślałem że nic mnie już nie zaskoczy. No i w nudnej drodze nie zaskoczyło nic, poza napisem "service" w panelu kontrolnym auta. Ale już na "wodnej siłowni", owszem. Pal licho z instruktorką zajęć ruchowych która totalnie improwizując, rozwija przedłużacz 220V, kładąc go tu i tam aby gdzieś przypadkowo nie wleciał do "ludzkiego akwarium". Przedłużacz jest co prawda na wysokości ponad półtorej metra. Ale kolumna z nagłośnieniem już "just po prostu" stoi na płytkach. Nie wiem kto się pod tym podpisuje, ale ktoś bardzo głupi. Oszczędność na bateriach, ale w standarcie co najmniej IP44 była by akceptowalna, a tam są po prostu jaja.
  No tak,  ale ja nie o tym. Bo to co mnie totalnie rozłożyło, to inicjatywa jednej z kursantek która wszystkich obecnych i zainteresowanych częstowała pączkami. Groteska w pełni. Pączki na treningu odchudzającym. Tam chyba potrzeba treningu innej maści.
 Tłuszcz tłuszczem ale nie ujmując nic dzielnym kursantkom dostałem od nich w szatni mały prezent. Definicję "Myślenice". I nie chodzi tu o nazwę geograficzną, ale bardziej nazwę psychiczną.
Nocne Myślenice.
Te które nie dają zasnąć, ślizgając się po naszej jaźni. Plany ich uliczek. które wracają do nas mimo to że mamy zamknięte oczy, a to że cisza w sypialni jest włączona na maksimum, tylko je rozświetla.
Nocne atrakcje rozmyślań, które jedni zabijają procentami, inni dymem, a co bardziej roztropni-farmakologią. Ja staram się je zmęczyć. Zmęczyć plan ich ulic, by nie wracały w wyświetlaczu  mojej podręcznej pamięci. Ale by zgnieść lub złożyć ten plan miejscowości trzeba wpierw zrozumieć.
Zrozumieć co było, żeby przeżywać co jest. A kiedy teraźniejszość stanie się akceptowalna, pomyśleć o przyszłości. A tym czasem tysiąc ruchów barkami czeka, by zmęczone dystansem ramiona pognały mózg spać.

środa, 1 listopada 2017

Książki

Książki to podstawa. Ale jest mały detal. Jeśli tylko czytamy i jest to naszą pasją to jesteśmy takim „niewidzialnym obserwatorem” czyjegoś życia. Warto nie zapominać że trzeba coś w życiu fajnego i swojego zrobić, a nie jedynie konsumować…bo czytanie to konsumpcja – intelektualna i na poziomie ale konsumpcja. Warto tak robić żeby czasem coś opowiedzieć autentycznego ze swojego życia – coś jak z książki, ale prawdziwego. Coś co sami przeżyliśmy a nie widzieliśmy na YT, FB, na półce księgarni. Życie tylko w świecie książek też jest niebezpieczne. I o ile gry, telewizja, internet jest dynamicznym zjawiskiem to świat książek jest rozciągnięty w czasie, ale też potrafi uzależnić. To jest naprawdę piękne kiedy czytam jedną książkę, a tam znajduję okruchy innej którą wciągam całym sobą jeszcze mocniej. Ale to jest wszystko iluzja i wyobraźnia a nie życie.

zmiana nazwy

Dziennik wojenny to dobra nazwa, ale nie do wszystkiego. Pisanie jest jak nurt który zmienia  koryto rzeki. Nie wiem czy na lepsze, czy na gorsze. Na pewno na inne. Inne wewnątrz mnie które wychodzi na zewnątrz zawijasami zdań i drobnicą płoci przecinków. Odnajduję je wyglądając przez okno, a kompletnie nie patrząc w telepudło papki medialnej. Więc będę tak klepać swoje kody binarne do molekuł przeznaczenia moich słów. A one niczym przecinki - zmieniają i usprawniają wszystko.

