Popularne posty

środa, 1 listopada 2017

Książki

Książki to podstawa. Ale jest mały detal. Jeśli tylko czytamy i jest to naszą pasją to jesteśmy takim „niewidzialnym obserwatorem” czyjegoś życia. Warto nie zapominać że trzeba coś w życiu fajnego i swojego zrobić, a nie jedynie konsumować…bo czytanie to konsumpcja – intelektualna i na poziomie ale konsumpcja. Warto tak robić żeby czasem coś opowiedzieć autentycznego ze swojego życia – coś jak z książki, ale prawdziwego. Coś co sami przeżyliśmy a nie widzieliśmy na YT, FB, na półce księgarni. Życie tylko w świecie książek też jest niebezpieczne. I o ile gry, telewizja, internet jest dynamicznym zjawiskiem to świat książek jest rozciągnięty w czasie, ale też potrafi uzależnić. To jest naprawdę piękne kiedy czytam jedną książkę, a tam znajduję okruchy innej którą wciągam całym sobą jeszcze mocniej. Ale to jest wszystko iluzja i wyobraźnia a nie życie.

zmiana nazwy

Dziennik wojenny to dobra nazwa, ale nie do wszystkiego. Pisanie jest jak nurt który zmienia  koryto rzeki. Nie wiem czy na lepsze, czy na gorsze. Na pewno na inne. Inne wewnątrz mnie które wychodzi na zewnątrz zawijasami zdań i drobnicą płoci przecinków. Odnajduję je wyglądając przez okno, a kompletnie nie patrząc w telepudło papki medialnej. Więc będę tak klepać swoje kody binarne do molekuł przeznaczenia moich słów. A one niczym przecinki - zmieniają i usprawniają wszystko.

niedziela, 29 października 2017

P jak Parking

Sobotnie zakupy są naprawdę fajne. Można sobie coś kupić, no i najlepiej książkę. Poszedłem po jedzenie, kupiłem trzy dzieła. Jedzenie też. Ale że był to chleb, smalec, ogórki i kola to się lepiej nie przyznawać. No bo jak to można jeść bez wódki?
 No i tak idąc na te zakupy zaparkowałem dalej żeby mi auta nie obili, spontanicznie otwierając drzwi rodzinnych aut, które za moment zapełnią się zgrzewkami wody. A ta leci przecież za darmo z kranu.
Co prawda będąc posiadaczem czarnej armatury to ja już zauważyłem co tam mi leci z kranu, gdy ów woda odparuje, ale to szczegół. Wystarczyło by porządne filtrowanie albo odrobina dobrej woli. No ale nie liczę już ani na jedno, ani na drugie. Drogą środka piję z czajnika. Oczywiście w czajniku też jest osad znikąd i wiem że nie zniknie. Kiedyś używałem czajnika który był zasilany jedynie wodą z butelek. No i jego dno było jak nowe. Ciekawe czy u nas też by tak było? Bo akurat te butelki otwierałem za granicą.
Idąc do pieczary konsumpcjonizmu zauważyłem ładnie zaparkowany pojazd na miejscu dla niepełnosprawnych. Nawet ów pojazd miał identyfikator uprawniający do parkowania na niebieskiej zatoczce. No i dobrze. Co prawda patrząc przelotnie do środka zdziwiło mnie to, że fotele wyglądają na normalne. Ale co tam. Może właściciel ma chore stawy, kości itd. Biedny człowiek. Niech staje bliżej.
Wszedłem, kupiłem, no i wracam.
Ale widzę że ktoś pali papierosa zamykając ów auto na błękitnym podłożu. Zamyka, kończy palić coś tam robi i się mijamy. Co tam robi jego sprawa, biedny człowiek potrzebował wytchnienia.
Niemniej jednak mało się nie zakrztusiłem śliną kiedy na jego polarze zauważyłęm nazwę jednej z firm ochroniarskich która być może nawet pilnuje ów centrum.
No dobrze, może pomagał komuś niepełnosprawnemu i wyjmował coś od strony kierowcy paląc jednocześnie papierosa. No chyba tak trzeba to widzieć z boku. Na pewno to jedyne logiczne wyjaśnienie.
 Ale jeśli ten miły Pan miał by rzeczywiście odpowiadać za bezpieczeństwo centrum handlowego, a to było jego auto i należne mu miejsce dla osób niepełnosprawnych, to nie należy się dziwić że po centrum handlowym w PL  może biegać wariat z nożami i atakować ludzi. A na koniec obezwładniają go sami klienci. Bo nie oczekujmy od kogoś kto ma więcej niż 50 lat szybkiej interwencji, która się najczęściej musi sprowadzać do sprintu wymijającego tłum uciekający w panice klientów i po prostu sprzedania "kopa wpierdol" facetowi. Tak żeby mu wypadły te oba, dwa nożydła, a on sam przestał stanowić zagrożenie dla innych i siebie. Ale żeby obezwładnić kogoś takiego i podjąć z nim walkę - trzeba wpierw do niego dobiec. I oby niepełnosprawność nie zaliczała się do niepełnosprawności uniemożliwiającej nagły i intensywny wysiłek fizyczny. A i tak na pewno  w przypadku rozliczania po ewentualnym incydencie z ofiarami jego tłumaczenie rozpoczęło by się od machania niebieskim identyfikatorem wyciągniętym zza szyby auta. Auta stojącego na miejscu dla niepełnosprawnych.

