Popularne posty

poniedziałek, 20 lutego 2017

Trzy kolory. Zielony z lądu.

  Las to dom. Jak za czasów naszych przodków. Daje wszystko czego potrzebujemy do życia.
Ochroni, nakarmi i odzieje. Dosłownie i w przenośni. W przenośni szczególnie wtedy kiedy czekamy na środku leśnej polany na śmigłowiec z zaopatrzeniem a dosłownie, ponieważ kursy przeżycia zwane potocznie survivalem cieszą się niesłabnąca popularnością dostarczając wiedzy szkolącym się a siwych włosów instruktorom kiedy po raz kolejny kursant udowadnia że to nie była żmija zygzakowata, prawem chroniona, tylko każdy inny wąż i wcale go nie zjedli tylko puścili wolno a walająca się skóra to przypadkowa wylinka leżąca tu od zeszłej wiosny.
   Z perspektywy ekologa lasu mamy coraz mniej i jest coraz gorzej i tak bez końca. A z perspektywy
lotu samolotem lub śmigłowcem czy jak wolą inni helikopterem na pułapie kilkuset metrów można mieć inne zdanie. Jesteśmy bardzo zielonym krajem z wieloma miejscami gdzie funkcja telefonu komórkowego sprowadza się do roli aparatu, kalkulatora lub pasożyta skupiającego nasze działanie na poszukiwaniu nie tak zasięgu jak źródła prądu. Niskie temperatury, wilgoć i częste zmiany lokalizacji czynią telefon bardzo często bez użytecznym gadżetem, z taktycznego punktu widzenia nawet niebezpiecznym a warunkach frontowych na pewno ściągającym kłopoty zależnie od używanych aplikacji i oby nie były to zdjęcia jeńców w przypadku zamiany ról i wzięcia do niewoli bo wtedy możemy nie doczekać do przesłuchania przez oficera wywiadu przeciwnika lub zaginąć w czasie próby ucieczki z uprzednio związanymi nogami na krześle przyspawanym do sufitu, a oficer przesłuchujący akurat wyjdzie na papierosa. Tylko że oni nie palą. Zazwyczaj.
A dla nie rozumiejących aluzji - po prostu dostać kulę w łeb i do dołu.
   Uzależnienie od wygodnego trybu życia skupia nas blisko potężnych aglomeracji. Bezobsługowe ciepło czy chłód domostw to luksus. Dla nas już nie, bo do tego przywykliśmy lecz doba bez regularnych dostaw prądu wywróciła by nasze życie na plecy problemów sto lat do tyłu w rozwoju. To fakt. Niedostrzegalny. A jednak.
W takich warunkach toczy się tygodniami epopeja operacji lądowych. Tych specjalnych i tych całkiem zwyczajnych.

  Autem dojedziesz zazwyczaj po drodze, śmigłowcem wylądujesz lub się z niego zdesantujesz w sprzyjających warunkach, a łodzią dopłyniesz tylko do tego odcinka gdzie powalone przez bobry drzewo stworzyło komuś naturalny most.
  Z takimi problemami borykały się całe armie na przestrzeniach lat i krain.
Stworzono nawet definicje "taktyki bagiennej". W naszym kraju bagna można objechać. Owszem. Ale jeśli ciągną się trzy razy za horyzont  to troszkę zmienia postać rzeczy.

