Popularne posty

poniedziałek, 14 maja 2018

Na i tcha

Przyszła, a raczej to ja ją znalazłem. Ją, ale to ono. Bo to jest to. Przyszło i zamerdało ogonem. Złożyło się w kulkę i leży pod stołem, wącha i czuje.
 Patrzy się ze ścian, liże po plecach. Rozkłada skrzydła, liczy pióra. Łaskocze w nadgarstki, ale nie mija.
Nie jest złe, nie jest dobre, nie daje i nie zabiera. Ono po prostu jest i nie pójdzie. Bo gdzie ma iść jeśli przy mnie jest jego dom. Jego namiot, tipi i zielone kiwi. Wszystko czego co potrzebuje to spokój i bagaż doświadczeń huraganowego życia które udało ci się przemycić do świata egzoszkieletów z twarzami w fejsach i bukach.
 Tak bardzo chciałbyś je pokazać każdemu, ale po co. Połowa ukradnie i potem zgubi, a druga nie zrozumie i dla pewności pomacha na do widzenia.
Jeśli już spadnie ostatnia kropla oceanu jego świty, to możesz być nawet o szklance mleka cały dzień, ,a noc zostanie twoim magicznym jesiennym porankiem.
Mogą krzyczeć, stukać, pukać i mlaskać. A Tobie to wszystko jedno. Bo ono tu jest, lepsze niż siódemka  w totka, bardziej smakowite niż drugie piwo na imprezie. Piękniejsze niż śmig na nartach.
Ono jest. Tak jak radosna kuna na ciepłym asfalcie po deszczu, która chciała by się z Tobą pobawić.
Ale nic z Tego nie wyjdzie, bo ono nie jest do zabawy, nie jest do podziwiania, nie jest do niczego wszystkiego co znamy. Ono staje się Twoją atmosferą. Twoim polem siłowym. Tarczem, miczął i transfuzją nad przestrzennej zajawki świeżego pyłu bluzgów i aksamitów. Ono przyszło. I już nie pójdzie. Ono. Natchnienie...

poniedziałek, 7 maja 2018

"Jestem zła i mnie nosi ," cytat z bloga

nosi nosi i nosi...i co zrobisz z tym noszeniem? możesz swoje emocje co najwyżej zjeść razem z lodami i przygnieść swoim coraz szerszym siedzeniem. A tak na poważnie, samo machanie pięścią - bo na uderzenie kogoś to trzeba mieć umiejętności lub pieniądze /na trening lub na odszkodowanie jeśli się zdecydujemy/ - więc to samo machanie nic nie daje. Jeżeli nie chcemy machać to bądźmy merytoryczni i skierujmy swą energię ku ośrodkom tworzenia przyjaznej rzeczywistości...czyli do ośrodków życia politycznego. Tam możemy pokazać na co nas stać i wykreować taką rzeczywistość- która zamieni nasze pięści w dwie dłonie klaszczące wiwaty i pokazujące naszą radość. No ale żeby iść do tej całej polityki to trzeba mieć charakter i mieć coś do powiedzenia.
A tak to denerwuj się osobo dalej, żryj "uspokajacze" popijaj je winem rozrobionym z wodą i nie oglądaj TV bo to teraz modne, no i się nie dziw w końcu że jest jak jest, a przecież to nie po mojej myśli. Bo ja jestem najmądrzejsza na świecie, jestem jedna ale w większości, bo z moich podatków kupuje się to wszystko co pokazują, no i w ogóle i wogle - wy mnie po prostu nie rozumiecie.
A wszystko to skryte pod uśmiechem i słyszanym codziennie "Dzień dobry, jak pięknie wyglądasz"
Pomimo tego że jedna ze stron myśli: "a znowu skłamie" , a druga "po co ona tak kłamie"

środa, 7 marca 2018

Zbrodnia doskonała

-Halo
-Halo , cześć. Jak leci? Co taki smutny?
-Dno, makabra, beznadzieja. Jestem w kropce.
-A co się znowu stało?
-No wiesz. Zaliczkę pobrałem, znaczy prawie mi wcisnęli ,a kompletnie nie mam pomysłu. Ani nic, ani troszkę.
-Luzik. Spoko. Zrobimy jak zwykle ja to robię.
-Czyli?
-No przyjdź do mnie na warsztaty nauki pisania powieści, czy jak to tam się będzie nazywać.
-No ale po co?
- Mówię ci przyjdź. Posłuchasz co ludzie mają do powiedzenia. Jakie super rzeczy przynoszą. Czasem nie nadążałem notować, aż kupiłem dyktafon.
-W sumie dobry pomysł. Ale jako "niby uczestnik" czy wykładowca?
-A w sumie z tym "niby uczestnikiem" to też dobry pomysł. Tylko pamiętaj żeby ponarzekać, zgrywać malkontenta, a jak trafi się naprawdę ktoś dobry to na koniec trzeba go wyśmiać. To załatwi sprawę raz a dobrze. Już się nigdy nie pokaże.
-Jesteś genialny!
-Wiem. Do zobaczenia. Cześć.
-Buźka. Nara.