środa, 25 października 2017

Kiosk

Do pracy mam na 7.30.
I dobrze  by było, być na czas, bo trzeba obgadać kilka tematów przed 8 rano. A jak coś się odłoży na potem to znając życie, te potem przemieni się w nigdy i obrośnie pajęczyną zroszoną kurzem.
Potem niby przypadkiem wpadnie za szafkę, i znajdzie to za rok kontrola. Oczywiście niespodziewana, ale za to taka, która pierwsze co zrobi to zacznie odsuwać meble. No i wtedy kłopoty murowane. Ale teraz szybko. Do kiosku.
Ooo, mam szczęście. Jest otwarty i kolejki nie ma. Super. Zdążę wszystko załatwić przed pracą.
- Dzień dobry, Pani.
- A, dzień dobry. Witam. Czym mogę służyć?
- Chciałbym zmienić poglądy.
- Oczywiście. Już służę uprzejmie. Który formularz podać?
- A ten biały. Bardzo proszę. Gdzie mam podpisać?
- A tu ma dole. Proszę podać jeszcze tylko numer PESEL.
- A znaczków skarbowych nie potrzeba kupić???
- A nie, do białych nie.
 Pani kioskarka znacząco mrugnęła tylko okiem i pobieżnie sprawdziła zgodność wpisanych danych, z tymi z dowodu.
Nawet nie powiedziała dziękuję.
Trzask zamykanego przed nosem okienka wywołał na moim ciele gęsią skórkę.
Wiem. Mam przejebane. Nic to. Jutro też jest dzień.
A ciekawe że białych leżała na stole cała kupka. Czyżby "kapitulacja" była hańbą? Nie wiem. Tak tego nie odbieram. Przecież lubię patrzeć na swoje odbicie w lustrze.
Szkoda tylko że od jutra jedyne lustro jakie zobaczę to będzie te w toalecie celi.
Hmm. Trudno.
Ale podobno mają tam WIFI.

piątek, 20 października 2017

Zegarmistrz

Auuu.
Krótki ale intensywny ból w okolicach nadgarstka opanowuje moje ciało.
Dziabnięcie nożem w dłoń wyszło jak wściekły lew zza baobabu.
Raz a dobrze. Poprawiać nie trzeba.
Zimno - ciepło.
Zimna stal - gorąca krew.
Stal spada z brzękiem na płytki a krew zaczyna oblepiać moje dłonie. Próbuję ucisnąć drugą dłonią ranę ale strumień tylko się wzmaga i czerwień oblepia wszystko.
Niby taka mała dziurka a leci i leci.
Szybko, pod zimną wodę, ale to nic nie daje. Biorę szmatę i owijam dłoń, ale czuję jak strumyk płynie z wolna. Co robić? Krwi jest coraz więcej. To nie żarty. Trzeba dzwonić na pogotowie.
Szybko, biorę telefon.
Intuicyjnie go odblokowuję ale za moment trafia mnie jasny szlak bo lepkie ręce od krwi nie pozwalają wybrać numeru na szybce wyświetlacza. Jakieś szaleństwo. Staram się wytrzeć ręce o ścierkę ale to co wytrę, zaraz jest znów na dłoniach. Moje nerwy potęgują wszystko, a serce zaczyna walić jak szalone. Krew z kolei zaczyna płynąć mocniej wraz z każdym jego uderzeniem.
Jakiś dramat. Obłęd. Otwieram okno i chcę krzyknąć "na pomoc" ale na początku się nieco wstydzę, a za chwilę kiedy nabieram powietrza i krzyczę swój hejnał, z pobliskiego balkonu rozbrzmiewają jak na komendę rytmy muzyki z głośnika. Wszystko zagłuszone.
Zaczyna mi kręcić się w głowie, muszę usiąść.
Nie zwalniam ucisku ale czuję jak krew płynie, i coraz bardziej mi słabo.
Drętwieją mi nogi, osuwam się, opieram o kaloryfer. Drżę delikatnie. Nie dam rady trzymać dalej mojego opatrunku. Ogarnia mnie niemoc. Muszę odpocząć. Tylko chwilę. Jak mi słabo.
I te rytmy.... Cooo, co to za muzyka?
Jest coraz głośniejsza. Mi jest coraz bardziej słabo, obraz mi się rozpływa, na przemian mi zimno i gorąco, a ta cholera muzyka tylko wyje i wyje. Odpocząć, muszę odpocząć. Tylko chwilę. Czuję plecami kaloryfer.
I słyszę tylko tę muzukę....