niedziela, 29 października 2017

P jak Parking

Sobotnie zakupy są naprawdę fajne. Można sobie coś kupić, no i najlepiej książkę. Poszedłem po jedzenie, kupiłem trzy dzieła. Jedzenie też. Ale że był to chleb, smalec, ogórki i kola to się lepiej nie przyznawać. No bo jak to można jeść bez wódki?
 No i tak idąc na te zakupy zaparkowałem dalej żeby mi auta nie obili, spontanicznie otwierając drzwi rodzinnych aut, które za moment zapełnią się zgrzewkami wody. A ta leci przecież za darmo z kranu.
Co prawda będąc posiadaczem czarnej armatury to ja już zauważyłem co tam mi leci z kranu, gdy ów woda odparuje, ale to szczegół. Wystarczyło by porządne filtrowanie albo odrobina dobrej woli. No ale nie liczę już ani na jedno, ani na drugie. Drogą środka piję z czajnika. Oczywiście w czajniku też jest osad znikąd i wiem że nie zniknie. Kiedyś używałem czajnika który był zasilany jedynie wodą z butelek. No i jego dno było jak nowe. Ciekawe czy u nas też by tak było? Bo akurat te butelki otwierałem za granicą.
Idąc do pieczary konsumpcjonizmu zauważyłem ładnie zaparkowany pojazd na miejscu dla niepełnosprawnych. Nawet ów pojazd miał identyfikator uprawniający do parkowania na niebieskiej zatoczce. No i dobrze. Co prawda patrząc przelotnie do środka zdziwiło mnie to, że fotele wyglądają na normalne. Ale co tam. Może właściciel ma chore stawy, kości itd. Biedny człowiek. Niech staje bliżej.
Wszedłem, kupiłem, no i wracam.
Ale widzę że ktoś pali papierosa zamykając ów auto na błękitnym podłożu. Zamyka, kończy palić coś tam robi i się mijamy. Co tam robi jego sprawa, biedny człowiek potrzebował wytchnienia.
Niemniej jednak mało się nie zakrztusiłem śliną kiedy na jego polarze zauważyłęm nazwę jednej z firm ochroniarskich która być może nawet pilnuje ów centrum.
No dobrze, może pomagał komuś niepełnosprawnemu i wyjmował coś od strony kierowcy paląc jednocześnie papierosa. No chyba tak trzeba to widzieć z boku. Na pewno to jedyne logiczne wyjaśnienie.
 Ale jeśli ten miły Pan miał by rzeczywiście odpowiadać za bezpieczeństwo centrum handlowego, a to było jego auto i należne mu miejsce dla osób niepełnosprawnych, to nie należy się dziwić że po centrum handlowym w PL  może biegać wariat z nożami i atakować ludzi. A na koniec obezwładniają go sami klienci. Bo nie oczekujmy od kogoś kto ma więcej niż 50 lat szybkiej interwencji, która się najczęściej musi sprowadzać do sprintu wymijającego tłum uciekający w panice klientów i po prostu sprzedania "kopa wpierdol" facetowi. Tak żeby mu wypadły te oba, dwa nożydła, a on sam przestał stanowić zagrożenie dla innych i siebie. Ale żeby obezwładnić kogoś takiego i podjąć z nim walkę - trzeba wpierw do niego dobiec. I oby niepełnosprawność nie zaliczała się do niepełnosprawności uniemożliwiającej nagły i intensywny wysiłek fizyczny. A i tak na pewno  w przypadku rozliczania po ewentualnym incydencie z ofiarami jego tłumaczenie rozpoczęło by się od machania niebieskim identyfikatorem wyciągniętym zza szyby auta. Auta stojącego na miejscu dla niepełnosprawnych.

środa, 25 października 2017

Kiosk

Do pracy mam na 7.30.
I dobrze  by było, być na czas, bo trzeba obgadać kilka tematów przed 8 rano. A jak coś się odłoży na potem to znając życie, te potem przemieni się w nigdy i obrośnie pajęczyną zroszoną kurzem.
Potem niby przypadkiem wpadnie za szafkę, i znajdzie to za rok kontrola. Oczywiście niespodziewana, ale za to taka, która pierwsze co zrobi to zacznie odsuwać meble. No i wtedy kłopoty murowane. Ale teraz szybko. Do kiosku.
Ooo, mam szczęście. Jest otwarty i kolejki nie ma. Super. Zdążę wszystko załatwić przed pracą.
- Dzień dobry, Pani.
- A, dzień dobry. Witam. Czym mogę służyć?
- Chciałbym zmienić poglądy.
- Oczywiście. Już służę uprzejmie. Który formularz podać?
- A ten biały. Bardzo proszę. Gdzie mam podpisać?
- A tu ma dole. Proszę podać jeszcze tylko numer PESEL.
- A znaczków skarbowych nie potrzeba kupić???
- A nie, do białych nie.
 Pani kioskarka znacząco mrugnęła tylko okiem i pobieżnie sprawdziła zgodność wpisanych danych, z tymi z dowodu.
Nawet nie powiedziała dziękuję.
Trzask zamykanego przed nosem okienka wywołał na moim ciele gęsią skórkę.
Wiem. Mam przejebane. Nic to. Jutro też jest dzień.
A ciekawe że białych leżała na stole cała kupka. Czyżby "kapitulacja" była hańbą? Nie wiem. Tak tego nie odbieram. Przecież lubię patrzeć na swoje odbicie w lustrze.
Szkoda tylko że od jutra jedyne lustro jakie zobaczę to będzie te w toalecie celi.
Hmm. Trudno.
Ale podobno mają tam WIFI.

