Popularne posty

niedziela, 16 lipca 2017

Zagioniony batalion 1944

Front wschodni
1944
Okopy jakich wiele.


 Stoję sobie, palę papierosa, którego chowam na wszelki wypadek w hełmie, a dym puszczam mocno w dół okopu i tak sobie patrzę...
 A, siwy porucznik odejmuję lornetkę od oczu, zaraz przykuca i coś skrzętnie notuje w swoim kajeciku.
Ooo, zaczyna się dowodzenie. I to na poważnie.
Jego poprzednika dopiero co awansowali. I oczywiście przenieśli do sztabu dywizji.
Dziwne nie jest. Wytrzymał tu miesiąc.
A Iwany gniotą.
Nacierają fala za falą.
Amunicja się kończy, ale zaopatrzenie działa jeszcze pełną parą, więc co i raz można przyciągnąć świeżą skrzynkę z nabojami.
Strzelać mamy czym, ale ile tak można.
Na rozbity pluton, który szturmuje nasz odcinek co i raz rodzi się nowy i nowy.
Oni nie są nieśmiertelni.
Oni po prostu mają ludzi za nic.
Część z nich biegnie bez broni. Wychodzi z lasu i podnosi karabin od zabitych poprzedników.
O co im chodzi, to jakieś wariactwo...
Obsługa karabinu maszynowego po mojej lewej stronie wpierw zaczęła wymiotować ze zmęczenia, a teraz po prostu zemdlała.
To jakieś szaleństwo. Co prawda widziałem tu gorsze rzeczy, ale nonsens sięga absolutu.
Od doby naprzemiennie wali ich artyleria, biegną szaleńczą gonitwą ich ludzie, po czym nadlatują szturmowce z rakietami.
Nie. Nie dam już rady strzelać.
Dobrze że nie ma mrozu. Umarłbym w tym okopie.
Najgorsze że większość z nas jest ranna i po prostu wykrwawia się powoli, i mdleje.
Gdzie są te posiłki?
Dziś w nocy miał dotrzeć nowy batalion piechoty.
Gdzie oni są ?
Przychodzi sanitariusz i szepce coś na ucho porucznikowi.
Przecież i tak wszyscy wiedzą, że następny zwariował i musiaeli go przywiązać pasami do pryczy.
Rannym często zabiera się też broń, bo bywają niebezpieczni.
Z powodu niedotlenienia tracą zmysły i nawet nie wiedzą co czynią.
To jakiś koszmar.
Przekleństwo.
I do tego ten pył. On jest wszędzie.
No, dobra.
Koniec tych rozmyślań.
Trzeba coś zjeść.
Mam do wyboru pasztet konserwowy,  w trzech różnych rodzajach puszek.
Na pewno coś wybiorę.
Mniam...

Chwilę mojej konserwowej ciszy w lochach okopów przerywa głos dzwonka telefonu polowego...
No to trzeba posłuchać tego dialogu Pana porucznika ze słuchawką.
Przybliżam się na tyle ile mogę do ciemnego wejścia ziemianki dowódcy.
I słucham...
Rok z zwiadzie nauczył mnie wyciągania wniosków tylko ze słuchania jednym prawie sprawnym uchem.

- Halo. Melduje się porucznik Braun.
O, zaczyna się jak zwykle.
- Tak jest. Według rozkazu.
Dalej według szynelu rozmowy z przełożonym.
- Oczywiście. Depesza radiowa została odszyfrowana godzinę temu.
Nuda.
- Ale jak to...? I nie będzie posiłków ?
O kurka wodna !
- Halo, halo, haloooo.
Przerwana łączność, lub specjalnie się rozłączyli żeby się nie tłumaczyć i zwolnić linię.
Norma .
No to klops. Tu nie trzeba być zwiadowcą żeby dopowiedzieć sobie co mu tam nagadali. Mamy przerąbane.
No i pewnie już nas zdejmują z ewidencji.
Dobrze że jeszcze jest radio. Będzie można nadać prośbę o stukasy.
Zaraz zaczyna się ruch.
Porucznik wyskakuje z nory.
Postanawiam zrobić się niewidzialny.
- Sanitariusz! Wołać mi tu sierżanta, i to migiem. -dowodzenie zaczyna się rozkręcać.
Sierżant zjawia się w minutę, ciężko sapiąc.
Widzę kątem oka jak obaj znikają w ziemiance.
Posłuchamy dalej. Ale tym razem dialogu dwóch smutnych panów.
- Sierżancie... - rozpoczął nie śmiale porucznik.
- Tak ?
- Ten batalion....No, nie przyjechali jeszcze. Podobno gdzieś w Polsce wysadzili w powietrze tory kolejowe, i spowolniło to transporty na cały dzień...
- Hmm. Nie damy rady.
- Wiem. Już po nas.
Suche fakty zawisły ciszą w  okopie.
Porucznik zmienił ton na bardziej zasadniczy.
- Sprawdź czy ludzie mają bagnety. Wydaj im też coś mocniejszego i papierosy, jeśli jeszcze to masz...
- Tak jest !
- No cóż. Do zobaczenia.
Obaj wstali.
- Czołem sierżancie.
- Panie poruczniku?
- Tak?
- To był dla mnie zaszczyt, służyć z Panem.
- Dziękuję. Do zobaczenia na porannej mszy, gdziekolwiek by ona nie była.
Z powrotem sierżant już nie biegł.
Z ziemianki dała się chwilę później poczuć woń palonych kartek, na przemian z odgłosem ich pospiesznego rwania.

No dobra. Trzeba zastanowić się z kilkoma chłopakami jak wygląda temat nocnego patrolu w praktyce.
Patrol zrobimy na ochotnika, ale nieco w innym kierunku niż zazwyczaj.
Musiał bym być głupi zostając w tym miejscu.
Coś wymyślimy.
Mam znajomego kolegę w szpitalu polowym.
Bandaż na twarzy czyni cuda.
Bo te ruskie kartki "chodźcie do nas", jakoś nie są dla mnie przekonywujące.
Coś za często sami oddają się do niewoli.
A my ich bierzemy.
Przecież co drugi ma samogon.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę bez agresji.