poniedziałek, 5 marca 2018

Ja nieudana

Ja przekombinowana.
Lub całkowicie naiwna.
Pełna nadziei
Lub gasząca je w myślach.
Bojąca się ognia
Lub mieszkająca na Wenus.
Czująca krew w ustach
Lub wypluwająca swe zęby.
Kochająca za dużo
Lub nie znająca tej fali.
Ta która poczuła,
Jak lata się w chmurach.
I ta której, ktoś tam
Przypadkiem  pokazał
Dał dotknąć jakości,
Zawyżył poprzeczkę,
Wyturlał ideał,
I schował z jesienią.
Ta plus, plus z potęgą i ta na minusie.
Jak zwał z definicji, na pewno wciąż inna.
Mająca jedyną potrzebę, niedzieję.
Choć raz jeden w życiu, odłożyć lusterko.
Móc przejrzeć się w oczach.

sobota, 3 marca 2018

Kto jest winien?

Nikogo nie ma. Wszyscy zwiali. Znaczy po prostu spierdolili, i w sumie to ich nigdy nie było jak się okazuje. Jeden czy dwa komunikaty przez głośnik z pytaniem co zrobić z rzeczami i tyle.
Dałeś im plecak konserw, a dostałeś dużą garść próżni. Z niemachnięciem dłonią na pożegnanie.
Można stracić twarz i postawić flaszkę. Hmm, ale komu? Ludziom-nie człowiekom? Wolę już bezdomnemu żółwiowi dać sałaty na obiad. Przynajmniej pożytek będzie.
Tak czy siak batyskaf spada do dna. A żeby wolniej...gdzie tam. On się rozpędza tym szybciej im bardziej woda gęstnieje.
Wszystko trzeszczy, skowycze i się wygina. Ciekawe jak długo będzie spadać w próżnię czarnej wody zakrapianej ciśnieniem płynnej stali.
Upadek nie nastąpił, dziwne, bo spodziewałem się skał a po prostu ugrzązłem w bezlitosnym mule zamykającym nawet blask zimowej nocy. Na dokładkę skorupa batyskafu się rozpuszcza i za moment czerwona żarówka zamieni się w bramy piekieł. To już tylko moment. Już , teraz, zaraz i jestem w przedsionku psychotropii. Nie ucieknę, ale walczę. Byłem szkolony dobrze. Nic nie czuję ale szukam instynktownie ratunku. Nawet w mule. W nocnej nocy, bez nadziei ale z uporem. Może ktoś kiedyś zgubił butlę z gazem którym da się oddychać....Może.
A dno morza szerokie i głębokie. Ponadczasowo zimne.
No i jest.
Wymacany guzik w czerni głębi. Guzik do śluzy, a dalej do zapomnianej windy która tu czekała na mnie w bezimiennym zapomnieniu.
Zanim nacisnę guzik, jeden błysk geniuszu. Czy widna jedzie w górę czy tylko tak ładnie wygląda i ruszy po prostu z impetem w dół do innego świata? Hmm, na górze już byłem. Może na dole jest ciekawiej? A może to 2'nd szansa? Może pojedzie w bok?
Nie wiem. Na pewno jest czym oddychać, a może kiedy dojadę na miejsce będzie już wiosna?
Kto to wie? Ktoś na pewno. Pewnie ma dobry ubaw obserwując na ekranie to show. A może płacze bardziej niż ja lub już ma białe kciuki od ich zaciskania. Nie wiem. Widna rusza. Nawet nie musiałem naciskać guzika.

