Popularne posty

poniedziałek, 28 maja 2018

Psalm o Miłości


Trzy rodzaje miłości. Trzy szczęścia, trzy koszmary i trzy pragnienia. Trzy marzenia, trzy rozbite lustra i trzy studnie bez dna.

Zjeść to szkło? Przejść po nim obojętnie? Czy po prostu pozbierać wszystkie te chwile i okruchy szczęścia swymi poranionymi ustami.

Wołałbym dłońmi, ale te mam już od dawna zrośnięte, ze stalowymi wiadrami pełnymi mojej zamarzniętej krwi.

Krew spłynęła tak szybko jak biło moje serce, kiedy patrzyłem w czyjeś oczy. Oczy były cudne, ale nie wiedziałem, że należą do bestii, która ponacinała mi żyły i podstawiła stalowe naczynia, by potem móc słomką z mojej kości spić spokojnie całą krew. Nie udało się jej,  bo pojawiła się królowa śniegu, która zamroziła wszystko swoim lodowym uśmiechem. Przepędzając demona, ale też zamieniając czas i moje ciało w lód, by móc sycić się moim widokiem odłożonego , jak się jej wydawało  lodowego ciasteczka. I ono miało być zawsze świeże.

Całe szczęście przyszła wiosna i zasklepiła moje rany dając słońcem siłę. Topiąc lód przebiegłej królowej. Wiosna to nie była osoba, ale uczucie, które spłynęło na moje myśli. To uczucie już we mnie mieszkało, ale tylko po to by przygotować mojego ducha, na spotkanie z jej duchem zamkniętym w skafandrze fizyczności.

Awangarda spotkania w atmosferze uczuć, które wyprzedziły miejsce. Miejsca nie znało żadne z nas, ale oboje wiedzieliśmy, że to nastąpi. Siłą życzeń dmuchanych ostatnim tchnieniem nadziei, lub desperacką próbą krzyku siłą płuc pełnych nikotynowego smogu. Oba węże pragnień i oczekiwań zespoliły się w jedno szepcząc hasła i odzewy w betonowej dziupli skradzionej na moment ekscytacji słowem. Bo jedyne, co było tam ważne to prawdziwość idei, słów i koncepcji dystrybucji słowa. Słowa prawdziwego, którego smuga kondensacyjna, została zamieniona w wir zielonych banknotów, którymi żywią się na co dzień krzyko-mówcy kłamstwa i cynizmu. To przed ich skanującym polem zasięgu trzeba było się skryć za betonowymi ekranami pieczary. Tam jedynie zamieszkała prawda. Prawda absolutna. Prawda uczucia niezbadanego, które ktoś kiedyś zdefiniował, ale nikt nigdy do końca poznać i nazwać nie umiał. Ktoś kiedyś podał wynik, ale nigdy nie opisał działania. Przekleństwo namalowanego smaku, które zmieniło blask życia pokoleń. Każdy gdzieś o tym słyszał, każdy kiedyś o tym czytał, każdemu ktoś o tym opowiadał, każdy to sobie wyobrażał. Ale kto zna wzór uniwersalny na podstawie którego można poznać jak działa to zjawisko?

 To kamień filozoficzny, którego szuka już każde następne pokolenie. Wynikiem jest hieroglif pokazujący serce. A co jest działaniem, które to serce utworzy? Co jest iksem, co igrekiem, gdzie potęga, gdzie ułamek.? Każdy detal jest na wagę złota, a wszyscy widzimy tylko znak równości i serce, które zmienia się czasem w napis miłość. Ale jaka jest recepta? Kto zna ten cholerny przepis? Gdzie go szukać? Odpowiedź jest banalna. Ale ona na koniec.
Ale nie sięgaj czytelniku tuż pod wodospad brzegu kartki, by chyłkiem spić esencję treści, bo to słabe. Tobie jest łatwiej. Bo możesz zamrugać i już wiesz co miałem na myśli klepiąc swoje wersy. Ja natomiast w ten wiosenny poranek, jeszcze nie wiem gdzie dopłynę ze swoimi rozważaniami. Ile razy skreślę, a ile sam siebie odkryję. Oby tylko kapiące łzy nie rozmazały tuszu pióra.
Zazdrość nie znosi porównań, nie da szansy pomyłce. Zazdrość to macocha miłości. Jej niechciane dziecko. Ja użyje porównań, bo tak chyba łatwiej.