piątek, 20 października 2017

Zegarmistrz

Auuu.
Krótki ale intensywny ból w okolicach nadgarstka opanowuje moje ciało.
Dziabnięcie nożem w dłoń wyszło jak wściekły lew zza baobabu.
Raz a dobrze. Poprawiać nie trzeba.
Zimno - ciepło.
Zimna stal - gorąca krew.
Stal spada z brzękiem na płytki a krew zaczyna oblepiać moje dłonie. Próbuję ucisnąć drugą dłonią ranę ale strumień tylko się wzmaga i czerwień oblepia wszystko.
Niby taka mała dziurka a leci i leci.
Szybko, pod zimną wodę, ale to nic nie daje. Biorę szmatę i owijam dłoń, ale czuję jak strumyk płynie z wolna. Co robić? Krwi jest coraz więcej. To nie żarty. Trzeba dzwonić na pogotowie.
Szybko, biorę telefon.
Intuicyjnie go odblokowuję ale za moment trafia mnie jasny szlak bo lepkie ręce od krwi nie pozwalają wybrać numeru na szybce wyświetlacza. Jakieś szaleństwo. Staram się wytrzeć ręce o ścierkę ale to co wytrę, zaraz jest znów na dłoniach. Moje nerwy potęgują wszystko, a serce zaczyna walić jak szalone. Krew z kolei zaczyna płynąć mocniej wraz z każdym jego uderzeniem.
Jakiś dramat. Obłęd. Otwieram okno i chcę krzyknąć "na pomoc" ale na początku się nieco wstydzę, a za chwilę kiedy nabieram powietrza i krzyczę swój hejnał, z pobliskiego balkonu rozbrzmiewają jak na komendę rytmy muzyki z głośnika. Wszystko zagłuszone.
Zaczyna mi kręcić się w głowie, muszę usiąść.
Nie zwalniam ucisku ale czuję jak krew płynie, i coraz bardziej mi słabo.
Drętwieją mi nogi, osuwam się, opieram o kaloryfer. Drżę delikatnie. Nie dam rady trzymać dalej mojego opatrunku. Ogarnia mnie niemoc. Muszę odpocząć. Tylko chwilę. Jak mi słabo.
I te rytmy.... Cooo, co to za muzyka?
Jest coraz głośniejsza. Mi jest coraz bardziej słabo, obraz mi się rozpływa, na przemian mi zimno i gorąco, a ta cholera muzyka tylko wyje i wyje. Odpocząć, muszę odpocząć. Tylko chwilę. Czuję plecami kaloryfer.
I słyszę tylko tę muzukę....

"..i kiedy przyjdzie także po mnie...., zegarmistrz światła purpurowy...."