piątek, 9 lutego 2018

Tłuste Myślenice

 Idąc na pływalnię, gdzie ratuję swoje ciało przed zgubnymi skutkami nadmiernej ilości kalorii wypływających rzeką z zakupów spożywczych, zwanych obecnie w przestrzeni publicznej, "z prosta" jedzeniowymi, myślałem że nic mnie już nie zaskoczy. No i w nudnej drodze nie zaskoczyło nic, poza napisem "service" w panelu kontrolnym auta. Ale już na "wodnej siłowni", owszem. Pal licho z instruktorką zajęć ruchowych która totalnie improwizując, rozwija przedłużacz 220V, kładąc go tu i tam aby gdzieś przypadkowo nie wleciał do "ludzkiego akwarium". Przedłużacz jest co prawda na wysokości ponad półtorej metra. Ale kolumna z nagłośnieniem już "just po prostu" stoi na płytkach. Nie wiem kto się pod tym podpisuje, ale ktoś bardzo głupi. Oszczędność na bateriach, ale w standarcie co najmniej IP44 była by akceptowalna, a tam są po prostu jaja.
  No tak,  ale ja nie o tym. Bo to co mnie totalnie rozłożyło, to inicjatywa jednej z kursantek która wszystkich obecnych i zainteresowanych częstowała pączkami. Groteska w pełni. Pączki na treningu odchudzającym. Tam chyba potrzeba treningu innej maści.
 Tłuszcz tłuszczem ale nie ujmując nic dzielnym kursantkom dostałem od nich w szatni mały prezent. Definicję "Myślenice". I nie chodzi tu o nazwę geograficzną, ale bardziej nazwę psychiczną.
Nocne Myślenice.
Te które nie dają zasnąć, ślizgając się po naszej jaźni. Plany ich uliczek. które wracają do nas mimo to że mamy zamknięte oczy, a to że cisza w sypialni jest włączona na maksimum, tylko je rozświetla.
Nocne atrakcje rozmyślań, które jedni zabijają procentami, inni dymem, a co bardziej roztropni-farmakologią. Ja staram się je zmęczyć. Zmęczyć plan ich ulic, by nie wracały w wyświetlaczu  mojej podręcznej pamięci. Ale by zgnieść lub złożyć ten plan miejscowości trzeba wpierw zrozumieć.
Zrozumieć co było, żeby przeżywać co jest. A kiedy teraźniejszość stanie się akceptowalna, pomyśleć o przyszłości. A tym czasem tysiąc ruchów barkami czeka, by zmęczone dystansem ramiona pognały mózg spać.

środa, 1 listopada 2017

Książki

Książki to podstawa. Ale jest mały detal. Jeśli tylko czytamy i jest to naszą pasją to jesteśmy takim „niewidzialnym obserwatorem” czyjegoś życia. Warto nie zapominać że trzeba coś w życiu fajnego i swojego zrobić, a nie jedynie konsumować…bo czytanie to konsumpcja – intelektualna i na poziomie ale konsumpcja. Warto tak robić żeby czasem coś opowiedzieć autentycznego ze swojego życia – coś jak z książki, ale prawdziwego. Coś co sami przeżyliśmy a nie widzieliśmy na YT, FB, na półce księgarni. Życie tylko w świecie książek też jest niebezpieczne. I o ile gry, telewizja, internet jest dynamicznym zjawiskiem to świat książek jest rozciągnięty w czasie, ale też potrafi uzależnić. To jest naprawdę piękne kiedy czytam jedną książkę, a tam znajduję okruchy innej którą wciągam całym sobą jeszcze mocniej. Ale to jest wszystko iluzja i wyobraźnia a nie życie.

zmiana nazwy

Dziennik wojenny to dobra nazwa, ale nie do wszystkiego. Pisanie jest jak nurt który zmienia  koryto rzeki. Nie wiem czy na lepsze, czy na gorsze. Na pewno na inne. Inne wewnątrz mnie które wychodzi na zewnątrz zawijasami zdań i drobnicą płoci przecinków. Odnajduję je wyglądając przez okno, a kompletnie nie patrząc w telepudło papki medialnej. Więc będę tak klepać swoje kody binarne do molekuł przeznaczenia moich słów. A one niczym przecinki - zmieniają i usprawniają wszystko.