"..i kiedy przyjdzie także po mnie...., zegarmistrz światła purpurowy...."



REP4

Chory być nie lubi nikt. Ani fizycznie, ani nie fizycznie. Z tym że gdy cierpi dusza w połączeniu z ciałem to nawet piwo nie pomoże. Znaczy jedno na pewno nie pomoże. Ale ja dziś nie o tym, chociaż znając swoje pisulstwo to zacznę od tabletek, a skończę na mostach pontonowych. Taki jestem. Amator. Ale nie gawędziarz, raczej realista. Dla tego też lista moich czytelników raczej spada niż rośnie. I co prawda kusi mnie żeby zacząć pisać coś nie o tyle śmiesznego, co lekkiego, by mieć milion lajków i wygenerować setki wielbicielek które pijąc wieczorną herbatę w objęciach kota i cieple kocyka odstawią kolejne ostatnie lody, ale jeszcze daje sobie szansę. Wszystko mi mówi żeby smalił tym stylem. Już to że podejście do komputera trwa cały dzień jest sygnałem pozytywnym  w moim świecie skrajności.
 Dobra. Więc idę do tego ulubionego lekarza i tam niespodzianka. Numerki w rejestracji. Oczywiście nie wierzę że są dezynfekowane i pobieram nieświadomie wirusy poprzedników, które z pewnością oblepiły miłą dla dłoni powierzchnię. Siedzę więc z tym numerkiem i czekam, gapiąc się w wyświetlacz LED, gdzie reklama jest ważniejsza chyba niż mój numer który jest schowany gdzieś pomiędzy proszkiem na upławy, a pastylką na ból zęba. Wszystko oczywiście w każdym możliwym kolorze, poza czerwonym. Można przecież skojarzyć go z czymś nienaturalnym. Czyli krwią która w nas płynie. Cisza, szmer rozmowy zza drzwi przybytku ozdrowieństwa, i jeszcze większa cisza.
  Wraz z tą wszechobecną próżnią rozmowy, ogarnia mnie dziwne uczucie zaburzenia rytuału. Tej tradycji przekazywanej z ojca na syna, matki na córkę i pokolenia PRL na pokolenie REP4. Co to za tradycja zapytacie? Bardzo prosta. Zawiera się w jednym prostym schemacie który łamie lody ciszy w poczekalni, pozwala nawiązać niezobowiązującą rozmowę, zagadnąć niby pod tym pozorem do pięknej dziewczyny lub młodej kobiecie do interesującego wydawało by się mężczyzny. "Słowo klucz". Zdanie tradycja...

- Przepraszam, kto ostatni w kolejce do gabinetu ?