  W takim środowisku jak las, jeziora, rzeki, bagna, łąki i pola o przetrwaniu decyduje myślenie.
Myślenie o tym czego się nauczyliśmy i jak to wykorzystamy oraz myślenie o tym jak wykorzystać posiadany ekwipunek a raczej jak go dobrać odpowiednio do planowanej sytuacji. Nie planowanej także. I chyba przede wszystkim nieplanowanej.
   Broń to inna historia a bez niej tak jak człowiek z "Walki o ogień" możemy tylko zwiać na drzewo, a gorzej jeśli tych drzew nie ma w okolicy lub jesteśmy zbyt słabi by się na nich utrzymać.
Broń jest wykorzystywana zgodnie z jej przeznaczeniem i służy do walki, zarówno w obronie jak i w ataku.  Broń to zarówno karabin, karabinek, pistolet,  karabin maszynowy, granat o różnych możliwościach jak i amunicja....litania bez końca. Nóż i kij też się nada. Nie pogardzimy w potrzebie.
  To ile ze sobą jej weźmiemy może decydować o naszym życiu. Jeśli będzie nieodpowiednia do warunków - nie spełni swego zadania. Zbyt ciężki ekwipunek spowolni nas w marszu ale uratuje w kłopotach.
Wszystko trzeba wypośrodkować, oprzeć na doświadczeniu.
Każda nacja ma inne podejście do tematu broni. W naszym kraju jeszcze nie dawno dominowało: schować, zamknąć, wydać za najlepiej potrójnym pokwitowaniem, wyczyścić dwa razy dziennie, strzelać najlepiej leżąc, a wszelkie problemy niech będą zgłaszane natychmiast przełożonemu /najlepiej zanim się pojawią/ a potem ukarać dla przykładu – bo to na pewno wina użytkownika, i tak w koło Macieju. Owszem, ruch był ale obycie pozostawiało naprawdę wiele do życzenia. Broń była najczęściej zużyta od ciągłego rozkładania i składania.
  Po doświadczeniach bojowych ostatniego piętnastolecia nastąpiły radykalne zmiany i jest progres związany też z profesjonalizacją armii i niesamowitym rozwojem Wojsk Specjalnych które niejako nadają tempo rozwoju. Oni mają najlepszy sprzęt i każdy nawet nieświadomie podpatruje nowinki wprowadzając je w życie metodą kropelkową. A kropla oleju w głowie zawsze drąży wojskowy beton jak mawiają starzy komandosi. Zwłaszcza ten zbrojony stalą rodem z PRL-u.
  Broń to nic innego jak narzędzie pracy żołnierza. Każdego. I czołgisty i spadochroniarza.
Strzelać każdy powinien na wysokim poziomie, poziomie możliwości działania swojego narzędzia pracy. Różnić nas może jedynie taktyka zastosowania. I to tej taktyki każdy strzeże jak oka w głowie. Gdy przeciwnik ją zna, nawet najlepszy strzelec nie uratuje sytuacji.

Taktykę i procedury wypracowuje się latami, powinny też wciąż ewaluować i nie mogą stać w miejscu. Jeśli nie są przystosowane do życia -są na nic. Muszą być ujednolicone ale dawać możliwości korekty i zmiany. To co było nowum pięć lat temu dziś to archaizm. Dumne podręczniki taktyki pękły jak bąble na wietrze przy konfrontacji z afgańskim pustkowiem gdzie przeciwnik znikał jak wiatr lub był twardy jak granit i nie liczył się ze stratami a najlepszą bronią przeciwlotniczą okazał się granatnik do walki z czołgiem mając za nic oryginalne instrukcje użytkowania.
Wojna światów. To tam miało miejsce. Inna wartość dla życia ludzkiego. Nieakceptowalne przez obie strony zasady gry doprowadziły na krawędź otchłani cały kraj. My wyjechaliśmy. Oni pozostali. Problemy również. A lepiej nie będzie. Na pewno inaczej.
  Postęp techniczny rozwija nasze możliwości. Musimy więc za nim nadążyć. I wycisnąć z techniki tyle co można, to co nam oferuje. Wiele z nowinek technicznych wyprzedza nasze czasy i tylko od nas samych zależy czy zastosujemy je w codziennym życiu czy tez służbie.
  Tyle teorii. W praktyce sprowadza się to do klepania pieszo kilometrów starając się być zawsze w cieniu. Niewidocznym zarówno dla oka jak i ucha przeciwnika. Bez promieniującej elektroniki, bez telefonu, znając ryzyko włączenia każdego emitera wszelkiego rodzaju fal.
Lornetka to Twój brat, noktowizor najlepszym przyjacielem a termowizja kochanką. Oni pomogą, ostrzegą, dadzą przewagę i dostęp do informacji o świecie który nas otacza a my nie chcemy by nas ktoś dostrzegł. Może usłyszał, a jeśli usłyszy to tylko wtedy gdy my tego chcemy. Na swoją zgubę.
Ostatnie co zarejestrują ich zmysły to dźwięk tnącego powietrze pocisku.
  Siła żołnierza tkwi w jego nogach. Zapomniana "stopa okopowa" to choroba niemalże zawodowa.
Setki kilometrów w śniegu, błocie, wodzie, po piasku i kamieniach. To daje popalić. Kontuzji nóg nikt nie liczy. Ortopedzi po włączeniu aparatu USG łapią się za głowy. Ale aktywność fizyczna stawia na nogi po każdej kontuzji. Rehabilitacja pomaga a sport prostuje, nawyki pozostają – i byle do przodu.
Masz stawy sześćdziesięciolatka- usłyszał to już nie jeden. Hmm ale zapał dziesięć lat młodszy od mego numeru pesel. To wystarczy.