niedziela, 29 października 2017

P jak Parking

Sobotnie zakupy są naprawdę fajne. Można sobie coś kupić, no i najlepiej książkę. Poszedłem po jedzenie, kupiłem trzy dzieła. Jedzenie też. Ale że był to chleb, smalec, ogórki i kola to się lepiej nie przyznawać. No bo jak to można jeść bez wódki?
 No i tak idąc na te zakupy zaparkowałem dalej żeby mi auta nie obili, spontanicznie otwierając drzwi rodzinnych aut, które za moment zapełnią się zgrzewkami wody. A ta leci przecież za darmo z kranu.
Co prawda będąc posiadaczem czarnej armatury to ja już zauważyłem co tam mi leci z kranu, gdy ów woda odparuje, ale to szczegół. Wystarczyło by porządne filtrowanie albo odrobina dobrej woli. No ale nie liczę już ani na jedno, ani na drugie. Drogą środka piję z czajnika. Oczywiście w czajniku też jest osad znikąd i wiem że nie zniknie. Kiedyś używałem czajnika który był zasilany jedynie wodą z butelek. No i jego dno było jak nowe. Ciekawe czy u nas też by tak było? Bo akurat te butelki otwierałem za granicą.
Idąc do pieczary konsumpcjonizmu zauważyłem ładnie zaparkowany pojazd na miejscu dla niepełnosprawnych. Nawet ów pojazd miał identyfikator uprawniający do parkowania na niebieskiej zatoczce. No i dobrze. Co prawda patrząc przelotnie do środka zdziwiło mnie to, że fotele wyglądają na normalne. Ale co tam. Może właściciel ma chore stawy, kości itd. Biedny człowiek. Niech staje bliżej.
Wszedłem, kupiłem, no i wracam.
Ale widzę że ktoś pali papierosa zamykając ów auto na błękitnym podłożu. Zamyka, kończy palić coś tam robi i się mijamy. Co tam robi jego sprawa, biedny człowiek potrzebował wytchnienia.
Niemniej jednak mało się nie zakrztusiłem śliną kiedy na jego polarze zauważyłęm nazwę jednej z firm ochroniarskich która być może nawet pilnuje ów centrum.
No dobrze, może pomagał komuś niepełnosprawnemu i wyjmował coś od strony kierowcy paląc jednocześnie papierosa. No chyba tak trzeba to widzieć z boku. Na pewno to jedyne logiczne wyjaśnienie.
 Ale jeśli ten miły Pan miał by rzeczywiście odpowiadać za bezpieczeństwo centrum handlowego, a to było jego auto i należne mu miejsce dla osób niepełnosprawnych, to nie należy się dziwić że po centrum handlowym w PL  może biegać wariat z nożami i atakować ludzi. A na koniec obezwładniają go sami klienci. Bo nie oczekujmy od kogoś kto ma więcej niż 50 lat szybkiej interwencji, która się najczęściej musi sprowadzać do sprintu wymijającego tłum uciekający w panice klientów i po prostu sprzedania "kopa wpierdol" facetowi. Tak żeby mu wypadły te oba, dwa nożydła, a on sam przestał stanowić zagrożenie dla innych i siebie. Ale żeby obezwładnić kogoś takiego i podjąć z nim walkę - trzeba wpierw do niego dobiec. I oby niepełnosprawność nie zaliczała się do niepełnosprawności uniemożliwiającej nagły i intensywny wysiłek fizyczny. A i tak na pewno  w przypadku rozliczania po ewentualnym incydencie z ofiarami jego tłumaczenie rozpoczęło by się od machania niebieskim identyfikatorem wyciągniętym zza szyby auta. Auta stojącego na miejscu dla niepełnosprawnych.

środa, 25 października 2017

Kiosk

Do pracy mam na 7.30.
I dobrze  by było, być na czas, bo trzeba obgadać kilka tematów przed 8 rano. A jak coś się odłoży na potem to znając życie, te potem przemieni się w nigdy i obrośnie pajęczyną zroszoną kurzem.
Potem niby przypadkiem wpadnie za szafkę, i znajdzie to za rok kontrola. Oczywiście niespodziewana, ale za to taka, która pierwsze co zrobi to zacznie odsuwać meble. No i wtedy kłopoty murowane. Ale teraz szybko. Do kiosku.
Ooo, mam szczęście. Jest otwarty i kolejki nie ma. Super. Zdążę wszystko załatwić przed pracą.
- Dzień dobry, Pani.
- A, dzień dobry. Witam. Czym mogę służyć?
- Chciałbym zmienić poglądy.
- Oczywiście. Już służę uprzejmie. Który formularz podać?
- A ten biały. Bardzo proszę. Gdzie mam podpisać?
- A tu ma dole. Proszę podać jeszcze tylko numer PESEL.
- A znaczków skarbowych nie potrzeba kupić???
- A nie, do białych nie.
 Pani kioskarka znacząco mrugnęła tylko okiem i pobieżnie sprawdziła zgodność wpisanych danych, z tymi z dowodu.
Nawet nie powiedziała dziękuję.
Trzask zamykanego przed nosem okienka wywołał na moim ciele gęsią skórkę.
Wiem. Mam przejebane. Nic to. Jutro też jest dzień.
A ciekawe że białych leżała na stole cała kupka. Czyżby "kapitulacja" była hańbą? Nie wiem. Tak tego nie odbieram. Przecież lubię patrzeć na swoje odbicie w lustrze.
Szkoda tylko że od jutra jedyne lustro jakie zobaczę to będzie te w toalecie celi.
Hmm. Trudno.
Ale podobno mają tam WIFI.