wtorek, 10 października 2017

Plusy ujemne

 Telewizji nie oglądam bo nie mam telewizora. Znaczy kiedyś kupiłem, ale został tam gdzie go postawiłem. No a jeśli teraz znowu nabędę drogą kupna, oczywiście w formie licytacji na aledrogo, to i tak będę jedynie klepać kreskówki. Jakoś nic autentycznego tam poza bajkami nie znajduję.
 Tak czy siak pasjami klepałem niegdyś któryś tam sezon mega szlagieru gdzie krew lała się wiadrami, a głowy były częściej wyrywane niż jedzony obiad. No i nawet chyba zostały przyznane ów produkcji jakieś tam nagrody. A jeśli nie nagrody to na pewno zdobywał podium w rankingach popularności. No coś pięknego. Krew, pot, strzały, łuki i garki na głowie. I tak do zajebania, znaczy zajechania czy zrozumienia. Bili się o jakiś złom czy tron. Tak to jakoś było.
 Drugim biegunem moich zainteresowań jako mężczyzny oczywiście będą filmy "X" których oczywiście nie ogląda nikt poza mną. Ja się przyznaję bo mogę się przyznać. Żony nie mam ;)
Nie chodzi tu że klepię je 24/24. Czasem popatrzę przy lampce i tyle.
Tak czy inaczej ciekawi mnie mały detal. Jak to jest że filmy o zabijaniu można obejrzeć w sumie bez przeszkód, a filmy  na których pokazują z zasady dwie zadowolone i uśmiechnięte osoby które się dobrze bawią, są uznawane za "niemoralne", no a już na pewno nie można ich obejrzeć spokojnie w kinie. Dziura w głowie jest normą, a nagi człowiek to powód do wstydu. Czemu tak jest? Nie wiem.
Oczywiście upraszczam temat ale chodzi mi bardziej o wskazanie biegunów. Co jest plus a co jest minus. Wydaje mi się że zabijanie to" - " a sex "+"
 No ale chyba łatwiej jest wybić komuś zęby, niż zbudować relację, której wypadkową  /czy może skutkiem/ będzie niepohamowana fala  intymnych uniesień zwanych potocznie sexem.  Może w tym tkwi problem? Bo sytuacje rodem z filmu XXX są możliwe w życiu, o ile nie jest to przyczyną spotkania, a jego skutkiem. Mało tego, czasem życie potrafi przyćmić taki film i sprawić że będzie się patrzyło nań z politowaniem, widząc kaskady gry aktorskiej, udawanych ochów, achów i posklejanych dubli.
No ale żeby popatrzeć na taki film z dystansem, potrzeba wcześniej poczuć coś o wiele bardziej autentycznego i intensywnego. A żeby coś takiego przeżyć trzeba umieć pobudzić do działania najbardziej erogenny narząd naszego ciała. Czyli mózg. Swój również, ale przede wszystkim czyjś. A to już wiedza tajemna. Bo myślenie staje się w naszych czasach jeśli nie alchemią, to poszukiwaniem kamienia filozoficznego. Kamienia który jest rozdrobniony, starty w pył i przemieniony w atrament, a ten wylany piórem na stronice pergaminu.

Szklana pogoda

  Szyby niebieskie od telewizorów to była jedyna poświata wieczorna w oknach jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nuda biła z życia zakrapianego kolejką. O świcie po świeże kajzerki, a wieczorem oczy w dziennik i film po nim. Bułeczki były jedyne w swoim rodzaju, no a dzieci szły spać po 19 kiedy wieczorynka dobiegła końca.
Wiele się teoretycznie zmieniło od tamtych czasów kiedy dwa programy były wyrocznią i jeziorem kultury. Oczywiście drugi program był tam gdzie dochodził sygnał telewizyjny. Antena wyłapująca sygnał ówczesnego WIFI  była tak samo ważna jak odbiornik. W czasie ścierania kurzy trzeba było ją odłożyć na to samo miejsce. Moc sygnału okna na świat.
Było minęło? Niekoniecznie.
  Nie praktykuję gapić się ludziom w telefon, ale czasem się zdarza. Nawet przypadkiem, kątem oka w kolejce czy poczekalni do czegoś tam niezmiernie ważnego. Tekstu nie czytuję i odwracam wzrok, ale barwa sama wpada dwoma kolorami tej tęczy przekazu. Co ciekawe w większości przypadków jest to kolor niebieski z białymi połaciami. Ciekawe jest to że dotyczy to większości ludzi. Wszyscy klepią fejsa.
Tak więc historia zatoczyła koło pomimo technologicznej miniaturyzacji, powszechności i nie limitowanego dostępu.
Szklana pogoda została zamieniona na fejspogodę.
Resztę sobie można dopowiedzieć oglądając teledysk Lombardu. Najlepiej w oryginalnej pierwszej wersji. Będę nowoczesny i wkleję link, czy może linka. Nie wiem. W moich okolicach wychodziło się "na dwór" ,a tu gdzie piszę wychodzi się "na pole".