Więcej żywności, załadowanej amunicji czy może jeden opatrunek więcej. To odwieczne dylematy które zazwyczaj rozwiązuje się schematem: lekka żywność, najlepsza i najbardziej nowoczesna broń każdego gatunku rodzaju i sortu; zastąpienie stali kompozytem a wszystko to upchać najlepszymi medykamentami które zatrzymają fontannę krwi z każdego uszkodzonego naczynia i narządu naszego ciała. Optymalizacja i kalkulacja ryzykiem. To droga do sukcesu.
Gdy maszerujesz niekoniecznie drogą, po dwóch kilometrach jest Ci ciepło, po czterech zawsze czujesz  jakby była wiosna a po dziesięciu jesteś tak wymęczony że konieczne są krótkie lecz regularne odpoczynki. No i woda. Może zabraknąć jedzenia. Ale nigdy wody.
  Deszcz nie przeszkadza. Przynosi orzeźwienie. Czasem ulgę. Gdy brak wody – ratuje życie.
Samokontrola i czujne spojrzenia kolegów nie pozwalają zasnąć w marszu. Tak- to się zdarza. Najczęściej budzisz się w dziurze. Gorzej jak w kałuży. W warunkach bojowych obudzisz się w kostnicy w charakterze ducha. A najgorzej gdy skręcisz kostkę lub doznasz urazu kolana. Wtedy już po robocie. Misternie utkana sieć operacji bojowej zmienić się może w dramatyczną operację ratunkową. Bywa różnie.
  Najczęściej drobne kontuzje nawarstwiają problemy i ograniczają swobodę ruchu.
Od skręcenia do hipotermii jest bardzo prosta droga,  choć nieco rozciągnięta w czasie.
Spocony żołnierz z uszkodzoną kończyną dolną w dowolnym jej miejscu nie może się rozgrzać marszem. Jeśli zabrał ciepłe ubranie-ok. Można go ubrać. Jeśli ratownik zabrał z sobą porządny zestaw do ochrony przed wyziębieniem. Super. Najgorszym scenariuszem jest chłód, ograniczenie ruchu, ból, frustracja, wyziębienie i pogorszenie stanu. Wtedy pozostają już tylko plecy kolegów i dostępne możliwości ewakuacji. Oczywiście nie lada problemem może to być w warunkach górskiej śnieżycy lub w jesiennym Bieszczadzkim lesie. Oczywiście w dowolnie wybranej godzinie jeśli jest to godzina nocna. Noc sprzyja nieszczęściom.
Tam zabija dystans. Dyktat kilometrów. Niemoc stop klatki  -to nie film sensacyjny. Chyba na to stara się być gotowy każdy kto odpowiada za "panel medyczny". Tak upraszczając.
Nic nie dojedzie, nic nie przyleci, nic nie działa. Odwrót. Ewakuacja. I nie ma tu miejsca na przypadkowe ruchy. 
Nad wszystkim trzeba panować - co się zepsuje to opanować.
  Na jeden problem mam mieć trzy rozwiązania. Tak bywa na treningu a tu trzeba mieć zaplanowany kolejny alternatywny ruch na naszej szachownicy czyjegoś życia bo drugiej szansy los nie da.
  Nie jedna super tajna operacja specjalna legła w gruzach poprzez brak pół metra sznurka – to usłyszał nie jeden  w środku nocy, trzymając broń, kuląc się w sobie z zimna i wyostrzając wzrok w poszukiwaniu nadziei. Nadziei na to że przeżyje on i jego przyjaciele co przeważnie udaje się. Nie dzięki sobie. Dzięki grupie ludzi którzy z planu A przechodzą do planu B a gdy i ten zawodzi dokonują cudu planu Z. Cudu intelektualisty który chwycił za broń. Tak. Tacy żołnierze są najlepsi, najbardziej efektywni i niesamowicie niebezpieczni. 

Dobrej nocy, miłego dnia i ogólnie. Sukcesów. Sukcesów w czytaniu. Między wierszami także.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę bez agresji.