Popularne posty

środa, 22 lutego 2017

S.E.R.E.

SERE ( Survival, Evasion, Resistance, Escape – Przetrwanie, unikanie, opór w niewoli oraz ucieczka)

 Kurs jak kurs wydawało by się z definicji zamieszonej powyżej i skopiowanej z okna wyszukiwarki internetowej, takie tam, zabawy dużych chłopców na poligonie. Poligonie czyli takiej piaskownicy dla facetów w dowolnym tłumaczeniu.
"Wydawało by się" może być tu słowem kluczem.
Ale od początku. A może raczej od połowy bo to co było wcześniej i wygenerowało taką sytuację to równie interesująca opowieść....ale to za jakiś czas.

 Złapali mnie. Co zrobić. Taki żołnierski los. Przeplatany chłodem, głodem, wzlotami, upadkami, zabawami do białego rana, treningiem, nocną taktyką na mrozie jak i wartą w ulewie.
 Co było wcześniej zanim wpadłem w przerębel niewoli?
Złamana noga, mylne wykonanie rozkazu, mgła świecy dymnej która zmyliła zmysły i wyprowadziła prosto w ręce przyczajonych przeciwników w mundurach o innym odcieniu zieleni czy bieli.
 Co za różnica? Czy to ma teraz jakieś znaczenie? Jestem w niewoli. Mam przerąbane.
Każdy z nas na szkoleniu oglądał film "Łowca jeleni" i scenę jeńców grających w rosyjską ruletkę w niewoli partyzantów Vietcongu.
 Wykończą mnie szybko czy z "pakietem premium" ?  Będą rozmowy w stylu "07 zgłoś się" czy przyjdzie do mnie Brunner z cygarem?  "Wszystko się może zdarzyć"  jak śpiewa moja ulubiona artystka, albo raczej na myśl przychodzi mi, refren "diamentową kulą dostaniesz między oczy" nieśmiertelnego "Lombardu".
 Pożyjemy zobaczymy. Na ten moment ciągną mnie za nogi  po śniegu, skutego moimi własnymi plastikowymi kajdankami które nosiłem przyczepione do plecaka i na dokładkę zakneblowali czapką z mojej biednej, obitej głowy.   Ale zęby zostawili.    Dobrze że nie mam złotych bo u tego bardziej sprytnego widziałem kombinerki wystające z kieszeni munduru. No i były jakby nieco czerwone....brrrr na sto procent od rdzy.  Acha. Tak. Akurat.
  Mogli by się zlitować i obrócić na plecy. Ciężko się tak oddycha przez nos  z głową na przemian w kałuży, liściach i śniegu. Litości. Cóż. Było słuchać rozkazów a nie czytać własne myśli na przemian z wcinaniem batonika. A może pogadamy i wypuszczą? Tak. Na pewno. To takie żarty. Gra wojenna.
 Marsz kiedyś się kończy. Ich marsz a moja wędrówka ludów kiedy leżąc czuję na ciele każdy kamień, gałązkę, potok i inny  dziwny obiekt po drodze do miejsca docelowego.
 Wyjęli mi czapkę z ust. Przestraszyli że się uduszę a za umarlaka nie dostaną ani awansu, ani medali ani innych przyjemności o których boję się pomyśleć. Mam nadzieję że są hetero. A jeśli nie, to żeby chociaż zdrowi byli.
 Robi się coraz zimniej a my czekamy prawdopodobnie na jakiś środek transportu. Leżę na środku drogi. Tylko czemu w żółtym śniegu ?
 Przyjeżdża podwózka. Ufff co za ulga. Wreszcie koniec koszmaru wleczenia po wczesnowiosennym lesie. Auto jest. Owszem. Ale dla konwoju. Moje miejsce znajduje się na dachu terenówki z maską przeciwgazową na twarzy. Tak na wszelki wypadek żeby gałęzie nie zrobiły mi krzywdy. Muszą przecież widzieć moje oczy kiedy będą przesłuchiwać. Opcji dawcy rogówek do przeszczepu nie biorę pod uwagę.
 Kierowca jest dobrym fachowcem i straciłem tylko jednego buta na zakręcie. Drugim własnym dostaję po głowie od wartownika ściągającego mnie z tego wesołego autobusiku zaraz po zaparkowaniu przy  ich miejscu postoju czy jakiejś innej bazie.
 Zaczyna być nie wesoło. Dostrzegam kątem oka fortyfikacje polowe których charakter jednoznacznie wskazuje na zaminowanie terenu wokół co wyklucza moje kalkulacje szybkiego sprintu na przełaj i do rzeki która na pewno będzie w pobliżu. Na filmach zawsze jest.
  I to ostatnie co widzę.
 Już za chwilę naprawili swój błąd zamazując czarnym sprayem okulary maski przeciwgazowej wciąż tkwiącej na mojej twarzy ku uciesze zgromadzonej licznie gawiedzi która przy okazji pozbawia mnie zegarka, nowego paska od spodni, resztek nadziei i nieśmiertelnika.