Ta strącona.     .
Miłość bywa jak samolot. Jest paliwo, to leci. Ma gdzieś oblodzenie, nie zawraca w miejscu. Powie coś i poleci. Im szybciej, tym piękniej. Młoda jest jak myśliwiec, a starsza niczym bombowiec. Różnica niewielka, zdawałoby się banalna. Niestety niekoniecznie. Dlaczego ? Opowiem.

Myśliwce są szybkie, tak młode i roncze. Latają parami i kochają się w mocy. Im szybciej, tym lepiej, wyżej, dalej, prędzej. Niestety też czasem ktoś przemknie nad drzewami. Tam zaczai się strzelec i wszystko zabierze. Zerwie łączność, zje radość, zabawi się snami. Co prawda myśliwiec, jest mały, lecz zwinny. Spada, nurkuje, ale się ułoży. Czasem to jedynie błyśnie mu rakieta. Narobi hałasu, spłonie amunicja. Troszkę krzyku i wrzawy. Było i minęło. Blizny pozostają, ale się wyklepie. Niebo czeka dalej. Trawa nowa wzrośnie. Tu mnie oszukali, ale będzie pięknie. Młodość nie wybacza, ona zapomina. Gorzej ma się sprawa, jeśli to bombowiec.

On leci dostojnie, bardzo często stadem. Jeśli go rozproszysz, to na pewno zadrży. Ale grupą żyje, więc powróci w stado. Gorzej, kiedy ogień jest diablo skuteczny. Trafi gdzieś w zbiorniki, i wywoła pożar. Odtrącony spada, długo płonie w locie. No ale niestety jest tam jedno ale. Kiedyś półtonówki, potem atomowe. teraz to wychodzi, że neutronowe. Zanim spadnie, zginie, to zwolni je płynnie. Nim on wyparuje, to zwolni ładunek. Niszcząc świat i paląc. Nie będzie litości, i to nie jest zemsta. Czysta konsekwencja. Nie wyrachowanie, zwykły zew domina. Świat innym zostawi. Po nas tylko ogień.

Tak jest różnica w miłości strąconej. Dalej będzie gorzej, pokażę nad miłość.

Nadmiłość.
To stan bliski niebu, dotknięcia atłasu, zmiany myśli w diament, zakrzywienia czasu.
Wysuniesz mu krzesło, on kładzie się z kołdrą. Uśmiechniesz się do niej, a ta już z walizką. To efekt emocji. Te bywają zgubne. Gorzej, kiedy serce wchodzi tam gdzie rozum...
Uspokójmy więc wiersz emocji...
Gdy czyjeś jestestwo opanowuje cały twój intelekt, przepycha własne myśli do twojej głowy, a co gorsza ty robisz to ze swoimi w jego kierunku.

Ewangelia w/g miłości. To tworzy się między wami. Słowa tworzą emocje. Pijecie je z własnych oczu. Mówicie do siebie nie wiadomo co, a każde ze zdań jest warte Nobla. I tak płyniecie tworząc swoimi osobowościami jeden nurt. I nie jest spokojniej. Bo to nie kończąca się delta ujścia Wodospadu Amazonki.

I wtedy, prawie przypadkiem odrywacie wasze ciała. Ale nie piękno stóp, czy ideał przedramienia. Odkrywacie ich jedność, a wasze spełnienie zamienia się w rytuał, a ten nie wiedząc kiedy staje się modlitwą. Tworzycie się jednością i w tej jednej chwili jesteście epicentrum wszechświata. Czy trwa to godzinę, trzy, czy kwadrans. To nie ważne. Czas i tak jest złudzeniem, a wy odkrywacie drogę do innego wymiaru. Tam gdzie przepustką jest miłość.

Ale ta przepustka jest jak banknot rozcięty na pół. Tylko oboje możecie stworzyć bilet. A on jest wydawałoby się na okaziciela, ale dziwnym trafem wydrukowane są na nim wasze imiona.