https://www.youtube.com/watch?v=SCrR7od_fck

czwartek, 5 października 2017

Sztachetą w płot

Zbierając sztachety słów walające się po przestrzeni dnia, której wibracje wyłapują moje zmysły, czasem wolał bym być chociaż troszkę głupszy.
Stare dziecinne przysłowie powtarzane jak mantra na korytarzu brzmiało: "pierwsze słowo do dziennika - drugie do śmietnika". No i po kilku dekadach infiltracji życia dochodzę do wniosku że jest to po prostu jakaś tam dowolna ludowa interpretacja jednej z wielu teorii Freuda. Bo wszelakie
przejęzyczenia, puszczone bez hamulców pełne zdania, i inne luźne zawijasy słów duszy, które wylatują chcący lub niechcący z ust mówią o nas same za siebie.
Wylatują szybko. A potem dłuższą postojówką komitetu osiedlowego, czy innej kilkuosobowej zbieraniny są usilnie prostowane. Prostowane lub zaginane celowo tak, by wybielić się z czarnego lub zaczernić całą biel wylaną może nawet i mrugnięciem oka.
 I pomyśleć że cały ten krótki monolog wywołało u mnie jedno rzucone w drzwiach zdanie:"z przyzwyczajenia wzięłam więcej".
Jak je odczytać? Czy tak że ktoś lubi bardziej słone, mocniej kwaśne, czy extra ostre?
Czy może po prostu że jak jest czegoś więcej, czy za pół darmo, to trzeba brać ile wlezie. Nawet jeśli przy wiosennych porządkach trzeba będzie wyrzucić do kosza, bo nam się zemdliło jeszcze szybciej niż upłynął termin ważności.
Oczywiście to tylko teoria, ale odkąd z kupy śniegu pod moim domem, w środku zimy ktoś zabrał sobie łopatę do jego odgarniania /pomimo że była stara/, to ja już chyba zawsze będę szukał drugiego dna.

piątek, 8 września 2017

Eszelon myśli

Eszelonem podróż trwa bardzo długo. Niekoniecznie przyjemnie. Ale z uwagi na to że jego bieg oznaczony jest stosem dokumentów, daje to gwarancję tego, że zawsze dojedzie do celu podróży. Nawet gdy torów zabraknie.
Niegdyś czołgi na eszelonach miały zamalowane wapnem swoje oznaczenia taktyczne. To było bardzo proste i skuteczne rozwiązanie, które ograniczało możliwości identyfikacji dla wszelkiej maści osób, które wtrącają nos w nie swoje sprawy. W dobie satelitów i dronów może wydawać się to śmieszne, ale niestety najprostsze rozwiązania okazują się zazwyczaj najbardziej skuteczne.
  Tak samo bywa z myślami. Zamaskowane są naszymi doświadczeniami, siatkami maskującymi mięśni, falami fryzur i kamuflażem ubrań. Jedynie oczy nie poddają się zabiegom ukrycia ich przesłania, a ich blask zdradza wszystko. Oczywiście można założyć po prostu okulary przeciwsłoneczne, ale jest to tylko skuteczny zabieg na zgiełk ulicy. W zaciszu pomieszczeń i domostw, trzeba je zdjąć. Jeśli nie z potrzeby widzenia czegokolwiek, to po prostu w ramach dobrego wychowania. Jakiś czas temu zwróciłem uwagę rozmawiającej ze mną dojrzałej kobiecie, że rozmowa w okularach przeciwsłonecznych, patrząc w sobie w twarz jest bardzo niegrzeczna.
Bardzo ją zaskoczył ten nowy dla niej zwyczaj, a uważa się za bardzo kulturalną osobę. Niemniej jednak zdjęła je błyskawicznie. No i w sumie jak je zdjęła, to tylko mnie przeraziła. No, bywam lękliwy. Szczególnie jak rozmawiam z ludźmi niestabilnymi emocjonalnie. Dla tego chyba też, zdając sobie sama sprawę ze swoich słabości nosiła je wszędzie. No a ja, nieświadomy tego co zobaczę za tym jej maskowaniem, w dobrej wierze wygenerowałem sam sytuację wyjścia węża z wyblinki.
Cóż bywa i tak. Ale lepiej wcześniej, niż wcale.
A nie był to Gniewosz. Zobaczyłem Czarną Mambę. Nieco zahipnotyzowaną moimi brązowymi oczami, ale jednak nieziemsko, niebezpiecznego gada.
Była to moja pierwsza potyczka, po której wiedziałem, że z tej rozmowy w kolejce będą same kłopoty.

środa, 6 września 2017

Jak będę miał...

...wiadomo pieniądze. Kiedyś tak siedząc w pracy zapytałem kogoś na co wydał by wygrane na loterii miliony. Byłem złośliwy i powiedziałem że dwadzieścia pięć. Tak żeby było super.
Odpowiedź była hurraoptymistyczna. Na auto, na mieszkanie, na dom, na kilka mieszkań. A do banku był włożył i żył z procentów, i to, i tamto, i no, i ojejku. Euforia.
Ale w swej złośliwości byłem szczegółowy w pytaniach o administrowanie finansami. No i jakoś zabrakło wyobraźni mojej ofierze. Dlaczego?
Otóż my zwykłe ludki nie jesteśmy wyszkoleni życiem do administrowania takimi pieniędzmi.
Bardzo wiele osób które wygrywa w loterii fortuny, stosunkowo szybko je traci i wraca do punktu wyjścia, a nawet gorzej. Wydaje je na wszelkie sposoby, przebalowuje, lub traci je w każdy inny możliwy sposób.
I chyba widząc te zagrożenia organizatorzy "totka" wymyślili extra pensję na ileś tam lat. Żeby te miliony skapywały kroplami. Pewnie komuś się szkoda zrobiło tych milionerów którzy taplając się w złocie zapomnieli o wszystkim, i o wszystkich w koło...Zupełnie jak Midas.