  Dostaję kopniaka w tyłek sportowym butem wyćwiczonej nogi i ląduję na miękkim podłożu ciepłych, ruszających się i mruczących z niezadowolenia ciał. A więc nie jestem tu sam. Pierwszy raz od kilku godzin robi mi się raźniej na duchu. Może nas wymienią na jakąś ciężarówkę jedzenia i puszczą wolno. Jeśli mieli by nas pozabijać to już słychać było by dźwięk odbezpieczanej broni bo zakładam z góry że każdy z nich ma ją od dawna przeładowaną. To profesjonaliści. Wciąż czuję celny cios w splot, kopnięcie w krocze i skuteczne duszenie połączone z siniakiem na czole po  przyłożonym tłumiku, nawet chyba zapamiętałem że był zielony.  Siła argumentów była przekonywująca. Nawet nie dyskutowałem swoim wyćwiczonym prostym i sierpem. A dalej  co pamiętam to gwiazdy, komety, wirujące słońca i brak oddechu. Wzięli mnie jak chcieli wyskakując z pod ziemi. Co najmniej ninja.
 Leżymy tak całą noc wijąc się jak węże i pomrukując w tych maskach niczym świnki morskie.
Zrobili tu sobie mini zoo bo w końcu od czasu do czasu dokarmiają nas wiadrem wody i dbają o nasze samopoczucie włączając głośną muzykę która nie za bardzo pasuje do naszej części świata.
 I tak do rana dopóki nie obudzi nas słońce klaksonów samochodowych które pędzą nas do głębokiego po piersi stawu z pachnącą świnkami wodą gdzie spędzamy kwadrans albo i mniej bo większość z nas mdleje ze zmęczenia lub po prostu zaczyna odczuwać skutki hipotermii po odłączeniu od źródeł ciepła w postaci kolegi a wyławiani jesteśmy najbardziej skuteczną i sprawdzoną metodą którą jest przywiązana do kostek konopna lina na której prawdopodobnie ktoś wczoraj wisiał za ręce czy inną dowolnie wybraną część ciała przez naszych nowych mało sympatycznych znajomych z linii frontu... A działa grzmią dalej grzywami salw armatnich wystrzałów.
  Tresura jest kontynuowana do wieczora ze skutkiem takim że przestajemy myśleć i zachowujemy się jak stadko fok. Góra dół - lampa stół. Lampa w oczy i stół z kolegą na głowie. Wszystko czego dusza zapragnie i wojenna radość życia wymyśli. Myślę że nie jeden modli się o koniec i pragnie by zaczęli wreszcie porządnie bić. Wtedy można by stracić przytomność i po prostu zasnąć. A tutaj zacząć spać to po prostu umrzeć...
 Po takiej rozgrzewce i wprowadzeniu można wreszcie zacząć spokojnie z nami rozmawiać.
 Rozmawiać??? Ale o czym. Większość nie wie jak się nazywa a numeru telefonu nie odróżnia od peselu.
 Dyrygent tego show jest prawdziwym mistrzem. Tutaj bicie nie jest potrzebne. Ono pojawi się ale dopiero za jakiś czas. Wpierw trzeba nas złamać i zgnieść a potem przyjdzie czas na walca z kolacją i szczere rozmowy przy świeczce. Tylko tutaj świeczka będzie płonąć tuż pod naszą dłonią aż do ustalenia spójnej i logicznej odpowiedzi którą jest spowiedź z własnego życia ze szczególnym uwzględnieniem zainteresowań, pracy zawodowej, stopni wtajemniczenia wojownika oraz wyrecytowania kodów binarnych do wszelkiego rodzaju bomb atomowych o których istnieniu i położeniu na pewno sobie przypomnimy ponieważ kolejnym mocnym argumentem w tej dyskusji, po zaprezentowaniu na nas każdego rodzaju sztuk walki, będzie farmakologiczne wspomaganie prawdy oraz tabletki na szczerość...
...a wspomniana kolacja ? Wszelka wiedza z naszej głowy nią będzie.
...................
...................
...................
Następnym i jednocześnie finałowym elementem jest tabletka na zapomnienie, czyli po prostu pistolet przyłożony do głowy i precyzyjny strzał w dowolnie wybrany przez egzekutora punkt.
Ale nam to już będzie kompletnie wszystko jedno, ponieważ nas już nie będzie.
 Zanim klękniemy sami nad wykopanym dołem nasza dusza będzie już tylko formularzem na stole przesłuchującego podpisanym naszą krwią a strzał  będzie już tylko formalnością i zanim łuska spadnie na ziemię  my słodko zaśniemy przykryci zapomnieniem w odmętach upragnionego od tygodnia snu gdzieś w zapomnianej przez ludzi krainie której nazwy nawet nie będzie potrafił wymówić  poprawnie, piszący meldunek kancelista o naszym zaginięciu w akcji...
.................
.................
.................