piątek, 20 października 2017

Zegarmistrz

Auuu.
Krótki ale intensywny ból w okolicach nadgarstka opanowuje moje ciało.
Dziabnięcie nożem w dłoń wyszło jak wściekły lew zza baobabu.
Raz a dobrze. Poprawiać nie trzeba.
Zimno - ciepło.
Zimna stal - gorąca krew.
Stal spada z brzękiem na płytki a krew zaczyna oblepiać moje dłonie. Próbuję ucisnąć drugą dłonią ranę ale strumień tylko się wzmaga i czerwień oblepia wszystko.
Niby taka mała dziurka a leci i leci.
Szybko, pod zimną wodę, ale to nic nie daje. Biorę szmatę i owijam dłoń, ale czuję jak strumyk płynie z wolna. Co robić? Krwi jest coraz więcej. To nie żarty. Trzeba dzwonić na pogotowie.
Szybko, biorę telefon.
Intuicyjnie go odblokowuję ale za moment trafia mnie jasny szlak bo lepkie ręce od krwi nie pozwalają wybrać numeru na szybce wyświetlacza. Jakieś szaleństwo. Staram się wytrzeć ręce o ścierkę ale to co wytrę, zaraz jest znów na dłoniach. Moje nerwy potęgują wszystko, a serce zaczyna walić jak szalone. Krew z kolei zaczyna płynąć mocniej wraz z każdym jego uderzeniem.
Jakiś dramat. Obłęd. Otwieram okno i chcę krzyknąć "na pomoc" ale na początku się nieco wstydzę, a za chwilę kiedy nabieram powietrza i krzyczę swój hejnał, z pobliskiego balkonu rozbrzmiewają jak na komendę rytmy muzyki z głośnika. Wszystko zagłuszone.
Zaczyna mi kręcić się w głowie, muszę usiąść.
Nie zwalniam ucisku ale czuję jak krew płynie, i coraz bardziej mi słabo.
Drętwieją mi nogi, osuwam się, opieram o kaloryfer. Drżę delikatnie. Nie dam rady trzymać dalej mojego opatrunku. Ogarnia mnie niemoc. Muszę odpocząć. Tylko chwilę. Jak mi słabo.
I te rytmy.... Cooo, co to za muzyka?
Jest coraz głośniejsza. Mi jest coraz bardziej słabo, obraz mi się rozpływa, na przemian mi zimno i gorąco, a ta cholera muzyka tylko wyje i wyje. Odpocząć, muszę odpocząć. Tylko chwilę. Czuję plecami kaloryfer.
I słyszę tylko tę muzukę....

"..i kiedy przyjdzie także po mnie...., zegarmistrz światła purpurowy...."



REP4

Chory być nie lubi nikt. Ani fizycznie, ani nie fizycznie. Z tym że gdy cierpi dusza w połączeniu z ciałem to nawet piwo nie pomoże. Znaczy jedno na pewno nie pomoże. Ale ja dziś nie o tym, chociaż znając swoje pisulstwo to zacznę od tabletek, a skończę na mostach pontonowych. Taki jestem. Amator. Ale nie gawędziarz, raczej realista. Dla tego też lista moich czytelników raczej spada niż rośnie. I co prawda kusi mnie żeby zacząć pisać coś nie o tyle śmiesznego, co lekkiego, by mieć milion lajków i wygenerować setki wielbicielek które pijąc wieczorną herbatę w objęciach kota i cieple kocyka odstawią kolejne ostatnie lody, ale jeszcze daje sobie szansę. Wszystko mi mówi żeby smalił tym stylem. Już to że podejście do komputera trwa cały dzień jest sygnałem pozytywnym  w moim świecie skrajności.
 Dobra. Więc idę do tego ulubionego lekarza i tam niespodzianka. Numerki w rejestracji. Oczywiście nie wierzę że są dezynfekowane i pobieram nieświadomie wirusy poprzedników, które z pewnością oblepiły miłą dla dłoni powierzchnię. Siedzę więc z tym numerkiem i czekam, gapiąc się w wyświetlacz LED, gdzie reklama jest ważniejsza chyba niż mój numer który jest schowany gdzieś pomiędzy proszkiem na upławy, a pastylką na ból zęba. Wszystko oczywiście w każdym możliwym kolorze, poza czerwonym. Można przecież skojarzyć go z czymś nienaturalnym. Czyli krwią która w nas płynie. Cisza, szmer rozmowy zza drzwi przybytku ozdrowieństwa, i jeszcze większa cisza.
  Wraz z tą wszechobecną próżnią rozmowy, ogarnia mnie dziwne uczucie zaburzenia rytuału. Tej tradycji przekazywanej z ojca na syna, matki na córkę i pokolenia PRL na pokolenie REP4. Co to za tradycja zapytacie? Bardzo prosta. Zawiera się w jednym prostym schemacie który łamie lody ciszy w poczekalni, pozwala nawiązać niezobowiązującą rozmowę, zagadnąć niby pod tym pozorem do pięknej dziewczyny lub młodej kobiecie do interesującego wydawało by się mężczyzny. "Słowo klucz". Zdanie tradycja...