REP4

Chory być nie lubi nikt. Ani fizycznie, ani nie fizycznie. Z tym że gdy cierpi dusza w połączeniu z ciałem to nawet piwo nie pomoże. Znaczy jedno na pewno nie pomoże. Ale ja dziś nie o tym, chociaż znając swoje pisulstwo to zacznę od tabletek, a skończę na mostach pontonowych. Taki jestem. Amator. Ale nie gawędziarz, raczej realista. Dla tego też lista moich czytelników raczej spada niż rośnie. I co prawda kusi mnie żeby zacząć pisać coś nie o tyle śmiesznego, co lekkiego, by mieć milion lajków i wygenerować setki wielbicielek które pijąc wieczorną herbatę w objęciach kota i cieple kocyka odstawią kolejne ostatnie lody, ale jeszcze daje sobie szansę. Wszystko mi mówi żeby smalił tym stylem. Już to że podejście do komputera trwa cały dzień jest sygnałem pozytywnym  w moim świecie skrajności.
 Dobra. Więc idę do tego ulubionego lekarza i tam niespodzianka. Numerki w rejestracji. Oczywiście nie wierzę że są dezynfekowane i pobieram nieświadomie wirusy poprzedników, które z pewnością oblepiły miłą dla dłoni powierzchnię. Siedzę więc z tym numerkiem i czekam, gapiąc się w wyświetlacz LED, gdzie reklama jest ważniejsza chyba niż mój numer który jest schowany gdzieś pomiędzy proszkiem na upławy, a pastylką na ból zęba. Wszystko oczywiście w każdym możliwym kolorze, poza czerwonym. Można przecież skojarzyć go z czymś nienaturalnym. Czyli krwią która w nas płynie. Cisza, szmer rozmowy zza drzwi przybytku ozdrowieństwa, i jeszcze większa cisza.
  Wraz z tą wszechobecną próżnią rozmowy, ogarnia mnie dziwne uczucie zaburzenia rytuału. Tej tradycji przekazywanej z ojca na syna, matki na córkę i pokolenia PRL na pokolenie REP4. Co to za tradycja zapytacie? Bardzo prosta. Zawiera się w jednym prostym schemacie który łamie lody ciszy w poczekalni, pozwala nawiązać niezobowiązującą rozmowę, zagadnąć niby pod tym pozorem do pięknej dziewczyny lub młodej kobiecie do interesującego wydawało by się mężczyzny. "Słowo klucz". Zdanie tradycja...

- Przepraszam, kto ostatni w kolejce do gabinetu ?

wtorek, 10 października 2017

Plusy ujemne

 Telewizji nie oglądam bo nie mam telewizora. Znaczy kiedyś kupiłem, ale został tam gdzie go postawiłem. No a jeśli teraz znowu nabędę drogą kupna, oczywiście w formie licytacji na aledrogo, to i tak będę jedynie klepać kreskówki. Jakoś nic autentycznego tam poza bajkami nie znajduję.
 Tak czy siak pasjami klepałem niegdyś któryś tam sezon mega szlagieru gdzie krew lała się wiadrami, a głowy były częściej wyrywane niż jedzony obiad. No i nawet chyba zostały przyznane ów produkcji jakieś tam nagrody. A jeśli nie nagrody to na pewno zdobywał podium w rankingach popularności. No coś pięknego. Krew, pot, strzały, łuki i garki na głowie. I tak do zajebania, znaczy zajechania czy zrozumienia. Bili się o jakiś złom czy tron. Tak to jakoś było.
 Drugim biegunem moich zainteresowań jako mężczyzny oczywiście będą filmy "X" których oczywiście nie ogląda nikt poza mną. Ja się przyznaję bo mogę się przyznać. Żony nie mam ;)
Nie chodzi tu że klepię je 24/24. Czasem popatrzę przy lampce i tyle.
Tak czy inaczej ciekawi mnie mały detal. Jak to jest że filmy o zabijaniu można obejrzeć w sumie bez przeszkód, a filmy  na których pokazują z zasady dwie zadowolone i uśmiechnięte osoby które się dobrze bawią, są uznawane za "niemoralne", no a już na pewno nie można ich obejrzeć spokojnie w kinie. Dziura w głowie jest normą, a nagi człowiek to powód do wstydu. Czemu tak jest? Nie wiem.
Oczywiście upraszczam temat ale chodzi mi bardziej o wskazanie biegunów. Co jest plus a co jest minus. Wydaje mi się że zabijanie to" - " a sex "+"
 No ale chyba łatwiej jest wybić komuś zęby, niż zbudować relację, której wypadkową  /czy może skutkiem/ będzie niepohamowana fala  intymnych uniesień zwanych potocznie sexem.  Może w tym tkwi problem? Bo sytuacje rodem z filmu XXX są możliwe w życiu, o ile nie jest to przyczyną spotkania, a jego skutkiem. Mało tego, czasem życie potrafi przyćmić taki film i sprawić że będzie się patrzyło nań z politowaniem, widząc kaskady gry aktorskiej, udawanych ochów, achów i posklejanych dubli.
No ale żeby popatrzeć na taki film z dystansem, potrzeba wcześniej poczuć coś o wiele bardziej autentycznego i intensywnego. A żeby coś takiego przeżyć trzeba umieć pobudzić do działania najbardziej erogenny narząd naszego ciała. Czyli mózg. Swój również, ale przede wszystkim czyjś. A to już wiedza tajemna. Bo myślenie staje się w naszych czasach jeśli nie alchemią, to poszukiwaniem kamienia filozoficznego. Kamienia który jest rozdrobniony, starty w pył i przemieniony w atrament, a ten wylany piórem na stronice pergaminu.