Przewartościowanie

Idąc po małym centrum średniego miasta widzę różnicę lat i pokoleń. Szmateksy ustępują bankom, księgarnie sklepom z butami, a kebaby tylko się mnożą. Więc co to znaczy? I wiem i nie wiem.
Bo kiedy ludzie od których czuć w kolejce kiosku naftaliną, jedyną beletrystykę jaką uznają, są komiksy ustawek znanych telebrytów, to mi ręce opadają. Zawsze wydawało mi się że to oni mają być dla mnie autorytetami. Mam na nich spoglądać, i po mimo moich wielu, wielu wiosen, uczyć się z ich stylu życia. A ja odnajduję jedynie zmieloną papkę telewizyjnych wypocin. Do całości gorzkie żale czego ja nie mam, a co mieć powinienem. No i komórka w garści.
A całość dopełnia sobotni wyścig do sklepu po mięcho i ciacha. Szczególnie spotęgowany wolnym dniem lub długim weekendem. I to w sumie nic nie zmienia że i tak nawet w niedzielę wszystkie sklepy wciąż są otwarte. A na upartego zakupy zrobisz nawet w wielkie święto na stacji benzynowej.
No i jako bonus rozwoju kultury - obowiązkowa wizyta w galerii handlowej w niedzielę, a jak nie to chociaż w markecie. Może będzie na coś promocja. Promocja na coś, co kupisz w necie jeszcze taniej. Ale to trzeba poczekać jeden dzień na kuriera.
- Na kuriera?---a nie. Nie mam czasu. Bo będę akurat na zakupach.
No w sumie można by odebrać na poczcie. Ale tam jest zawsze kolejka. Kolejka zlecających przelew, który można zrobić przez internet.

wtorek, 5 września 2017

oBRAZEK

Wieszając obrazek na ścianie nie zawsze trzeba używać gwoździka. Można po prostu pomóc sobie taśmą klejącą lub jakimś dobrym klejem. Najczęściej jednak wybieramy klej w ładnym opakowaniu. To właśnie jest gwarantem tego że piękny klej i piękny obrazek zespolą w całość jedne wielkie wyidealizowane gówno. Które zresztą spadnie nam na głowę, gdy otwierając ze zdziwieniem oczy, ujrzymy ścianę i wyrżniemy w nią głową.
Oczy jak pierwszy raz otwarte, obrazek na głowie. A do kompletu, nasza farba z nosa na podłodze i ścianie. Która podsycana rosnącym latami ciśnieniem, oblała wszystko co spotkała na swej drodze.
Wszystko ale nie nasze oczy. Bo one teraz tylko widzą mocniej. Mocniej, głębiej, wyraźniej i czemu kurwa już zawsze wszystko.
-  Czy ktoś już wymyślił tabletki na zapomnienie?
-  No tak się składa że ja wymyśliłem. To praca. I to ta która zmusza do rozwoju. 
Nie do myślenia. Ale do rozwoju. Bo rozwój jest konsekwencją myślenia strategicznego, popartego taktycznym bagnem porażek pomiędzy wzgórzami sukcesu.
Myślenie boli. Wiem. Ale rozwój za to dodaje skrzydeł.

niedziela, 3 września 2017

Dzień ostateczny

I zszedł na ziemię ON. Wrócił. Wyczekiwany od tysiącleci. Od pokoleń ludzkich z utęsknieniem i płaczem.
I było tyle znaków głoszących ten dzień. I wszyscy wiedzieli, bo atmosfera była tak mocna. Aura tak wielka. Znaki na ziemi i niebie na to wskazywały. To było piękne. Miliony zgromadzone w ciszy czekały na ten moment. To już za czas. Bezczas i ciemność ludzka się skończy. To jest tak piękne, cudowne. Zgromadzeni mają ze sobą telefony, i internet działa. Ktoś robi wydarzenie na FB, ktoś robi live stream na YT. Transmisje szaleją w szybkości przekazu. Ludzie którzy rozrzuceni po świecie, nie są w stanie na własne oczy dojrzeć cudu też zaczynają komentować. Pierwszy z komentarzy pozbawia złudzeń:
 - Fake!