- Przepraszam, kto ostatni w kolejce do gabinetu ?

wtorek, 10 października 2017

Plusy ujemne

 Telewizji nie oglądam bo nie mam telewizora. Znaczy kiedyś kupiłem, ale został tam gdzie go postawiłem. No a jeśli teraz znowu nabędę drogą kupna, oczywiście w formie licytacji na aledrogo, to i tak będę jedynie klepać kreskówki. Jakoś nic autentycznego tam poza bajkami nie znajduję.
 Tak czy siak pasjami klepałem niegdyś któryś tam sezon mega szlagieru gdzie krew lała się wiadrami, a głowy były częściej wyrywane niż jedzony obiad. No i nawet chyba zostały przyznane ów produkcji jakieś tam nagrody. A jeśli nie nagrody to na pewno zdobywał podium w rankingach popularności. No coś pięknego. Krew, pot, strzały, łuki i garki na głowie. I tak do zajebania, znaczy zajechania czy zrozumienia. Bili się o jakiś złom czy tron. Tak to jakoś było.
 Drugim biegunem moich zainteresowań jako mężczyzny oczywiście będą filmy "X" których oczywiście nie ogląda nikt poza mną. Ja się przyznaję bo mogę się przyznać. Żony nie mam ;)
Nie chodzi tu że klepię je 24/24. Czasem popatrzę przy lampce i tyle.
Tak czy inaczej ciekawi mnie mały detal. Jak to jest że filmy o zabijaniu można obejrzeć w sumie bez przeszkód, a filmy  na których pokazują z zasady dwie zadowolone i uśmiechnięte osoby które się dobrze bawią, są uznawane za "niemoralne", no a już na pewno nie można ich obejrzeć spokojnie w kinie. Dziura w głowie jest normą, a nagi człowiek to powód do wstydu. Czemu tak jest? Nie wiem.
Oczywiście upraszczam temat ale chodzi mi bardziej o wskazanie biegunów. Co jest plus a co jest minus. Wydaje mi się że zabijanie to" - " a sex "+"
 No ale chyba łatwiej jest wybić komuś zęby, niż zbudować relację, której wypadkową  /czy może skutkiem/ będzie niepohamowana fala  intymnych uniesień zwanych potocznie sexem.  Może w tym tkwi problem? Bo sytuacje rodem z filmu XXX są możliwe w życiu, o ile nie jest to przyczyną spotkania, a jego skutkiem. Mało tego, czasem życie potrafi przyćmić taki film i sprawić że będzie się patrzyło nań z politowaniem, widząc kaskady gry aktorskiej, udawanych ochów, achów i posklejanych dubli.
No ale żeby popatrzeć na taki film z dystansem, potrzeba wcześniej poczuć coś o wiele bardziej autentycznego i intensywnego. A żeby coś takiego przeżyć trzeba umieć pobudzić do działania najbardziej erogenny narząd naszego ciała. Czyli mózg. Swój również, ale przede wszystkim czyjś. A to już wiedza tajemna. Bo myślenie staje się w naszych czasach jeśli nie alchemią, to poszukiwaniem kamienia filozoficznego. Kamienia który jest rozdrobniony, starty w pył i przemieniony w atrament, a ten wylany piórem na stronice pergaminu.

