Popularne posty

sobota, 10 czerwca 2017

Zaległem

Leżę i kwiczę. Kurczę się w sobie i szukam kontaktu ze swoim ciałem które zaczyna działać niezależnie od mojego mózgu. Przyciskam twarz do ziemi i otwieram usta żeby nie ogłuchnąć ale natychmiast zapełniają się tym co niosą podmuchy eksplozji.
Środowisko naturalne odrywa się od podłoża wyrywane ze swej macierzy ciśnieniem rozrywających się stalowych stożków.
Nad dźwiękowe i wybuchowe, pędzące bez opamiętania, dzieci boga wojny - artylerii. Naprowadzane z precyzją mistrza obserwacji który spokojnie i bez emocji dyktuje swoim środkiem łączności szeregi cyfr opisujące metematycznie środowisko w którym porusza się siłą żywa. Czyli my. Wszystko to co widzi własnymi oczami, tym co umie obsługiwać i  usprawnia jego wyjątkowe zmysły.
 Leżący pokotem intelekt niszczony prochem niesionym w miejsce przeznaczenia mocą wyuczonych w szkolnej ławce formułek. Tak. Uczyli go w dobrej wojskowej szkole. Pomylił się tylko z drugą salwą. Była kompletnie niepotrzebna ponieważ pierwsza zmiotła  z drogi cały środek ugrupowania co skutecznie nas rozdzieliło na trzy. Jedna część w niebie, a druga i trzecia leżąca tam gdzie zaskoczył nas zmasowany ogień.
 Co robić? Uciekać ? Dokąd ? Z boku same miny jak pokazał przykład kilku kolegów leżących teraz  w agonii pośród drzew zroszonych ich wnętrznościami. Z tyłu grzmi gąsięnicowy pościg a z przodu rzeka którą mieliśmy pokonać  pontonami. Nasze dmuchańce taktyczne niósł oczywiście  środek zielonej karawany.
Co prawda czoło ugrupowania dotarło już do rzeki, ale nic to nie wnosi. Ich przyjęcie słychać tchnieniem wielkokalibrowego karabinu maszynowego który nie należy do nas. Wypluwa szerszenie pocisków smugowych żebyśmy wiedzieli co nas zabija. Tam też na nas czekają. Gęsto i często sieką po linii brzegowej prosto w tych którzy wpadli na pomysł ewakuacji wpław.
Zaryzykowaliśmy i się nie udało. Rajd za linie wroga się udał. Wzięliśmy jeńców. Powrót niekoniecznie. Zasadzka.
Taka z jajem. Perfekcyjna i zaplanowana. Obserwator znający teren jak myślę. Mamy przecież noc.
Musi mieć jakieś czujki lub pomocników. Ewentualnie gość jest bardzo cwany oprócz tego że mądry.
Tak się kończą głupie żarty.
 Ostrzał trwa.
Co prawda zmalał w swej intensywności lecz nadal jest odczuwalny i coraz bardziej skoncentrowany na poszczególnych odcinkach naszego cmentarza.
Ktoś obok ryje w ziemi łopatką, żeby tam czekać na rozkazy co będziemy robić dalej, a przede wszystkim szuka osłony przed odłamkami które grasują po pobojowisku.
Nic nie słyszę. Wybuch w moim bliskim sąsiedztwie zrobił swoje. Jedynie odczuwam całym ciałem głuche tąpnięcia i podmuchy. Ewentualnie coś mnie trąci w hełm i to nie są nietoperze tylko wprawione w ruch kamienie, gałęzie no i wszędobylska stal odłamków.
 Kątem oka widzę białe serpentyny wszelakiej maści opatrunków wylatujące w powietrze razem z medykiem i jego doraźnie zorganizowanym gniazdem rannych których starał się ogarnąć sam jeden.
Marny trud, a doczesne szczątki jego spadają na me poranione ogniem dłonie.
Kleszcze są na nas, a my już dogorywamy. Dowodzenie załamało się i pozostaje instynkt przetrwania.
Już widać sylwetki wozów bojowych sunące wraz ze szturmującym nocne niebo pierwszym brzaskiem. Wyszkoleni przeciwnicy wpierw strzelają a potem powoli jadą. Po co ryzykować?
Wystrzelają nas, rozjadą, a potem zakopią wozem zabezpieczenia technicznego wyposażonym w potężny spych.
Ucieczka. Jedyna skuteczna procedura.
Ranni też próbują, ale tylko do większych lejów, gdzie liczyć będą na litość a otrzymają wiązkę granatów z przekleństwami jako ostatnie pożegnanie.

Biegnę ile sił w nogach starając się kluczyć między lejami i zmylić ewentualnych strzelców w których zasięgu wzroku już jestem. Ktoś mądrze odpala świecę dymną która pozwala złapać gramy nadziei w sercu i nie pozwoli dostrzec naszego sprintu do rzeki.
Potykam się o czyjąś odciętą odłamkami głowę i widzę granatnik przeciwpancerny którym mógłbym na chwilę osłabić zapędy gończych psów. Niestety jest cały pogięty choć wciąż załadowany.
Trudno, nic to. Damy radę.
Kolejne potknięcie zamiata mnie w pobliże zabitego łącznościowca, no i przez moment chcę zaryzykować ostatecznie by otwartym tekstem podać w eter co tu i dlaczego się stało, żeby wiedzieli, bo pomóc to nam już nie pomogą.
Dziura w jego ciele z której wystają elementy radiostacji nie daje złudzeń na dobre rokowania po zespoleniu ciała i elektroniki w jedno na współczesnym polu walki.
Pozbywam się po drodze hełmu i tego co teraz ciąży zamiast pomagać bo i z kolei długo tak obciążony nie utrzymam się na powierzchni wody do której zamierzam dotrzeć, dobiec, dopełznąć.
I tak to właśnie wygląda.
Kilkanaście robaków jedynie z długą bronią w umorsanych facjatach leżących w kilkunastometrowych odstępach na brzegu rzeki którą płynie spokojnie kilka ciał.
Ogień tężeje. Amunicja się kurczy do postaci połowy magazynka na trzech.
Ktoś nerwowo rozgląda się wkoło zastanawiając się zapewne czy przeciwnik nie zmieni zdania i nie weźmie jeńców. Zresztą coś już zaczynają jęczeć przez megafony. Pewnie dla tego żeby chociaż jednego wziąść żywcem i rozsiec w publicznej egzekucji transmitowanej w live stream na wszystkie kraje świata nie będące naszymi sojusznikami z tej wojnie. Niczego innego zresztą nikt z nas się nie spodziewał jadąc na front.
Z moich uszu sączy się krew, zaopatrzony medycznie kolega bez ręki rozgląda się z czego by tu sklecić coś w stylu tratwy a reszta zdejmuje buty lub powoli wchodzi do wody.
Staję i ja. Rozglądam się czujnie wkoło. Wszyscy wiemy dokładnie co było powodem klapy naszej misji. Ciekawe czy w sztabie dojdą do podobnych wniosków?  Możliwe,  jeśli choć jeden z nas przetrwa i dotrze na drugi brzeg, będąc w stanie zdać relację podpisaną krwią przyjaciół.
Ale to z kolei wie także i druga strona nierównego pojedynku.
Siecze więc bez litości, waląc z czego tam ma na ogniska oporu w promieniu kilkuset metrów od zbawiennej wody, a na dokładkę wyłuskuje uciekinierów.
Stoję już w zimnie po pas. Zanurzając się w nurcie wiem że tej walki nie przeżyję.
Chuj tam. Warto było.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę bez agresji.