 Czy opisałem sytuację w miarę klarownie co czekać może żołnierza po dostaniu się do niewoli w przypadku wyjątkowego pecha lub po prostu natrafienia na fachowców od swojego zajęcia ?
 Myślę że odrobinę specyficznego  humoru należy jedynie zastąpić niezbyt miłym zapachem, bólem,  strachem, i cała sałatka jest gotowa na tym skromnym okrągłym stole mojego bloga.

 To jak to przetrwać, nie dać się złamać i wyjść z tego bez szwanku fizycznego oraz psychicznego to wiedza tajemna strzeżona niczym klejnoty królewskie w Tower do której dostęp mają naprawdę nieliczni w naszym kraju.
 Zacząć taki kurs to jedno a skończyć to naprawdę duży sukces przede wszystkim dla samego siebie.
Można być naprawdę dumnym ale i nabrać pokory do tych których doświadczenie pozwoliło scementować całą wiedzę przekutą z cierpienia w logiczne i twarde procedury.

 Jeśli więc znasz przypadkiem kogoś kto skończył takie szkolenie które przygotowuje ciało i umysł do przetrwania po dostaniu się do niewoli lub podejrzewasz że charakter czyjejś pracy wskazuje na to że mógł mieć z tymi zagadnieniami do czynienia, okaż mu nie tyle co szacunek który oczywiście jest należny to przede wszystkim zrozumienie, że to czym się zajmuje to nie tylko piękny mundur i regularna wypłata na koncie bankowym ale też cała gama doznań które naprawdę woli zachować w  swoim sercu dla dobra kogoś ważnego i dlatego czasem woli spokojnie w niedzielę pomilczeć i popatrzeć przez okno jak pięknie rośnie trawa, no i uwierz w jego głupie tłumaczenia że zadrapania na jego plecach to nie jest to o czym myślisz...

Pozdrawiam. Przede wszystkim serdecznie.

P.S. Paznokcie też wyrywają. I to akurat w momencie  gdy kolega obok stara się pozbierać swe wybite zęby za pomocą połamanych kończyn, których dłonie są duże niczym bochenki chleba, kiedy zaciśnięte z całą mocą oprawcy plastikowe kajdanki nie pozwalają gęstej jak klej krwi swobodnie wypełniać naczyń życia w naszym zmasakrowanym ciele...


Inspiracja:
http://www.polska-zbrojna.pl/home/articleshow/21119?t=SERE-to-cos-wiecej-niz-przetrwanie




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę bez agresji.