Szklana pogoda

  Szyby niebieskie od telewizorów to była jedyna poświata wieczorna w oknach jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nuda biła z życia zakrapianego kolejką. O świcie po świeże kajzerki, a wieczorem oczy w dziennik i film po nim. Bułeczki były jedyne w swoim rodzaju, no a dzieci szły spać po 19 kiedy wieczorynka dobiegła końca.
Wiele się teoretycznie zmieniło od tamtych czasów kiedy dwa programy były wyrocznią i jeziorem kultury. Oczywiście drugi program był tam gdzie dochodził sygnał telewizyjny. Antena wyłapująca sygnał ówczesnego WIFI  była tak samo ważna jak odbiornik. W czasie ścierania kurzy trzeba było ją odłożyć na to samo miejsce. Moc sygnału okna na świat.
Było minęło? Niekoniecznie.
  Nie praktykuję gapić się ludziom w telefon, ale czasem się zdarza. Nawet przypadkiem, kątem oka w kolejce czy poczekalni do czegoś tam niezmiernie ważnego. Tekstu nie czytuję i odwracam wzrok, ale barwa sama wpada dwoma kolorami tej tęczy przekazu. Co ciekawe w większości przypadków jest to kolor niebieski z białymi połaciami. Ciekawe jest to że dotyczy to większości ludzi. Wszyscy klepią fejsa.
Tak więc historia zatoczyła koło pomimo technologicznej miniaturyzacji, powszechności i nie limitowanego dostępu.
Szklana pogoda została zamieniona na fejspogodę.
Resztę sobie można dopowiedzieć oglądając teledysk Lombardu. Najlepiej w oryginalnej pierwszej wersji. Będę nowoczesny i wkleję link, czy może linka. Nie wiem. W moich okolicach wychodziło się "na dwór" ,a tu gdzie piszę wychodzi się "na pole".

https://www.youtube.com/watch?v=SCrR7od_fck

czwartek, 5 października 2017

Sztachetą w płot

Zbierając sztachety słów walające się po przestrzeni dnia, której wibracje wyłapują moje zmysły, czasem wolał bym być chociaż troszkę głupszy.
Stare dziecinne przysłowie powtarzane jak mantra na korytarzu brzmiało: "pierwsze słowo do dziennika - drugie do śmietnika". No i po kilku dekadach infiltracji życia dochodzę do wniosku że jest to po prostu jakaś tam dowolna ludowa interpretacja jednej z wielu teorii Freuda. Bo wszelakie
przejęzyczenia, puszczone bez hamulców pełne zdania, i inne luźne zawijasy słów duszy, które wylatują chcący lub niechcący z ust mówią o nas same za siebie.
Wylatują szybko. A potem dłuższą postojówką komitetu osiedlowego, czy innej kilkuosobowej zbieraniny są usilnie prostowane. Prostowane lub zaginane celowo tak, by wybielić się z czarnego lub zaczernić całą biel wylaną może nawet i mrugnięciem oka.
 I pomyśleć że cały ten krótki monolog wywołało u mnie jedno rzucone w drzwiach zdanie:"z przyzwyczajenia wzięłam więcej".
Jak je odczytać? Czy tak że ktoś lubi bardziej słone, mocniej kwaśne, czy extra ostre?
Czy może po prostu że jak jest czegoś więcej, czy za pół darmo, to trzeba brać ile wlezie. Nawet jeśli przy wiosennych porządkach trzeba będzie wyrzucić do kosza, bo nam się zemdliło jeszcze szybciej niż upłynął termin ważności.
Oczywiście to tylko teoria, ale odkąd z kupy śniegu pod moim domem, w środku zimy ktoś zabrał sobie łopatę do jego odgarniania /pomimo że była stara/, to ja już chyba zawsze będę szukał drugiego dna.