Szklana pogoda

  Szyby niebieskie od telewizorów to była jedyna poświata wieczorna w oknach jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nuda biła z życia zakrapianego kolejką. O świcie po świeże kajzerki, a wieczorem oczy w dziennik i film po nim. Bułeczki były jedyne w swoim rodzaju, no a dzieci szły spać po 19 kiedy wieczorynka dobiegła końca.
Wiele się teoretycznie zmieniło od tamtych czasów kiedy dwa programy były wyrocznią i jeziorem kultury. Oczywiście drugi program był tam gdzie dochodził sygnał telewizyjny. Antena wyłapująca sygnał ówczesnego WIFI  była tak samo ważna jak odbiornik. W czasie ścierania kurzy trzeba było ją odłożyć na to samo miejsce. Moc sygnału okna na świat.
Było minęło? Niekoniecznie.
  Nie praktykuję gapić się ludziom w telefon, ale czasem się zdarza. Nawet przypadkiem, kątem oka w kolejce czy poczekalni do czegoś tam niezmiernie ważnego. Tekstu nie czytuję i odwracam wzrok, ale barwa sama wpada dwoma kolorami tej tęczy przekazu. Co ciekawe w większości przypadków jest to kolor niebieski z białymi połaciami. Ciekawe jest to że dotyczy to większości ludzi. Wszyscy klepią fejsa.
Tak więc historia zatoczyła koło pomimo technologicznej miniaturyzacji, powszechności i nie limitowanego dostępu.
Szklana pogoda została zamieniona na fejspogodę.
Resztę sobie można dopowiedzieć oglądając teledysk Lombardu. Najlepiej w oryginalnej pierwszej wersji. Będę nowoczesny i wkleję link, czy może linka. Nie wiem. W moich okolicach wychodziło się "na dwór" ,a tu gdzie piszę wychodzi się "na pole".

https://www.youtube.com/watch?v=SCrR7od_fck

czwartek, 5 października 2017

Sztachetą w płot

Zbierając sztachety słów walające się po przestrzeni dnia, której wibracje wyłapują moje zmysły, czasem wolał bym być chociaż troszkę głupszy.
Stare dziecinne przysłowie powtarzane jak mantra na korytarzu brzmiało: "pierwsze słowo do dziennika - drugie do śmietnika". No i po kilku dekadach infiltracji życia dochodzę do wniosku że jest to po prostu jakaś tam dowolna ludowa interpretacja jednej z wielu teorii Freuda. Bo wszelakie
przejęzyczenia, puszczone bez hamulców pełne zdania, i inne luźne zawijasy słów duszy, które wylatują chcący lub niechcący z ust mówią o nas same za siebie.
Wylatują szybko. A potem dłuższą postojówką komitetu osiedlowego, czy innej kilkuosobowej zbieraniny są usilnie prostowane. Prostowane lub zaginane celowo tak, by wybielić się z czarnego lub zaczernić całą biel wylaną może nawet i mrugnięciem oka.
 I pomyśleć że cały ten krótki monolog wywołało u mnie jedno rzucone w drzwiach zdanie:"z przyzwyczajenia wzięłam więcej".
Jak je odczytać? Czy tak że ktoś lubi bardziej słone, mocniej kwaśne, czy extra ostre?
Czy może po prostu że jak jest czegoś więcej, czy za pół darmo, to trzeba brać ile wlezie. Nawet jeśli przy wiosennych porządkach trzeba będzie wyrzucić do kosza, bo nam się zemdliło jeszcze szybciej niż upłynął termin ważności.
Oczywiście to tylko teoria, ale odkąd z kupy śniegu pod moim domem, w środku zimy ktoś zabrał sobie łopatę do jego odgarniania /pomimo że była stara/, to ja już chyba zawsze będę szukał drugiego dna.