Różowe klapki

Różowe klapki nie uwłaczają mężczyźnie, zwłaszcza jeśli jego zdarte stalą dłonie mają kolor delikatnego różu. Czasem ten delikatny róż rosi się czerwienią, jeśli trening przekroczy barierę bólu. Róż poprzedza czerwień krwi, ponieważ wiśniowa krew sączy się tylko z delikatności różu.
 I kiedy jestem zmęczony, a moje oczy potrzebują kolorów zakładam po prostu różowe klapki. Bo ile można się gapić na odcienie matowej czerni i głębie zieleni bez jednego muśnięcia słońca, odbijanego zazwyczaj na powierzchni przedmiotu.
I w sumie to tylko w takich "klapencjach" da się chodzić kiedy po człapaniu w ciężkich butach odpadają paznokcie, a skóra ma przetarcia i bąble. Zawartość  bąbla czasem warto odciągnąć strzykawką, bywa zabawnie. Gorzej kiedy skarpetki są wilgotne od potu zmieszanego z krwią. Troszkę ciężko wtedy iść nawet po zakupy. No i strasznie kłuje. Zwłaszcza kiedy na rany założy się nowe skarpetki. Nie lubię plastrów i sztucznej skóry. Organizm może skutecznie oduczyć się odporności. Poza tym tak trzeba mieć rozchodzone buty i dobrane skarpetki żeby wszystko działało.
 Kiedyś spotkałem człowieka, który za wszelką cenę chciał mieć suche stopy czy może skarpetki, nie wiem. W każdym razie sporo czasu nosił reklamówki na stopach. No i wyszedł z tego niezły dramat. Nawet stać nie mógł. Leżał i kwiczał. A jego odparzone podeszwy mogły by zostać okładką czegokolwiek. No bywa i tak. Dla tego też lubię odpoczywać w klapkach, i jeśli nie różowych to mogą być tęczowe.

Najgorsze z przekleństw

Ludzie klną, przeklinają, obrażają. Są też tacy którzy rugają. Można kogoś zrugać, zbluzgać, obsobaczyć. W przekleństwach można wszystko, bo następnym krokiem jest zazwyczaj "just po prostu" agresja fizyczna. No tak przeklinanie, kończy się u mężczyzn. U kobiet nieco inaczej. Ale to inny temat, na inną dyskusję.
Więc cofając się do samej nazwy która określa zwyczajowy stek bluzgów warto znaleźć bardzo ciekawe i takie najmocniejsze. Ważne jest też środowisko przekleństwa. Czy rzucający te słowa jest kimś bliskim, czy po prostu "statystą" z ulicy.
Dla mnie osobiście najgorszym ze słów które może paść wśród dwóch mężczyzn. Najczęściej twarzą w twarz, i to przy pracy jest krótkie określenie. Coś pomiędzy osobą która coś robi słabo, a może nic nie potrafi lub robi coś do czego nie ma przekonania. Coś co obnaża cię jako mężczyzną i niejako obdziera z godności. Wbija w ziemię, i daje jednocześnie kopa w tyłek. Ustawia do pionu i łamie twoje kości. Taki jazz z nutami i improwizacja orkiestry symfonicznej. Najsmutniej kiedy to wypływa z ust kogoś wydawało by się dla ciebie ważnego, który jednak ma do ciebie jakąś tam zadrę czy swego rodzaju "si". Wylatuje to na spokojnie. I nie potrzeba tu krzyku. Po prostu pada. Jak nóż w wodzie.
- Ty szwancu.