piątek, 8 września 2017

Eszelon myśli

Eszelonem podróż trwa bardzo długo. Niekoniecznie przyjemnie. Ale z uwagi na to że jego bieg oznaczony jest stosem dokumentów, daje to gwarancję tego, że zawsze dojedzie do celu podróży. Nawet gdy torów zabraknie.
Niegdyś czołgi na eszelonach miały zamalowane wapnem swoje oznaczenia taktyczne. To było bardzo proste i skuteczne rozwiązanie, które ograniczało możliwości identyfikacji dla wszelkiej maści osób, które wtrącają nos w nie swoje sprawy. W dobie satelitów i dronów może wydawać się to śmieszne, ale niestety najprostsze rozwiązania okazują się zazwyczaj najbardziej skuteczne.
  Tak samo bywa z myślami. Zamaskowane są naszymi doświadczeniami, siatkami maskującymi mięśni, falami fryzur i kamuflażem ubrań. Jedynie oczy nie poddają się zabiegom ukrycia ich przesłania, a ich blask zdradza wszystko. Oczywiście można założyć po prostu okulary przeciwsłoneczne, ale jest to tylko skuteczny zabieg na zgiełk ulicy. W zaciszu pomieszczeń i domostw, trzeba je zdjąć. Jeśli nie z potrzeby widzenia czegokolwiek, to po prostu w ramach dobrego wychowania. Jakiś czas temu zwróciłem uwagę rozmawiającej ze mną dojrzałej kobiecie, że rozmowa w okularach przeciwsłonecznych, patrząc w sobie w twarz jest bardzo niegrzeczna.
Bardzo ją zaskoczył ten nowy dla niej zwyczaj, a uważa się za bardzo kulturalną osobę. Niemniej jednak zdjęła je błyskawicznie. No i w sumie jak je zdjęła, to tylko mnie przeraziła. No, bywam lękliwy. Szczególnie jak rozmawiam z ludźmi niestabilnymi emocjonalnie. Dla tego chyba też, zdając sobie sama sprawę ze swoich słabości nosiła je wszędzie. No a ja, nieświadomy tego co zobaczę za tym jej maskowaniem, w dobrej wierze wygenerowałem sam sytuację wyjścia węża z wyblinki.
Cóż bywa i tak. Ale lepiej wcześniej, niż wcale.
A nie był to Gniewosz. Zobaczyłem Czarną Mambę. Nieco zahipnotyzowaną moimi brązowymi oczami, ale jednak nieziemsko, niebezpiecznego gada.
Była to moja pierwsza potyczka, po której wiedziałem, że z tej rozmowy w kolejce będą same kłopoty.

środa, 6 września 2017

Jak będę miał...

...wiadomo pieniądze. Kiedyś tak siedząc w pracy zapytałem kogoś na co wydał by wygrane na loterii miliony. Byłem złośliwy i powiedziałem że dwadzieścia pięć. Tak żeby było super.
Odpowiedź była hurraoptymistyczna. Na auto, na mieszkanie, na dom, na kilka mieszkań. A do banku był włożył i żył z procentów, i to, i tamto, i no, i ojejku. Euforia.
Ale w swej złośliwości byłem szczegółowy w pytaniach o administrowanie finansami. No i jakoś zabrakło wyobraźni mojej ofierze. Dlaczego?
Otóż my zwykłe ludki nie jesteśmy wyszkoleni życiem do administrowania takimi pieniędzmi.
Bardzo wiele osób które wygrywa w loterii fortuny, stosunkowo szybko je traci i wraca do punktu wyjścia, a nawet gorzej. Wydaje je na wszelkie sposoby, przebalowuje, lub traci je w każdy inny możliwy sposób.
I chyba widząc te zagrożenia organizatorzy "totka" wymyślili extra pensję na ileś tam lat. Żeby te miliony skapywały kroplami. Pewnie komuś się szkoda zrobiło tych milionerów którzy taplając się w złocie zapomnieli o wszystkim, i o wszystkich w koło...Zupełnie jak Midas.

Przewartościowanie

Idąc po małym centrum średniego miasta widzę różnicę lat i pokoleń. Szmateksy ustępują bankom, księgarnie sklepom z butami, a kebaby tylko się mnożą. Więc co to znaczy? I wiem i nie wiem.
Bo kiedy ludzie od których czuć w kolejce kiosku naftaliną, jedyną beletrystykę jaką uznają, są komiksy ustawek znanych telebrytów, to mi ręce opadają. Zawsze wydawało mi się że to oni mają być dla mnie autorytetami. Mam na nich spoglądać, i po mimo moich wielu, wielu wiosen, uczyć się z ich stylu życia. A ja odnajduję jedynie zmieloną papkę telewizyjnych wypocin. Do całości gorzkie żale czego ja nie mam, a co mieć powinienem. No i komórka w garści.
A całość dopełnia sobotni wyścig do sklepu po mięcho i ciacha. Szczególnie spotęgowany wolnym dniem lub długim weekendem. I to w sumie nic nie zmienia że i tak nawet w niedzielę wszystkie sklepy wciąż są otwarte. A na upartego zakupy zrobisz nawet w wielkie święto na stacji benzynowej.
No i jako bonus rozwoju kultury - obowiązkowa wizyta w galerii handlowej w niedzielę, a jak nie to chociaż w markecie. Może będzie na coś promocja. Promocja na coś, co kupisz w necie jeszcze taniej. Ale to trzeba poczekać jeden dzień na kuriera.
- Na kuriera?---a nie. Nie mam czasu. Bo będę akurat na zakupach.
No w sumie można by odebrać na poczcie. Ale tam jest zawsze kolejka. Kolejka zlecających przelew, który można zrobić przez internet.