Jeśli spotkasz taką osobę i ona odskoczy gdzieś w mgłę i nie możesz już jej znaleźć, nic już nie będzie takie samo. A zawyżenie poziomu poprzeczki intelektualnych wyżyn szczęścia może okazać się poszukiwaniem szklanki wody gazowanej na Saharze. Może odnajdziesz kiedyś szczęście, a może już zawsze będziesz nosić kamyk w skarpetce. Nikomu nie życzę. Bo to już potem nie jest życie. To raczej latanie nad chodnikiem, ale cały świat ci zazdrości i za wszelką cenę chce ściągnąć cię do swego poziomu nieodśnieżonej drogi życia. No i masz się cieszyć, że możesz chodzić. Ale ty chcesz latać. Pozostaje więc udawać.
Lub jeśli nie udawać to przeżywać za dwoje, co w ostatniej już odsłonie tryptyku trącającego temat góry lodowej, której brzeg tu opisuję.

Podmiłość.

Ta najgorętsza, bo przeżywana za dwoje. Ta najlepsza, bo czysta jednomyślną szczerością. Ta szczera, bo to czasem jedyne co ma się do zaoferowania.

Niestety to z czasem dla większości okazuje się właśnie tym jedynym brakującym elementem fundamentu życia.

Przez druga stronę tak często wyśmiane, zgniecione, sponiewierane, sprowadzone do postaci zawartości małej kieszonki w spodniach. Kompletnie zlane.

I tak miesiącami, dekadami, może tylko dniami. Ale tak mocno przepracowane bo w jednym ciele za dwoje więc usycha tak samo szybko jak się pojawia lub oddala się, niknąc w mroku własnej duszy, która wrzuca ciało w wir pasji, pracy, walki, krzyku za, krzyku przeciw. Wszystkiego, co nie pozwoli pamiętać. Dać zasnąć bez chemii. Nie dać się zaciągnąć na skórzaną sofę pełną już za chwilę wilgotnych pochłaniaczy fizycznej formy emocji w płynie.

Zrobić wszystko, żeby zapomnieć. Schować ten diament za zachyłkami serca.

I oczywiście najczęściej druga strona się opamiętuje. Ale jest już za późno. Bo miłość, życie, spełnienie, wszystkie ochy i achy zostały przepracowane już za dwoje w życiu jednej osoby. Bo ona chciała to dzielić a musiała tak kochać siebie za niego.

I wtedy nadchodzi to inne. Bo ta istota, tak bardzo kochana, wszystko pojmuje. Ale jest już za późno. I wtedy to tamta oniemiała z wrażenia tego, co straciła,  już nie kocha. Ale cierpi, i często za dwoje.

Obiecałem na koniec podać wzór równania. Pisząc to myślałem w jednym wymiarze. Niestety koncepcja miłości ma tylko jedno rozwiązanie.

To jest na pewno równanie, którego rozwiązaniem jest miłość poprzedzona znakiem równości. Ale przed znakiem równości po jego zakrytej stronie nie ma nic innego jak to samo słowo. Też miłość. Bo miłość równa się miłość. I nie ma tu nic do gadania.

Ale jest jedno małe "ale". Miłość nie może być uwarunkowana ani ograniczona. Nie może zależeć albo wynikać, ona może tylko istnieć. Tak więc tej czystej i prawdziwej wypływającej z duszy mogą dostąpić tylko byty wyższe, którym obce są potrzeby posiadania, oglądania, obcowania z wszelakimi kanonami piękna, bogactwa i każdego innego stanu skupienia i postrzegania materii.

To wszystko to wiedza, która nie jest nowa. Ona jest dostępna, leżąc cieniem na ulicy. Ale najczęściej widzą ją tylko ludzie starzy, którzy głęboko pochyleni życiem, płyną walcząc z czasem. A zazwyczaj z jego nadmiarem. Zwłaszcza, kiedy ten ich dogania i oplata siecią mnożącą jedną godzinę przez cztery.

Bo to co najgorsze to to, co nas potyka. Kiedy już za późno i to nie samotność. To żal, żal prawdziwy za tym, że się bało, czekało lub oblało kubłem zimnej wody kogoś tak ważnego. Żal prawdziwy, że się zapomniało o jednym i tym najważniejszym. Aby żyć i dać kochać.

Amen

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę bez agresji.