Pokolenie palet

Pokolenie powojenne, pokolenie X, igrek, zet. I nie wiem jeszcze jakie. Aaa no tak. Ktoś w duchu generowania pomysłów na bazie idealizowania  wymyślił JP2. Każde śmieje się lub kręci nosem na następne, a z kolei wartości którym hołduje, nie za bardzo się w życiu sprawdzają. Zwłaszcza jeśli są na siłę wciskane lub podtrzymywane z uporem maniaka. Zamiana pokoleń to naturalny cykl wyznaczony w czasie, a że starsze pokolenia dzięki medycynie sobie spokojnie żyją, to cykl ten trwa dłużej. Pokolenia żyją obok siebie i dochodzi co jakiś czas do tarć, które w danych czas były rozstrzygane tylko jednostronnie  na platformach literatury. Doszło co prawda kiedyś do procesu zwłok papieża /Synod trupi/  ale to już patologia. No a że obecnie inne pokolenia bronią się jak mogą, to dochodzi do tarć. Dawno temu 80 latek, był po prostu schorowanym starcem. Teraz jest to zwyczajny, doświadczony człowiek z którym warto normalnie dyskutować i słuchać głosów jego drogi życia. No chyba że tylko ja spotykam takich ludzi na swojej drodze.
Najtrudniej jest kiedy to tacy emeryci, narzucają swoją wolę młodym pokoleniom. Wtedy to dopiero jest ciężko.  Ciężko się wybić dla twórcy, bo pula czytających jest ograniczona, i stale się zmniejsza. No i ciężko ogólnie żyć, kiedy paleta służąca do transportu staje się meblem. Mało tego, ona się wszystkim podoba i można ją wykorzystać do wszystkiego. Ale jeśli palety trafiają już do sypialni, a zakup nowego samochodu w "szeptanej prawdzie" jest nieopłacalny bo po wyjechaniu z salonu traci się ileś tam tysięcy to znaczy tylko jedno. Namieszano nam w głowach, rzecz zwykła stała się luksusem, płyta OSB materiałem na mebel. Staliśmy się "pokoleniem palet".

środa, 30 sierpnia 2017

Zgubione przecinki

 Szukając zagubionych przecinków życia odnajduję jedynie spacje pustych dziesięciozłotówek, które same się nie powiększą o magiczne jedne zero które zawsze pozwoli zatankować do pełna. Zarówno w piątkowy wieczór który zespoli go z niedzielą, lub po prostu bak mojego autka do pełna.
Gdzie wstawić przecinki można dowiedzieć się na korepetycjach, czytając uczone książki lub po prostu, ucząc się na swoich błędach. Tak samo w pisaniu, jak i w życiu. Przecinki oddechu oparte na doświadczeniu, i przecinki interpunkcji oparte na wiedzy. A skąd wyciągnąć dodatkowe zero na dziesięciozłotówce, która z kolei stanie się moim osobistym królem Jagiełło? Z pomysłu, z główkowania, z eksperymentowania wytworami snów własnej wyobraźni. To trzeba robić, bo Jaś Wędrowniczek sam nie pojawi się na półce konesera. A tymczasem wybiorę drogę środka i jutro wsadzę do portfela niebieskiego "Kazika". Z całym szacunkiem dla tego wielkiego władcy, który by przydał się w PL. Bo obecnie mamy murowaną, ale jak tak dalej pójdzie to zostawimy ją drewnianą. Ale nie w dębinie. Tylko w stosach sośniny  które zapłoną pod okiem "Wielkiego Inkwizytora". Kimkolwiek on by nie był, i jak dobrze by nie chciał. Bo historia kołem się toczy, i jeśli tego koła nie wzmocnimy łożyskiem kulkowym naszych wysiłków, to zawali się pod własnym ciężarem. Wbijając drzazgi w nasze truchła, które rozdziobią ptaszyska, patrzące z zawiścią zza płota.

Piasek na jabłkach

 Nikt oficjalnie nie słucha muzyki ludowej przełomu wieków, czyli "disco-polo", a powszechna nienawiść "elit nut" do tego rodzaju muzyki najbardziej dała mi się odczuć bardzo wymownie. Oglądając transmisję na żywo z jednego popularnych krajowych festiwali widziałem interpretację piosenki "Miała matka syna...". Interpretacja była ciekawa, bo z gitarami, i naprawdę w przystępnej dla wszystkich formie. Podobało mi się, no i ludziom na widowni, bo były bisy. I to chyba więcej niż raz. Amfiteatr szalał. A najdziwniejsze dla mnie było to że jakoś nie mogłem znaleźć potem tej piosenki ani w necie, ani nigdzie. Cóż. Może słabo szukałem.
Sukcesem tego rodzaju muzyki, jest to że nie śpiewa się tam się goryczą, smutami egzystencjonalnymi, nie przeklina się, i ogólnie przekaz jest pozytywny. I chyba w tym jest problem. Bo ludzie tam bawią się na wesoło. A nie gaszą pety w popielniczce, zalewając dym literatką wódki. Bo powszechnie jest też wiadomo, że na wesoło bawić się i pić jest fajniej. Ale to chyba wie tylko ten kto pił na wesoło. I w tym jest problem. Bo to domena młodych ludzi. Takich młodych ludzi, bez piasku na zębach, który jedzą zresztą sami dorośli razem z jabłkami życia. Bo jabłka się myje, a nie chciwie zapycha usta. Szczególnie gdy są brudne.